Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lumene. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lumene. Pokaż wszystkie posty

Zużycia | LUTY

Witajcie :)

W końcu udało mi się zmobilizować do zrobienia zdjęć pustym opakowaniom i mogę się z nimi spokojnie pożegnać. W ramach tego pożegnania poświęcam im parę linijek tekstu tu, na blogu. Luty niby najkrótszym miesiącem w roku, a wyjątkowo dużo kosmetyków się skończyło. Ale to dobrze, zapasu stopniowo, baaardzo powoli się zmniejszają :)


Szampon Balea w wersji mango + aloes to mój niekwestionowany ulubieniec, mam już kolejne dwie butelki w zapasie. Maska bananowa Kallos sprawdza się na moich włosach świetnie, zarówno jako lekka odżywka na minutę, jak i maska na minut kilkanaście. Dodatkowo świetny, smakowity zapach, który przypomina mi kwaśne śmiejżelki ♥ Maska miodowa do włosów z Bomb Cosmetics nie wyłamuje się z tego zdjęcia - byłam z niej także zadowolona, bardzo dobrze odżywiała moje włosy i żałuję jedynie, że w opakowaniu było jej tak mało :)


Olejek Detox na noc od Caudalie to moje objawienie. Używałam go przez ponad pół roku, taki jest wydajny i rzeczywiście działał. Poświęciłam mu osobny, bardzo obszerny post, więc jeśli się zastanawiacie - idźcie poczytać :) Tonik oczyszczający Natura Siberica był przeciętny - całkiem przyjemnie pachniał i nie ściągał skóry po użyciu, ale powrotu nie planuję. Płyn micelarny Tołpa z serii Białe Kwiaty to mały koszmarek, nie polubiliśmy się, oj nie... Na koniec peptydowe serum pod oczy z Bielendy - zakup poczyniony na targach kosmetycznych w listopadzie, dzielnie służył mi przez 3 miesiące i jeszcze zostało go trochę w opakowaniu, ale data ważności od otwarcia to 2 miesiące i nie chciałam ryzykować. Bardzo byłam z niego zadowolona i nie wykluczam ponownego spotkania :)


Pasta do zębów Signal z grudniowego Joyboxa była taka sobie, ale wkurzała mnie bardzo tym, że wszystko, od szczoteczki po umywalkę, barwiła na niebiesko... Płyn do demakijażu Sisley nie podbił mojego serca, bo miał trudności ze zmyciem maskary z oczu, a to dla mnie niedopuszczalne. Żel pod oczy Flos - Lek - miły powrót. Kiedyś używałam tych żeli non stop :) Świetna opcja na dzień! Maskara My Secret jest całkiem dobra, zaryzykowałabym stwierdzenie, że sprawdzała się u mnie lepiej niż ta złoto fioletowa z L'Oreal ;)


Caudalie, brzoskwiniowy żel pod prysznic. Z tymi żelami to jest tak, że akurat jakimś cudem świata nie są. Nie mam super wrażliwej skóry, żeby zauważyć różnicę, myjąc się tak delikatnym myjadłem. Więc w tym przypadku, jak kocham Caudalie, to jestem na nie - żel słabo się pieni, jest galaretowaty i niewydajny. Zapach śliczny :) Peeling różano migdałowy z The Secret Soap Store to prezent od Eska, Floreska. Peeling był super, bardzo mocno zdzierał, tak jak lubię i pachniał przy tym różą ♥ Organique, peelingująca pianka pod prysznic w wersji Ice Tea pachniała bosko i miło się jej używało.To gadżet, nie na co dzień, ale fajnie od czasu do czasu sięgnąć po coś innego. U mnie najlepiej sprawdzało się używanie jej na suche ciało, a potem masowanie zwilżonymi dłońmi - masaż pierwsza klasa! Myślę, że kiedyś jeszcze sprawię sobie taką przyjemność :) Nuxe, Reve de Miel, balsam do ust to kultowy już produkt. Swojego słoiczka używałam chyba ponad rok, taka wydajna bestia z niego. Genialnie pielęgnuje usta nocą. Kupujcie! :)


Kulka Nivea nikogo nie dziwi, prawda? ;) Mleczko do ciała Yves Rocher z limitowanej edycji o zapachu karmelizowanej gruszki było nie lada gratką - fantastyczny zapach, przyjemna, lekka konsystencja. Kto nie załapał się na gruszkę, niech żałuje! Facelle po raz enty, do wszystkiego :) Balsam do ciała Lumene z serii Angry Birds rozczarował mnie mdłym zapachem, nie polubiłam go i dlatego nawet nie rozcięłam opakowania pod koniec ;) Płatki ze zmywaczem Ebelin też mnie wkurzyły, tłuste są niemiłosiernie. Balsam do ciała w kostce z Orientany miał przepiękny zapach, uwielbiałam go i rekompensował mi nawet to, że kostka była dość twarda i ciężko się rozpuszczała. 


Kontynuowałam w lutym zużywanie próbek i poszło mi całkiem nieżle, Zużyłam kilka sztuk rekonstruktora do włosów JMO, lubię ten produkt :)


Nauczona doświadczeniem z poprzedniego miesiąca, nie ładowałam na twarz miliona różnych próbek. Z tych tutaj na uwagę zasługuje krem pod oczy Eternal Gold z Organique, który kiedyś na pewno kupię, bo to już nie pierwsza jego próbka, którą miałam. 

Tak oto prezentują się moje zużycia lutego w kwestii kosmetyków. Jak na moje oko, całkiem dużo tego nazbierałam i cieszę się, że zużywanie idzie mi w miarę płynnie :)

Do zobaczenia / napisania następnym razem! :)

Bleh... | 4 kosmetyczne rozczarownia

Cześć!

Ostatnio na topie są posty o kosmetykach, które się nie sprawdziły. Bardzo lubię je czytać i wydaje mi się, że nie tylko ja - w końcu każdy lubi ponarzekać i miło jest wiedzieć, że nie tylko nam zdarzają się wpadki zakupowe ;) Tak więc dzisiaj o tym, co nie sprawdziło się u mnie.




Serum zwężające pory z organicznym olejem z manuki Organic Therapy - serum było jedną z nagród, które wybrałam sobie w ramach konkursu u Marty z bloga Kosmetycznie i Modnie. Bardzo cieszyłam się, bo chciałam go spróbować już od dawna. Ciekawiła mnie naturalna formuła i działanie. Serum jest lekkie, żelowe i do złudzenia przypomina wszelkie silikonowe preparaty wygładzające pod makijaż. Takie bazy zawsze mnie zapychały, myślałam,  że w tym wypadku będzie inaczej, bo skład lepszy. Niestety... Po kilku użyciach zaczęły pojawiać się niedoskonałości. Kilka razy odstawiałam serum, żeby sprawdzić, czy to aby na pewno jego wina i okazało się, że tak... Żałuję, bo bardzo przyjemnie się go używało, dobrze spisywało się pod makijaż i wydłużało jego trwałość. No nic, serum powędruje do Mamy, bo ona też lubi takie wygładzacze, a jej cera jest dużo bardziej tolerancyjna :)

Bronzer Kobo 308 Sahara Sand - taki zachwalany, taki rozchwytywany, a tak naprawdę wcale nie jest doskonały. Owszem, odcień jest świetny i ciężko sobie nim zrobić krzywdę, efekt można stopniować i naprawdę ładnie wygląda na buzi, ale cóż z tego wszystkiego, skoro u mnie ściera się do zera w przeciągu dwóch godzin? Nie ma znaczenia, ile go nałożę, nie ma znaczenia, jaki podkład i puder mam pod spodem, po prostu znika, czasem zostawia po sobie niewielką plamę... Nie pozostaje mi nic innego, jak kupić puder konturujący z Inglota, oby okazał się trwalszy!

Płatki do zmywania lakieru do paznokci Ebelin - dostałam je w superowej świątecznej paczce od Karo. Nigdy wcześniej nie używałam do zmywania lakieru płatków, a już od jakiegoś czasu jest o nich głośno, byłam więc mocno zaintrygowana :) Niestety, okazało się, że to nie przygoda dla mnie... Płatki są bardzo cienkie i mocno nasączone, a płyn jest bardzo tłusty i potem zostawiałam palcami wszędzie nieestetyczne plamy. No i wydajność kiepska, u mnie jeden płatek wystarczał ledwo na zmycie 3 paznokci, a w opakowaniu jest ich 30. Jedyny plus to całkiem przyjemny zapach :)

Balsam do ciała Lumene, Angry Birds - był to prezent od Eska, Floreska i bardzo mnie ucieszył, bo markę Lumene darzę sympatią, a już Angry Birds to w ogóle;) Kiedy w końcu zabrałam się za niego, rozczarował mnie od pierwszego naciśnięcia tubki... Samym właściwościom pielęgnacyjnym nie mogę nic zarzucić, bo naprawdę dobrze nawilża, nie mazia się i nie zostawia białych smug. No ale zapach jest tak tragiczny, że ledwo go znoszę... Nie dość, że mdły do bólu, to ja wyczuwam w nim jeszcze zepsutą landrynkę ;) Na szczęście nie utrzymuje się długo i jest dość słaby, dlatego uparłam się i zużywam do końca.

Zdziwiłam Was moimi rozczarowaniami? 
Piszcie, co Was w ostatnim czasie zdegustowało! :)

Empties #22 | Na tle aloesu śmieci prezentują się całkiem fajnie ^^

Hej! :)


Wybiegałam się [ no dobra, nie biegałam, ale szliśmy żwawym krokiem ] jak szalona z Kebabem na niedzielnym spacerze [ zdjęciowy dowód jest ! ], to teraz zasłużyłam na blogową dawkę przyjemności, prawda?

Czas na post podsumowujący moje kosmetyczne zmagania we wrześniu. Na ośmiu aloesowych [ jeszcze żyje! ] zdjęciach zobaczycie kilkanaście kosmetyków, z którymi się żegnam. Z niektórymi na zawsze, z niektórymi nie - już nawet mają zastępstwo w postaci sobowtóra :)


Aussie, 3 minute Miracle Reconstructor
Wiązałam z tą odżywką duże nadzieje, ale rozczarowała mnie haniebnie. Obciążała włosy, szybciej się przetłuszczały i strąkowały. Zużyłam do golenia nóg. Jedyny plus to świetny zapach. Pisałam o niej.

Bioderma, Node Fluide - delikatny szampon do codziennego stosowania
Kupiłam w promocji Super - Pharm'u za 13,99 zł. Szampon o przedziwnej konsystencji wody wystarczył mi na 8 [ słownie: osiem ] użyć. Ciężko było go zaaplikować na włosy, dużo się wylewało i spływało z rąk przez konsystencję. Sam szampon nawet nieźle się pienił i bardzo dobrze oczyszczał włosy, ale zostawiał je mocno splątane, więc konieczne było użycie po nim jakiejś regenerującej maski. Nie był zły, ale też nie zawojował jakoś szamponowej sfery mojego życia.

Sesa
Miałam ochotę na ten olejek od dłuższego czasu, więc bardzo się ucieszyłam, kiedy udało mi się go dorwać. Niestety, spotkało mnie rozczarowanie. Olejek bardzo mocno pachnie kadzidlanymi perfumami [ zdarzało się, że zapach pozostawał na włosach nawet po ich umyciu ] i nie zauważyłam, żeby w jakikolwiek sposób poprawił stan moich włosów. Nakładałam czasem na skórę głowy i długość, czasem wyłącznie na skórę głowy, ale mam wrażenie, że nie robił nic. Baaardzo wydajny, na moje nieszczęście ;)


Intra, Fiore di Arancio, balsam do ciała
Bardzo dobry nawilżacz, dodatkowo ma ładny skład, ale naprawdę nie umiałam się przekonać do gorzkiego, cierpkiego zapachu.... Poświęciłam mu osobny post.

Dove, jedwabiście odżywiający krem do ciała
Tutaj zupełnie na odwrót - przemiła niespodzianka :) Krem okazał się świetnym codziennym nawilżaczem, pięknie pachniał, szybko się wchłaniał i był całkiem wydajny. Polecam serdecznie i sama będę chętnie wracała do niego, a jeśli chcecie poczytać więcej, zapraszam do wpisu.

Lumene, Arctic Spa, Body Butter
Bogate i gęste masło do ciała, które przez kilka miesięcy służyło mi do nawilżania dłoni i łokci przed snem. Całej serii kosmetyków Arctic Spa dostał się własny post, czytaliście?


Nuxe, Huile Prodiieuse, suchy olejek
Ten egzemplarz dostałam od Kasi Śmietasi [ cmok :* ] i zużyłam z wielką przyjemnością. Olejek świetnie u mnie sprawdza się w pielęgnacji całego ciała, twarzy i również włosów. Bardzo polecam, a łaknących więcej informacji zapraszam do wpisu o olejku.

Nuxe, Reve de Miel, krem do rąk
Prześwietny nawilżacz do dłoni, który pachnie swoim olejkowym sąsiadem ze zdjęcia, czyli bosko! Uwielbiam ten zapach i kiedy w Warszawie pożyczyłam kremu od Eska, Floreska, wiedziałam, że muszę go mieć. Szczęśliwym trafem dzień później natrafiłyśmy na niego w promocji i cóż... musiałam kupić ;) Bardzo się cieszę, że dzięki wygranej u Geometry of Nature [ chwaliłam się nią tutaj ] mam kolejne opakowanie w zapasie :)

Nivea, Dry Comfort, dezodorant w kulce
Czy ja w ogóle muszę cokolwiek pisać? ;)


Caudalie, The Vignes - woda toaletowa
Polubiłam ten ciepły, nieoczywisty zapach, piękną buteleczkę i z żalem wypsikałam ostatnie krople. Szerzej opisywałam ten i inne moje pachnidła w poście o tym, czym pachnę.

Clinique, Take The Day Off Cleansing Balm
Balsam do demakijażu, nad którym intensywnie myślałam przez wiele miesięcy i moje rozterki rozwiązała kochana Pani Eskowa, która podarowała mi swój prawie pełny egzemplarz, bo nie spełniał jej potrzeb. U mnie balsam sprawdzał się świetnie, dokładnie oczyszczał skórę z makijażu [ oczy również, ale lubił je zamglić, zresztą rzadko go do oczu używałam, bo przez większość czasu noszę przedłużane rzęsy ] i był naprawdę bardzo wydajny - używałam go codziennie od czerwca. Miał trochę woskowy zapach, co wraz z ceną jest dla mnie minusem. Nakładany na sucho, potem zwilżany, tworzył kremową emulsję, która rozpuszczała cały makijaż. Świetny wstępny krok do demakijażu twarzy. Niemniej cenę uważam za wygórowaną, bo balsam właściwości pielęgnacyjnych nie posiada, więc jeśli najdzie mnie jeszcze kiedyś ochota na podobny produkt, zainwestuję w balsam z TBS, który jest o ponad połowę tańszy :) A, balsam oczyszczający nie zapchał mojej cery i nie powodował uczuleń, nie ściągał skóry.

Le'Maadr, woda micelarna do demakijażu
Kupiłam na promocji w SP za 6.99 zł, bo Esek polecała. Niestety, płyn średnio się u mnie sprawdził, bo kiepsko zmywał makijaż oczu, a ja oczy zmywam zawsze micelem. Oprócz tego nie podszedł mi zapach, więc już się nie spotkamy ;)


Bielenda, dwufazowy płyn do demakijażu oczu
Niby okej, ale ja jednak nie lubię dwufazówek, więc nie zużyłam do końca. Czasem robił pandę i generalnie spowodował [ on + kiepski tusz ] powrót do przedłużanych rzęs - co za wygoda! :) Więcej o bielendowym płynie już czytałyście.

Cattier, glinka żółta
Fantastyczna glinka, chyba moja ulubiona. Świetnie oczyszcza twarz, zmniejsza pory, wygładza skórę i reguluje wydzielanie sebum. Mogłabym ją nakładać codziennie :) Szczerze polecam, tym bardziej, że na doz.pl jest w cenie 4,19 zł :)

Himalaya, Sparkly White, pasta do zębów
Nudna jestem, ale w kategorii past nic się nie zmienia od wielu miesięcy i zmian nie planuję ;)


Biały Jeleń, Probiotic, emulsja do higieny intymnej
Jestem na nie. Wodnista konsystencja i nijakie działanie. Jakoś z Białym Jeleniem się nie lubię, miałam już kiedyś żel do twarzy i również było to rozczarowanie... Z radością wróciłam do regenerującego płynu z Tołpy.

Nuxe, kremowy żel pod prysznic
Dorwałam go razem z kremem do rąk, który widzieliście wyżej, na promocji w warszawskim SP. Świetny, super wydajny żel pod prysznic o relaksującym, delikatnym zapachu. Nie wysusza skóry w żaden sposób, świetnie się pieni i przyznam się, że często po nim opuszczałam balsamowanie ;) Polecam, ja dzięki wygranej, o której pisałam Wam wyżej, cieszę się kolejną tubką tego wspaniałego kosmetyku :)


Skin Food, Aloe Sun BB Cream
Azjatycki krem BB, którego używałam przez ostatnie kilka miesięcy praktycznie codziennie. Bardzo wydajny, świetnie dobrany jasny kolor, nie ciemniał na skórze, nie zapychał i wyglądał super naturalnie, kryjąc przy tym wszystko, co tego wymagało :) Znakomicie sprawdzał się w upały, a puder i róż lub bronzer trzymały się na nim bez zarzutu, miał świeży zapach. Być może kiedyś jeszcze do niego wrócę.

Bath and Body Works, żele antybakteryjne
Zużyłam dwie wersje: Sweet Tangerines i Sweet Pea. Obydwa zapachy bardzo polubiłam, żele zresztą też - są wydajne, poręczne i nie kleją rąk, czego chcieć więcej? :) Sweet Pea uzupełnię, bo kupiłam duże opakowanie, więc buteleczki nie wyrzucam.

Bobbi Brown, bibułki matujące
Poleciła mi je Megdil i jestem jej za to bardzo wdzięczna. Bibułki to fajny gadżet, którego nie używam codziennie, jednak pod ręką lubię mieć. Zwłaszcza od kiedy wpadłam na to, żeby matowić nimi cerę przed nałożeniem podkładu - ściągam ze skóry ewentualną tłustą warstewkę po kremie do twarzy i podkład / krem BB trzyma się znacznie lepiej. Sprawdzają się też na powiekach przed nałożeniem bazy - wtedy makijaż oka na moich tłustych powiekach jest pancerny :) Na pewno odkupię, mam je nawet na liście zakupowej na ten miesiąc :)


Botanical Choice, Nose Pore Strips
Płatki oczyszczające na nos, które dostałam od Kasi Śmietasi już dawno temu :) Bardzo je polubiłam, zawsze co nieco wyciągały z nosa. Wrócę do nich, zwłaszcza, że chyba są dostępne w Hebe :)

Clarins, maseczka do okolic oczu
Tę maseczkę w próbkowej wersji 5 ml wygrałam wraz z innymi ciekawymi kosmetykami u Addicted To Makeup. Wystarczyła mi na ponad miesiąc, ale nie używałam jej jako maseczki, a kremu na noc, bo wyczytałam, że tak też można. Fajnie napinała skóę pod oczami i mocno ją nawilżała.

Gąbka Konjac i Calypso
Konjac służy mi codziennie rano, w duecie z pianką do twarzy świetnie ją oczyszcza i delikatnie masuje, uwielbiam od wieeeelu miesięcy i nie planuję zmiany w tym temacie - już mam nową. Calypso również na stałe wpisała się do mojego dbania o twarz  -znakomicie zmywa się nią maseczki, żel do mycia twarzy i wszelkie peelingi.

Sampar, Lierac i Locherber
Próbki, które mnie niczym nie zachwyciły.


To już wszystkie moje zużycia kosmetyczne ubiegłego miesiąca.
Poszło całkiem nieźle, nie narzekam :)
A jak u Was?
Pozbyłyście się wielu śmieci? ;)

P.S. Zapraszam do zakładki wyprzedażowej, pojawiła się tam mała aktualizacja :)

Empties #15

Hej, hej!  :)


Czas na zużycia maja. Taaak, ociągałam się, ale wiecie co? Jakoś nie miałam siły zabrać się za śmieci ;) Wyszło ich całkiem sporo [ naliczyłam 24 produkty pełnowymiarowe! ] i jak myślałam, że muszę każdy z osobna opisać, to przechodziła mi ochota ;) Udało się jednak i teraz przed Wami pokaźny zbiorek pustych opakowań - zapraszam :)


Batiste w wersji Oriental pachniał ładnie, ale spodziewałam się czegoś więcej po zapachu. Działał jak to Batiste - nie mogę mu nic zarzucić. Natura Siberica Szampon Rokitnikowy z Efektem Laminowania do włosów osłabionych i zniszczonych służył mi dzielnie od końca lutego. Miał obłędny i mocny zapach rokitnika, który mnie w sobie rozkochał. Sam szampon działał bardzo dobrze - nie miał problemów ze zmywaniem olejów, trochę wygładzał włosy, ale nie obciążał, no i był bardzo wydajny. Mrs. Potters balsam z aloesem i jedwabiem to moja ukochana odżywka za grosze - sprawdza się zawsze i wiem, że mogę na niej polegać, to już kolejne opakowanie. Moim ostatnim odkryciem jest to, że wyśmienicie sprawdza się przy olejowaniu na odżywkę - moje włosy dzięki zmianie sposobu olejowania wskoczyły na wyższy poziom :) Ecospa, ekologiczny olej awokado zimnotłoczony - używałam do olejowania włosów, w duecie z wyżej opisaną odżywką działał cuda :) Moje włosy były po nim mięsiste, ujarzmione i po prostu dobrze wyglądały :) Kilka razy użyłam na noc do twarzy i również dobrze się sprawdził, pozostawiając skórę miękką i nawilżoną. Davines, Nou Nou maska do włosów - otrzymałam sporą odlewkę od Extension Beauty. Maska bardzo dobrze nawilżała i dyscyplinowała moje włosy, nie potrzeba było dużo, żeby pokryć całe włosy, miała ładny kwiatowy zapach i być może kiedyś ją kupię. L'Biotica Biovax, intensywnie regenerująca maseczka do włosów farbowanych w saszetce. Sczerze? Nawet nie pamiętam już, jak działała, więc musiała być mocno przeciętna ;)



Cattier, glinka żółta - fenomenalna glinka, która jak jeszcze żadna przed nią widocznie poprawia stan mojej cery - skóra jest ujednolicona kolorystycznie, pory ściągnięte, a produkcja sebum spowolniona. Uwielbiam! Zwłaszcza, jak dodamy cenę na doz.pl - 4,19 zł ;) Próbki filtrów Vichy i La Roche Posay były poprawne, wciąż szykuję się do zakupu emulsji matującej z Vichy. It's Skin GF Effector dobrze nawilżał, stosowałam co rano przed właściwym kremem, byłam zadowolona. Caudalie, woda winogronowa - mój totalny must have, już nie wyobrażam sobie pielęgnacji bez tej wody, serio! :) Rose of Bulgaria, woda różana - służyła mi jako baza do glinek i do psikania, kiedy glinki miałam na twarzy. Buteleczkę sobie zostawię i wleję tam jakiś hydrolat, bo psikacz był bardzo dobry i robił dobrą mgiełkę :) Sok z aloesu rózniwż zużyłam do maseczek z glinki, jako bazę - świetnie się sprawdzał i pewnie kupię go jeszcze niejeden raz :) Lancome, Dream Tone - próbka kremu do twarzy, któa wystarczyła na ponad tydzień używania. Krem dobrze nawilżał i wygładzał skórę, ale zapach był chemiczny.


Nivea, Dry Comfort - ulubiony dezodorant w kulce :) The Body Shop, Vineyard Peach żel pod prysznic - cudo, które dostałam już jakiś czas temu od Agaty. Zakochałam się totalnie w zapachu i z chęcią kupię jakiś inny produkt z tej linii [ na żele pod prysznic mam zakaz ;) ]. Yves Rocher, Jardins du Monde, owoc granatu z Hiszpanii, żel pod prysznic - kupiłam zachęcona zapachem i nie żałuję - miło się używało, a nieprzesłodzony zapach nie znudził mi się w ogóle. Ecospa, olejek różany [ 5% w jojobie ] zużyłam do peelingów DIY - przepiękny zapach ♥ Lumene, Arctic Spa - peeling i masło do ciała. Dwa bardzo przyjemne produkty z nowej linii Lumene, które naprawdę polubiłam i zużyłam do ostatniej kropli [ widzicie rozcięte opakowania? ] Przybliżyłam je w poście o całej serii.


Saly Hansen, nawilżający zmywacz do paznokci - był całkiem okej, ale standardowa cena skutecznie mnie odstrasza... The Body Shop, kokosowy antybakteryjny żel do rąk - kolejny z prezentów od Agaty. Miał obłędny zapach, ale działanie było gorsze od żeli z BBW [ miałam uczucie klejących się dłoni ], więc raczej już nie powrócę do niego. OPI, Avojuice, balsam do rąk o zapachu mango - uwielbiałam go za działanie i zapach, występował nawet w ulubieńcach marca i kwietnia. Bell, Bio Vitamin Booster -  moja ulubiona odżywka do paznokci, któą maltretowałam od grudnia [ serio, ponad pół roku przy każdym malowaniu! ]. Wystarczy chybe, jak napiszę, że kolejne opakowanie już u mnie? :) Laura Conti, preparat do odbudowy paznokci - dostałam na bocheńskim spotkaniu blogerek i myślałam, że zastąpi mi bazę Bell, głupia ja! Niestety, po pierwszym użyciu jako bazy [ producent deklaruje, że może służyć jako baza, żeby nie było! ], następnego dnia w pracy okazało się, że cały manicure dosłownie odchodzi płatami :( Drugiej szansy nie było, ląduje w koszu! Max Factor, 2000 Calorie, Curved Brush - moja ulubiona maskara, która już niestety wyschła, bo ostatnio wciąż chodzę w przedłużanych rzęsach :) Sephora, automatyczna kredka w odcieniu 19 shimmer navy. Kochałam ją bardzo i w zasadzie jest jedną z niewielu kredek, którą sumiennie wykończyłam i było mi smutno, kiedy już nic więcej się nie wysunęło... Używałam jej bardzo często, na blogu też miała okazję się już pojawić :) Z chęcią ją kiedyś odkupię.


Cleanic, patyczki do korekty makijażu i demakijażu - moje odkrycie :) Z jednej strony są spiczasto zakończone, co naprawdę świetnie sprawdza się przy demakijażu oczu, kiedy nie chcemy wlać sobie micela do oka, albo niepotrzebnie trzeć delikatnej skóry. Nadgryziona zębem [ bynajmniej nie czasu, if you know what I mean ;) ] gąbeczka Calypso i kilka próbek, z których jedynie krem Sante zwrócił moją uwagę - bardzo dobrze odżywiał cerę i nadawał się pod makijaż.

Ręka w górę, kto przeczytał wszystko? Podziwiam! ;)
A jak u Was ze zużuciami w zeszłym miesiącu?

Lumene, Arctic Spa | kosmetyki do pielęgnacji ciała


Witajcie :)

Wahałam się dziś, o czym Wam napisać. Pytałam na fejsbuku i większością [ 4:2 ] głosów z kolorówką wygrała pielęgnacja, choć stawiałam w duchu na zgoła inny wynik ;) Zgodnie z życzeniami, dziś post pielęgnacyjny, a w nim 4 krótkie recenzje.

Na początku lutego udało mi się wygrać na fejsbukowej stronie Lumene zestaw ich nowej linii, Arctic Spa. Bardzo mnie ta wiadomość ucieszyła, a kiedy kurier zapukał do drzwi [ żartuję, najpierw zadzwonił, bo kurierzy to sierotki i nie umieją trafić do mnie, choć w tym żadnej filozofii nie ma ;) ], z radością odebrałam paczkę i zabrałam się za rozpakowywanie i wąchanie :) Dziś, po bliższym poznaniu całej serii, przybliżę Wam każdy produkt.

Seria Lumene Arctic Spa składa się z czterech produktów: żelu pod prysznic, balsamu do ciała, peelingu do ciała i masła do ciała. Bazą nowej serii ARTIC SPA Lumene Finland jest wyciąg z dzikiej nordyckiej bawełny. Ta wyjątkowa roślina rośnie w ekstremalnych warunkach na kwaśnych mokradłach i torfowiskach dalekiej północy. Choć sama wygląda na bardzo delikatną doskonale radzi sobie w niesprzyjających warunkach pogodowych. Zawiera cenne dla skóry składniki takie jak cukry, polifenole (silne antyutleniacze) oraz minerały. Wyciąg pozyskiwany z dzikiej nordyckiej bawełny działa na skórę nawilżająco, odżywczo i ochronnie, jednocześnie zostawiając na niej uczucie miękkości i gładkości. [źródło]



Lumene Arctic Spa, Body Butter - masło do ciała, które polski dystrybutor poleca nakładać na całe ciało, a angielska naklejka wskazuje aplikację na najbardziej suche miejsca na ciele - dłonie, łokcie i pięty. Z racji, że masełko ma małą pojemność - 100 ml - zdecydowałam się używać go wyłącznie do dłoni i sprawdza się do tego celu wyśmienicie. Masełko zamieszkało obok mojego komputera i kilka razy dziennie jest aplikowane na dłonie. Ma śliczny, delikatny zapach jakby kwiatowy [ na polskiej naklejce jest mowa o zapachu piwonii,ale wydaje mi się, że czuję nie tylko kwiatowe nuty ], ale nie duszący, bardziej świeży. Utrzymuje się on na dłoniach przez kilkanaście minut, co jest bardzo przyjemne. Masełko wchłania się wręcz błyskawicznie, nie pozostawiając tłustej warstwy, od razu po aplikacji można spokojnie pisać na klawiaturze, bez obaw o tłuste ślady na klawiszach. Skóra jest miękka i odżywiona oraz bardzo miła w dotyku. Dzięki temu, że masła używam tylko do dłoni, produkt jest całkiem wydajny. Cena to 65,90 zł

Lumene Arctic Spa, Body Scrub - peeling do ciała w tubce, który ze względu na bardzo malutkie, ale liczne drobinki nie jest super inwazyjnym zdzierakiem, ale bardzo dobrze radzi sobie ze ścieraniem. Drobinki są zatopione w gęstym kremie o pięknym, charakterystycznym dla linii, zapachu, więc nic nie spływa i niepotrzebnie się nie marnuje. Polubiłam się z tym produktem, bo zostawia skórę idealnie gładką, nie podrażnia, nie wysusza, a podprysznicowe ścieranie jest naprawdę przyjemne i nie brudzi wszystkiego naokoło ;) Widziałyście go już w ulubieńcach marca i kwietnia. Peeling wystarczy na kilkanaście użyć. Cena za 200 ml to 49,90 zł

Lumene Arctic Spa, Shower Cream - kremowy żel pod prysznic z wygodnym otwieraniem typu press. Gęsty i przez to wydajny, dobrze pieni się na gąbce, nie wysusza skóry. Niestety, jego największą wadą jest zapach. Wąchając go z opakowania, jest dokładnie taki sam, jak u reszty produktów z linii, niestety kiedy myję ciało, przybiera dziwną, mocną woń, która kojarzy mi się z ... farbą do włosów. Na początku myślałam, że sobie to ubzdurałam, ale za każdym razem, kiedy po niego sięgałam, sytuacja powtarzała się. Dyskwalifikuje go to u mnie. Cena za 250 ml to 49,99 zł

Lumene Arctic Spa, Body Lotion - balsam do ciała w identycznej jak peeling tubce. Wygodne opakowanie, śliczny zapach serii, który tutaj nie zmienia się podczas używania, szybkowchłaniający się, o kremowej, lekkiej konsystencji. Bardzo dobrze nawilża ciało, nie zostawia lepkiej warstwy. Skóra po jego użyciu jest miękka i bardzo delikatnie pachnie przez kilka godzin, zapach nie gryzie się z perfumami. Całkiem wydajny, nie potrzeba dużo, żeby nasmarować całe ciało. Nie podrażnia w ogóle [ testowałam na świeżo ogolonych nogach ]. Cena za 200 ml to 52,50 zł


Ogólnie serię oceniam na plus, spodobał mi się zapach i świeży design opakowań, kosmetyki działają bardzo dobrze, niewiele im mogę zarzucić. No może ceny, które są, jak na mój gust - wygórowane. Moimi ulubieńcami z tej czwórki są masło do ciała i peeling.


Znacie produkty do pielęgnacji ciała z Lumene?
Miałyście do czynienia z serią Arctic Spa?

Ulubieńcy | MARZEC + KWIECIEŃ

Witajcie weekendowo! :)

Ostatnio mnie trochę tu mniej, musicie mi wybaczyć. Niestety zmagam się już od tygodnia z bólem wyrastającej krzywo ósemki i przez to [ również przez środki przeciwbólowe ] chodzę non stop nieprzytomna i przymulona... W poniedziałek mam już wizytę u dentysty, mam nadzieję, że coś zaradzi! 
A tymczasem przychodzę do Was z postem o ulubieńcach kosmetycznych minionych dwóch miesięcy. Marzec nie obfitował w ulubione produkty, ale za to kwiecień to nadrobił ;) Razem jest tutaj przed Wami 10 kosmetyków, które spodobały mi się na tyle, żeby używać ich regularnie i nadać miano ulubionych. 


Pierwsza trójka to pielęgnacja. 
Peeling do ciała Lumene  z serii Arctic Spa przypadł mi do gustu, bo jest dobrym zdzierakiem, powiedziałabym, że o średnim poziomie ścierania martwego naskórka. W sam raz do częstego użytkowania. Ma bardzo dużo malutkich drobinek, co przekłada się na skuteczność oraz miły, kwiatowy [ podobno piwonia ] zapach.

OPI Avojuice, balsam do rąk i ciała. Ten na zdjęciu ma zapach mango, posiadam również wersję z kwiatem hibiskusa [ pokazywałam je w poście o zakupach z targów kosmetycznych, klik ], ale została w pracy i tym samym nie załapała się na sesję ;) Balsamy są świetne pod względem zapachów - te utrzymują się długo i są naprawdę ładne. Dodatkowo dłonie są po aplikacji widocznie odżywione - gładkie i miękkie, a tłustej warstwy tu nie uświadczysz. Nie podoba mi się jedynie cena, za jedną, 30ml buteleczkę zapłaciłam na targach 9 zł, już w promocji.

Ziaja, 25+ krem nawilżający matujący. Długo czekał w szufladzie z zapasami na swój debiut. Używam go od początku kwietnia i jestem bardzo zadowolona - nawilża twarz wystarczająco, ma ładny zapach, szybko się wchłania, doskonale się sprawdza pod makijaż, nie podrażnia skóry i nie powoduje wysypu. Dodatkowo jest całkiem wydajny [ szacuję, że słoiczek z 50 ml kremu zużyję w ok 3 miesiące ], co przy cenie około 10 zł tworzy bardzo kuszący kosmetyk :)


Sleek, paletka Oh So Special. Prezent od kochanej Gosi z bloga Esy, Floresy, Fantasmagorie. Idealnie dobrana kolorystycznie paletka, która odkąd ją otrzymałam, codziennie uczestniczy w makijażu. Lubię w niej to, że są cienie podstawowe [ 2 cieliste kolory, taupe i czerń - wszystkie matowe ] i bardziej szalone [ pudrowy róż i brzoskwinia oraz kilka brokatów ] - dzięki temu można nią wykonać cały makijaż :) Mam w niej już 2 ukochane odcienie. Esku - dziękuję :*

Zoya, Pixie Dust, Carter. Pisakowy lakier do paznokci. Piękny, trwały, zaskakujący. Zachwycam się nim nieprzerwanie od dnia zakupu! ♥

Catrice, Multicolour Blush, C01 Punk Up The Royals. Róż do policzków z limitowanej edycji Catrice - Rocking Royals. Bardzo mocny róż [ bardziej nasycony niż na zdjęciu ], składający się z dwóch odcieni - bordowej czerwieni i fuksjowego fioletu, które po zmieszaniu wyglądają cudnie na policzku. Oczywiście umiar w aplikacji jest tu najważniejszy i nieocenionym pomocnikiem w tej kwestii jest Blush Brush z RT. Róż gościł na mojej twarzy przez większą część ostatnich dwóch miesięcy.

Orly, Pure Porcelain. Lakier, który wisiał na mojej liście już wiele miesięcy. Dorwałam go na targach kosmetycznych za 26 zł i nie żałuję ani jednej złotówki. Jest niesamowicie elegancki, super trwały, a dodatkowo daje efekt czystych dłoni [ określenie via egri.hempe :) ]. Uwielbiam!


Revlon, podkład ColorStay. Mój jest w odcieniu 150 Buff, do cery mieszanej i tłustej. Podkład, po który sięgałam ostatnio najczęściej. Najlepiej ze wszystkich tuszował moją kapryśną cerę i jej fochy, i utrzymywał się najdłużej. Już niewiele pozostało go w buteleczce. Lubię go za bardzo dobre krycie i idealnie dopasowany kolor.

Equilibra, olejek nabłyszczający do włosów. Używam go od końca grudnia [ widzicie zużycie?! ] po każdym myciu włosów, czyli co dwa dni, jako zabezpieczenie końcówek. Świetnie się spisuje - lekko nabłyszcza włosy i chroni końcówki przed zniszczeniami. Ma ładny, świeży aloesowy zapach i jest niesamowicie wydajny, aplikator również jest przydatny. Wystarczy jedna pompka.

Bell, Bio2 Vitamin Booster. Odżywka, której używam jako bazy pod lakier do paznokci. Super wydajna, mam ją już od  4 miesięcy, a jeszcze 1/3 buteleczki mi została. Ma być wzmacniającym serum do słabych paznokci i tak właśnie jest, a co najważniejsze, przedłuża trwałość lakieru na moich paznokciach :) Bardzo dobrze utwardza płytkę i dzięki niej mogę zapuścić dłuższe paznokcie niż do tej pory. Polecam, bo i cena jest przystępna, około 12 zł. Swoją odżywkę kupiłam w Naturze.


To już wszyscy moi ulubieńcy marca i kwietnia. Produkty, które towarzyszą mi od kilku już miesięcy, ale także nowości, które przebojem wdarły się w mój kosmetyczny świat. 

Znacie którąś pozycję z mojej ulubionej dziesiątki?
Jacy są Wasi ulubieńcy ostatniego okresu? :)

Nowości w mojej kosmetyczce :)

Cześć :) 

W ostatnim czasie kilka nowych kosmetycznych kąsków wpadło do mojej kosmetyczki. Pora na ich debiut na blogu :) Jak może zauważyłyście, zrezygnowałam z serii podsumowań zakupowych na blogu, ostała się jedynie lista zakupowa na dany miesiąc, którą znajdziece w bocznym pasku. Dla mnie wygodniej jest publikować notki o nowościach w dowolnym czasie, nie czuję się wtedy jak na spowiedzi ;)


Makijażowo przybyło mi kilka ciekawych rzeczy, starałam się nie kupować produktów, które już mam i nie dublować kolorów - udało się :) Baza pod cienie Lumene była na mojej liście zakupowej już od dłuższego czasu, w końcu zlokalizowałam u siebie w mieście hurtownię kosmetyczną, która jest nieźle zaopatrzona w asortyment tej marki - są aż 2 szafy kolorówkowe i mnóstwo pielęgnacji, czuję, że jeszcze tam wrócę ;) Baza kosztowała 28 zł. 
Następnym zakupem jest Essie, który dołączył do lakierowej gromadki kilka dni temu, kiedy odwiedziłam pierwsze krakowskie Hebe na Floriańskiej - lakiery marki były w promocji za 19,99 zł, wybrałam odcień Smokin Hot, który widniał na mojej chciejliście już prawie rok ;) Polowałam na Blanc, ale niestety tego odcienia już nie było. 
Róż do policzków Barry M w odcieniu BL2 to wynik udanej wymianki, pokazywałam Wam go już w poście o moich różach do policzków. Z tej samej wymianki pochodzi kuleczka Hakuro H80. 2 pomadki Wibo Eliksir są wygraną w rozdaniu u Lacquer Maniacs, już polubiłam te kolory. Jeden z nich, nudziaka o numerku 05, pokazywałam Wam w jesiennym makijażu - o, tutaj
Last but not least, Revlon Colorstay Mineral Finishing Powder w odcieniu 010 Brighten to zachcianka kupiona pod wpływem Basi z kanału callmeblondie [ jeśli jeszcze nie znacie tej sympatycznej blondynki, pędźcie i oglądajcie - warto! ].


Basia wspominała o tym rozświetlaczu w swoich filmikach, świetnie wygląda u niej na twarzy. Zguglałam i przepadłam ;) To wypiekany rozświetlacz, który przepięknie wygląda na kościach policzkowych. W sieci wyczytałam również, że jest porównywany do Mineralize Skinfinish z MAC'a, chyba do odcienia Lightscapade. Kosztował 24,99 zł.


Teraz pokiwacie głową z politowaniem - znów Caudalie? Ano tak ;)
Podczas wizyty w aptece po antybiotyki dla Chłopaka doszłam do wniosku, że chcę wypróbować płyn micelarny, zdecydowałam się na małą, 100 ml pojemność za 34,60 zł, a do tego dostałam gratis tonik nawilżający w takim samym rozmiarze. Przy następnej wizycie uzupełniłam brak wody winogronowej, tym razem postawiłam na większą pojemność, 200 ml za 39 zł i dostałam w prezencie krem do rąk. Czy ja już mówiłam, że lubię moją aptekę? ;)
Ostatnii produkt Caudalie to kosmetyk do testowania w ramach HexxBOX'u - dotarł do mnie w ekspresowym tempie. Mowa o kremie pod oczy z linii Vinosource, już nie mogę się doczekać używania! Hexx - :***


Balsam do włosów Mrs. Potters aloes i jedwab to stały bywalec w mojej łazience, ten egzemplarz to zapas, bo nie mogłam go nie wziąć, kiedy kosztował 5 zł [ pojemność 500 ml ]. Płyn micelarny z Biedronki w limitowanej edycji 400 ml za 7,99 zł też dołączył do zakupów, a olejek Alverde z dzikiej róży i rokitnika [ zapach! ♥ ] to ostatni przedmiot ze wspominanej wyżej wymianki :) Olej makadamia długo chodził mi po głowie, przy okazji zamówienia rozświetlacza Revlon i matującego kremu z filtrem SPF 30 L'Oreal wpadł i on do koszyka. Olej kosztował 13 zł za 50 ml, filtr L'Oreal 14,99 zł za 50 ml. 


Ostatni punkt to próbki. Zazwyczaj nie chwalę się próbkami, ale te tutaj bardzo mnie cieszą, stąd też mają swoje 5 minut ;) 3 próbki Caudalie były miłym dodatkiem do kremu pod oczy z HexxBOX'a, 2 przywędrowały z kochanej apteki - idealne na wyjazdy. Próbki z Lumene dostałam przy zakupie bazy pod cienie, bardzo cieszę się, że są u mnie, bo już od dawna polowałam na nie, niestety nigdzie nie mieli ich do zaoferowania... Te kolorowe saszetki po lewej stronie pochodzą ze sklepu Beautikon - mieli akcję na fb, gdzie pierwsze zgłoszone 100 osób otrzymuje pakiet próbek azjatyckich kosmetyków - cieszę się zwłaszcza z kremów wodnych It's skin, bo mam na któryś z nich ochotę w wersji pełnowymiarowej - od dziś testuję je na twarzy :)


Wpadło Wam coś w oko?
Jak tam Wasze zakupy w ostatnim czasie? Pochwalcie się :)