Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odżywka do włosów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odżywka do włosów. Pokaż wszystkie posty

Po taniości - ISANA

Cześć!

Isany przedstawiać nie trzeba, założę się, że każda osoba, która czyta tego posta, ma choć jeden kosmetyk tej marki w swojej łazience. Mam rację? 
U mnie ostatnio namnożyło się ich i wymyśliłam, że je Wam pokażę i opiszę, bo tanie, a przy tym dobre kosmetyki są zawsze spoko!


Jak widzicie, mam obecnie siedem różnych kosmetyków tej marki, a skupiłam się na kategorii włosy i prysznic, mało różnorodna jestem ;) Jeśli macie sprawdzone Isanowe rzeczy na przykład do pielęgnacji ciała, dajcie znać w komentarzach!
Najdroższa rzecz z Isany, którą tu zobaczycie, kosztowała 10 złotych i z tego, co mi wiadomo, jest to z reguły górna granica cenowa tych kosmetyków, najtańsze są żele pod prysznic, które w promocji można złapać już za 2,50zł.


Moja ukochana seria do włosów ♥ Odżywki zużyłam już tyle opakowań, że straciłam rachubę. To od niej zaczęła się moja miłość do tej serii. Potem kupiłam kurację, a ostatnio, po raz pierwszy, szampon. Moje włosy są po użyciu gładkie, świeże i sypkie. Wystarczy odrobina szamponu, aż byłam zdziwiona, jak niewiele, żeby dokładnie oczyścić skórę głowy, dodatkowo pieni się jak szalony ;) Odżywki na moje długie włosy nakładam mniej więcej tyle, co łyżka stołowa, kuracji o połowę mniej. Mówię Wam, te kosmetyki są takiej jakości, że równie dobrze mogłyby być sprzedawane po 30zł / sztuka! Jeśli jeszcze ich nie znacie - shame, shame, shame! Mam nadzieję, że Isana prędko nie wycofa tej serii, bo jest naprawdę mega! A jak pachnie!


Żele pod prysznic Isany [ na zdjęciu to te dwa w tylnym rzędzie ] są, niezależnie od wariantu zapachowego, bardzo dobre. Świetnie się pienią, są wydajne i tanie, nie można im nic zarzucić. Lubię ich limitowane edycje, bo można trafić na naprawdę piękne zapachy. Tak było tutaj z żelem Hello Spring, który nazwą nijak się ma do obecnej pory roku, ale nic to ;) Genialnie pachnie brzoskwiniami, przypomina mi zapachem ukochany brzoskwiniowy żel z The Body Shop i momentalnie poprawia humor pod prysznicem. Wersja Keep Cool z uroczym misiem, niestety pachnie dla mnie sztucznie, takimi bylejakimi lizakami, które  dawno temu sprzedawano w kwadratowych papierkach, kojarzycie? Te żele to taka ruletka, ale za 2,50 zł jakoś mi nie żal, jak trafię na gorszą sztukę ;)
Olejek pod prysznic jest super! Bardzo mi pomógł, kiedy po powrocie z wakacji swędziała mnie cała skóra i nie mogłam jej uspokoić. Kilka dni używania tego olejku i bogatego masła do ciała pomogło, wiem, że na tym olejku można polegać. Przyjemnie się rozprowadza, delikatnie myje i naprawdę nie wysusza skóry. Jest mało wydajny, fakt, ale za 6 złotych spokojnie można przymknąć na to oko :)
Ostatni kosmetyk, olejek do włosów. Kupiłam go, kiedy tylko się pojawił, bo po prostu mnie zaciekawił :) Używam go na zmianę z moim Mythic Oil z L'Oreal i jest całkiem okej. Jest bardzo gęsty [ w porównaniu do Mythic Oil ], ale nie obciąża ani nie strąkuje włosów. Chroni przed wysoką temperaturą, przyjemnie pachnie i jest całkiem wydajny, ja daję dwie pompki na całe włosy.


To tyle w ramach krótkiego, Isanowego przeglądu :)
Dajcie znać, czy znacie te kosmetyki i napiszcie, co z Isany jest Waszym pewniakiem :)

Kosmetyki z TkMaxx'a

Hej :)

Uwielbiam buszować po kosmetycznym dziale TkMaxx'a, przyznaję się bez bicia. Nie zawsze coś kupuję, ale najczęściej wychodzę z jakąś perełką. Koleżanki, które czasem mi towarzyszą w zakupach się dziwią, bo dla nich wszystkie te kosmetyki są zupełnie nieznane, nie kojarzą marek. Ja, od kilku lat pod wpływem blogów polskich i zagranicznych, jutubów także, jestem trochę w tym przeszkolona i potrafię wypatrzyć coś ciekawego. 


W ostatnim czasie złapałam tam kilka kosmetyków, mam je teraz w użyciu i pomyślałam sobie, że to ciekawy temat na post. Wyliczając, z TkMaxxowych półek zgarnęłam: odżywkę do włosów Yes to Carrots, krem do twarzy Sukin, antyoksydacyjne serum pod oczy Sukin, masło do ciała Soap & Glory, peeling do ciała Fresh Petals i duo lakierów Orly. Nie jest tego dużo, ale całkiem ciekawa gromada.


Yes To Carrots, odżywka do włosów - swego czasu te kosmetyki były dostępne w Sephorach, ale niestety je wycofali, teraz są już nie do dostania u nas. A szkoda, bo ostatnio na Instagramie mignęła mi seria kokosowa :( Odżywka ma pół litra, więc objętość godna, ma fajne wciskane zamknięcie, można ją postawić na głowie, a plastik jest miękki, więc nie ma problemu z wyciskaniem produktu. To fajowa codzienna odżywka, która, obojętnie od nakładanej ilości, nie obciąży włosów. Ładnie pachnie, wygładza włosy i jest po prostu przyjemna w użyciu. Teraz żałuję, że nie wzięłam jeszcze wersji ogórkowej, ale cóż - nie można mieć wszystkiego ;) Cena ; 34,90 zł / 500ml

Soap and Glory, Righteous Butter, masło do ciała - kiedy jakoś przed Świętami zobaczyłam w TkMaxxie kosmetyki tej firmy, chciałam wziąć wszystkie! Ale potem opamiętałam się, bo niewiele z nich znałam - były jakieś chusteczki do demakijażu, krem pod oczy, wyszczuplające balsamy i coś jeszcze. Zdecydowałam się na coś, co kojarzyłam i nie żałuję - masło ma  g e n i a l n y  zapach ♥ Udało mi się też wybrać niemacane ^^ Świetnie nawilża na długi czas, ma mega gęstą konsystencję, doprawdy masłowatą i bardzo żałuję, że już pół słoiczka za mną. Cena: 44,90 zł / 300 ml 

Petal Fresh, peeling do ciała - peelingi bardzo lubię, kiedy więc zobaczyłam ten dość duży słoik ze znajomej mi firmy [ miałam od nich odżywkę do włosów i była całkiem niezła ], capnęłam od razu. Ten peeling to taki codzienniak, bo drobinki [ pumeks i zmielona ziarna czegośtam ] są malutkie i zatopione w rzadkiej masie, ale przyjemnie masuje skórę. Nie jest to wielkie zdzieranie, oj nie, ale naprawdę przyjemne. Skóra jest potem odczuwalnie wygładzona i nie przesuszona. Zapach intrygujący, ale delikatny. Cena: 34,90 zł / 500 ml


Sukin, antyoksydacyjne serum pod oczy - wielki, jak na swoje przeznaczenie, bo aż 30 ml kosmetyk. Miał lekką konsystencję, funkcjonalne opakowanie z pompką, nie uczulał i nie podrażniał. Używałam go chyba równe pół roku [ taki jest też termin przydatności ] i nie zużyłam całości, ale i tak nieźle mi poszło. Przy regularnym stosowaniu [ w moim przypadku na noc ] zauważyłam, że skóra pod oczami jest lepiej odżywiona, delikatnie wygładzona i szybciej dochodzi do siebie, jeśli za krótko spałam [ always! ]. To nie cudotwórca, ale miło się go używało. Cena: 34.90 zł / 30 ml

Sukin, Rose Hip, nawilżający krem do twarzy - kupiłam razem z serum pod oczy, ale zaczęłam używać dopiero niedawno. To kolejny kosmetyk o wielkiej pojemności i stosunkowo krótkim czasie zużycia - 120 ml na pół roku. Challenge accepted :D Krem pachnie bardzo delikatnie, ma lekką, jakby wodnistą konsystencję i nie potrzeba go wiele, żeby dobrze nasmarować skórę. Szybko się wchłania, nie pozostawia białych smug i wysycha na półmatowo, podoba mi się to. Najlepsze jest jednak to, że jest doskonałą bazą pod makijaż, zauważyłam naprawdę dużą różnicę w trwałości tapety odkąd go używam, a nie zmieniłam nic oprócz kremu w ostatnim czasie. Cena: 34,90 zł / 120 ml

Orly, zestaw dwóch lakierów do paznokci Glitterbomb i Taffy - jestem łasa na lakiery Orly, przyznaję. Podobają mi się ich buteleczki i łatwość, z jaką się nimi maluje [ lakierami, nie buteleczkami ]. Mam kilka w kolekcji i wszystkich używam. Przygarnęłam więc i te dwa, logiczne przecież. Brokat zawsze się przydaje, zwłaszcza, że chwilę przed zakupem tej pary wywaliłam do śmieci zgluciały top Circus Confetti z Essence, potrzebowałam zamiennika. Nudziak jest dość przezroczysty, bo to chyba lakier do frencza, ale 4 warstwy [ tylko dla cierpliwych :p ] wyglądają bardzo ciekawie. Cena: 34,90 zł / dwupak

A Wy często kupujecie kosmetyki w TkMaxxie?

Francuski duet | Le Petite Olivier - szampon + odżywka

Hej, hej! :)

Kiedy kilka lat temu spędziłam pewien czas we Francji, dopiero zaczynałam interesować się bardziej kosmetykami. Dlatego też kilka kosmetyków z Francji zapadło mi w pamięć, również ze względów sentymentalnych - między innymi marka własna Sephory czy żele pod prysznic Bourjois. Miałam też styczność z marką Le Petit Olivier, kiedy więc zobaczyłam ich produkty na półce w krakowskiej drogerii Mediq, od razu zdecydowałam się na zakup. Zachęcała również cena - około 14 złotych za sztukę.



Zdecydowałam się na linię z brzoskwinią i kwiatem winorośli, do włosów normalnych, głównie dla zapachu, po którym oczekiwałam wiele [ nauczona wspaniałą serią brzoskwiniową z The Body Shop ]. Okazało się, że się nie zawiodłam, bo zapach jest śliczny - świeży, lekki i mocno brzoskwiniowy, wcale nie chemiczny.

A same produkty? Też niczego sobie! To naprawdę dobry, drogeryjny duet :) Szampon ma lekką konsystencję, znakomicie się pieni już przy pierwszym myciu [ często nawet nie myję już drugi raz ] i delikatnie oczyszcza włosy. Daje radę nawet olejom. Włosy po umyciu nie są szorstkie i nie plączą się, mam wrażenie, że są wręcz trochę nawilżone i dzięki temu nie potrzeba wiele odżywki. Butelka szamponu jest standardowa, wygodnie się ją trzyma i nie ma problemu z nalaniem odpowiedniej ilości płynu na dłoń.


Odżywka znajduje się w miękkiej tubie, bardzo lubię takie stojące na głowie rozwiązania :) Nie jest zbyt gęsta, w sam raz do codziennego używania. Należy jednak wziąć pod uwagę, że może obciążać włosy, dlatego też trzeba pamiętać o oszczędnym dozowaniu. Ja zawsze mam z tym problem, bo lubię na bogato ;) Na moje długie już włosy wystarczy ilość wielkości średniej śliwki [ zawsze mam problem z porównywaniem ;) ], raczej nie więcej, bo wtedy włosy mogą być oklapnięte. Trzymam zawsze kilka minut, żeby odzywka mogła choć trochę zadziałać. Pozostawia włosy gładkie i pachnące, bardzo ładnie się błyszczą w słońcu.



Polubiłam tę dwójkę do codziennej pielęgnacji włosów. Nie są to produkty, które diametralnie poprawią stan włosów, ale są na tyle lekkie i przyjemne w używaniu, że bardzo lubię po nie sięgać porankami. Podoba mi się ten doraźny efekt, który dają - włosy sypkie, błyszczące, a baby hair ujarzmione.




Jeśli macie dostęp do włosowych kosmetyków LPO, zachęcam do spróbowania, zawsze to jakaś odmiana :) Mi w oko wpadło jeszcze różane mydło w kostce i jaśminowa mgiełka do ciała, będę polować na te kosmetyki :)

Ulubieńcy na bogato ! | KWIECIEŃ '15

Dobry wieczór bardzo!

Czas na przedstawienie gromadki kosmetyków, które mnie zaskoczyły i zyskały awans do grona ulubieńców. W kwietniu sporo takich się znalazło [ naliczyłam 9 różnych! ] w mojej łazience i kosmetyczce, dlatego też cieszę się, że mogę je Wam zaprezentować :)


Emulsja micelarna do mycia twarzy, Anida - kupiłam ją kilka miesięcy temu, w promocyjnej cenie 6,99 zł. Używam od marca i jestem niesamowicie zadowolona - z jej delikatności, konsystencji i wydajności [ zostało mi jeszcze 1/3 opakowania ]. Normalnie emulsja kosztuje niecałe 10 zł więc jest produktem bardzo przystępnym, ma krótki i delikatny skład, nadaje się do każdego typu cery. Bez problemu znajdziecie ją w aptekach DOZ, stacjonarnie i internetowo.

Nawilżająca odżywka do włosów Citrus + Aloe, Petal Fresh Organics - o odżywce już pisałam niedawno, to bardzo dobra naturalna kuracja dla włosów. Ujarzmiała w kwietniu moje włosy najczęściej, zostawiając je gładkimi i błyszczącymi.

Sephora, Gentle Exfoliating Cleansing Balm - to masło do demakijażu kupiłam na jednej z wyprzedaży w perfumerii, o ile dobrze pamiętam, kosztowało 25 złotych. Okazało się super przyjemnym produktem do demakijażu! Naprawdę mnie zaskoczyło. Jest delikatne i kremowe, a przy tym pachnie jak kosmetyki Caudalie z linii Vinosource. Niestety już go nie produkują, pytałam w kilku Sephorach :(

Crushed Cabernet Scrub, Caudalie - peeling, do którego nie byłam na początku przekonana. Po pierwszym użyciu określiłam go jako niewydajny. Potem poczytałam o nim w sieci i okazało się, że każdy chwalił to, jak niewiele go potrzeba do peelingu całego ciała - dało mi to do myślenia i następnym razem spróbowałam z mniejszymi ilościami - bingo! Rzeczywiście peeling najlepiej radzi sobie, jeśli jest nakładany w małych ilościach. Magicznie wygładza skórę, zostawiając ją miękką o gładką na długi czas. Zapach jest dość specyficzny, lekko cierpki, ale ja bardzo go polubiłam.

Deep Recovery Nihgt Cream, Rituals - to prezent świąteczny od Irenki Jeszcze nigdy nie miałam lepszego kremu na noc. Ten z Rituals jest tak bogaty i regenerujący [ przy tym konsystencja jest całkiem lekka i wcale nie tłusta! ], że moja skóra rano wygląda, jakbym spała przez 24h! Koloryt jest wyrównany, cera mocno nawilżona i sprężysta, wygładzona. Uwielbiam! Jedyny minus to niższa niż moje założenia wydajność, po dwóch miesiącach jestem już w połowie opakowania.

puder do twarzy Prep + Prime, MAC - polubiłam sypańce i dobrze mi z tym :D Ten jest bardzo dobry, świetnie utrwala na długi czas makijaż, nawet ten nałożony na dość tłusty filtr przeciwsłoneczny [ przetestowane! ], nie bieli i u mnie nie robi płaskiego matu. Duża pojemność mi odpowiada, nie mogę mu nic zarzucić :)

róż do policzków Cream Puff, 20 Lavish Mauve, Max Factor - odkrycie różowe roku! Jestem zakochana po uszy w tym kolorze i odkąd go kupiłam, wszystkie inne poszły w odstawkę. Wbrew nazwie, róż jest wypiekany, nie kremowy. Jest piękną mozaiką [ ? ] połączonych chaotycznie kolorów z lekkim połyskiem, który pozwala zrezygnować z rozświetlacza. Nienaganna trwałość i genialny kolor sprawiają, że się z nim nie rozstaję, zużycie jest już widoczne.

pędzel do różu, Real Techniques - nie sposób o nim nie wspomnieć przy okazji różu z MF. Tylko ten pędzel idealnie radzi sobie z nakładaniem tego różu w zadowalający mnie sposób. Lubię go, bo nie da się nim zrobić na policzkach plam, równomiernie rozprowadza produkt i pięknie go blenduje. Dostałam go na urodziny dwa lata temu od przyjaciółki i wciąż jest w idealnym stanie [ na zdjęciu nieumyty, ale cóż, nie jestem Perfekcyjną Panią Domu ;) ].

lakiery do paznokcie, Essie - nie chodzi tu o konkretne kolory [ na zdjęciu Maximillian Strasse Her, Head Mistress, Big Spender ], ale o markę. Ostatnio wciąż sięgałam po lakiery Essie, odpowiadały mi pod względem kolorów, komfortu nakładania i trwałości. Lubię tę markę! Chyba czas na nowe kolory, ostatnio Merino Cool wpadł mi w oko ;)

Nie ukrywam, że nazbierałam tego pokaźną ilość, ale cieszę się, że trafiłam na tyle wartych wspomnienia kosmetyków :) Przy tym w kwietniu nie miałam żadnego rozczarowania kosmetycznego, bilans jest więc bardzo zadowalający ^^ 


Napiszcie, co Wam umilało kwiecień, może coś nam się pokrywa?

Niedzielna relacja zakupowa | LUSH, Sukin

Witajcie :)


Dziś taki spontaniczny post zakupowy, bo okazało się, że niedziela stała się niespodziewanie dniem kosmetycznych nabytków :D Pojechaliśmy z Narzeczonym do kina na film Avengers: Age of Ultron [ swoją drogą uważam, że to jeden ze słabszych filmów Marvela, niby zatrzęsienie bohaterów na raz, akcja jakaś jest, ale po pierwsze film trwa zdecydowanie za długo, a po drugie niektórzy aktorzy sprawiali wrażenie znudzonych graniem. Niemniej fajnie było wybrać się do kina, no i czarny charakter - Ultron, był bardzo dobrze wykreowany - wieeeelki plus za świetny głos Jamesa Spadera, który gra Reddingtona w serialu Blacklist, kojarzycie?  ], a po kinie miałam chwilkę na szybką rundkę po TkMaxxie. Ja bym nie skorzystała, ja?! No więc pobiegłam jak zwykle na dział z kosmetykami i udało mi się wygrzebać kilka fajowych nowości!


Markę Sukin kojarzyłam wcześniej z wielu zagranicznych filmów na YT, zawsze była zachwalana. To marka z Australii, opiera swoje receptury na bogactwie natury, co odzwierciedla się w składnikach. Kiedy więc zobaczyłam kilka produktów do wyboru, a potem okazało się, że mają superowe składy z aloesem na początku, nie wahałam się, zwłaszcza, że i ceny były całkiem przyjazne - za każdy kosmetyk zapłaciłam 34.99 zł :) Duże pojemności [ odżywka do włosów 500 ml, krem do twarzy 120 ml, serum pod oczy 30 ml ], śliczna szata graficzna, porządne opakowania [ w przypadku serum pod oczy i kremu do twarzy są szklane ] i fajne ceny skłoniły mnie do zakupów. Dostępny był też żel do mycia twarzy, ale jego nie przytuliłam, bo z tej kategorii mam dość duże zapasy ;) Jeśli kosmetyki się sprawdzą, na pewno o nich za niedługo usłyszycie, bo już od dziś wskakują do mojej pielęgnacji.


No i teraz mój największy grzech..... Lush! Siostra Narzeczonego spędzała długi weekend w Pradze. I żyłabym w błogiej niewiedzy, gdyby nie jej "uprzejmy" telefon, że właśnie jest w Lushu i jak bym coś chciała, to następnego dnia mi podejdzie;) Dostałam małpiego rozumu i chyba ponad godzinę buszowałam na firmowej stronie i zastanawiałam się, co wybrać. Stanęło na żelu pod prysznic It's raining men [ 500 ml ] oraz na czyściku do twarzy Ultrabland [ 95 ml ]. Baaardzo się cieszę z tych nabytków, które dziś trafiły do moich rąk, jedyne, co mnie nie do końca zadowala, to ich horrendalne ceny... Wydaje mi się, że Lush w Czechach jest dużo droższy od tego z Anglii. Za obydwa kosmetyki zapłaciłam w przeliczeniu na złotówki 185 zł, czyli całkiem sporo. Mam jednak głęboką wiarę i nadzieję, że okażą się superzajebiste i warte tego wydatku :) Trzymajcie kciuki, żeby tak było!


Zafundowałam sobie niedzielną kosmetyczną rozpustę, ale przecież należało mi się! Po pierwsze w nagrodę za znalezienie nowej pracy, po drugie z okazji wiosny/lata, po trzecie na poprawę humoru, a po czwarte "bo tak" ! :)

Petal Fresh Organics, Moisturizing Conditioner Aloe + Citrus | tańszy odpowiednik John Masters Organics?

Witajcie majowo :)


Postanowiłam zmobilizować się do napisania postu, bo ostatnio wciąż mam wrażenie, że zaniedbuję bloga. Niestety zmęczenie zbyt często wygrywa z chęcią kreacji ;) 
O mojej lekkiej paranoi na punkcie włosów wie już każdy, przypominać nie będę. Wciąż kupuję jakieś włosowe nowości, to silniejsze ode mnie.


Kilka tygodni temu, na sponsorowanych zakupach z Mamą, wypatrzyłam na półce w Hebe markę Petal Fresh Organics. Wtedy jeszcze nie wiedziałam o niej zupełnie nic, zachęciły mnie opisy i składy. Sięgnęłam po nawilżającą odżywkę do włosów, doszłam do wniosku, że będzie to bezpieczny wybór. Miękka butelka z 355 ml kosmetyku kosztowała niecałe 17 zł. Obecnie możecie dostać produkty tej marki także w Rosmannie.

Odżywki używam bardzo często, od 10 marca. Zużyłam około 2/3 opakowania. Szacuję, że aplikowałam ją na włosy już ponad dwadzieścia razy, to bardzo dobry wynik. Efekty są podobne, bez znaczenia jest, czy trzymam odżywkę na włosach przez 2 minuty, czy przez 20. Ma lekką, wodnistą konsystencję, ale jest przy tym tak napakowana różnymi ekstraktami i olejkami, że wystarczy naprawdę niewielka ilość do odżywienia całych włosów [ moje są za łopatki ].
Skład jest imponujący i naturalny, nie zawiera szkodliwych parabenów, siarczanów, ftalanów i sztucznych barwników.

Skład: Aqua ( Water ), Glycerin, Isopropyl palmitate, Caprylic/Capric Triglyceride, Behenyl Alcohol,Cetearyl Alcohol, Cetyl Alcohol, Stearyl Alcohol, Hydroxypropyl Meethylcellulose, Olea Europea( Olive ) Fruit Oil, Helianthus annuus ( Sunflower ) Seed Oil, Tocopheryl Acetate ( Vitamin E ),Retinyl palmitate ( Vitamin A ), Panthenol ( Vitamin B5 ), Aloe Barbadensis ( Aloe Vera ) Leaf Juice, Citrus Aurantium dulcis ( Orange ) Fruit Extract, Citrus Medica Limonium ( Lemon ) Friut Extract, Citrus Grandis ( grapefruit ) Leaf Extract, Citrus Nobilis( Mandarin Orange ) Fruit Extract, Salvia Officinalis ( Sage ) Leaf Extract, Orbignya Oleifera ( Babassu ) Seed Oil, Tussilago Farfara ( Coltsfoot ) Flower Extract, Achillea Millefolium ( Yarrow ), Equisetum Arvense ( Horsetail ), Rosmarinus Officinalis ( Rosemary ) Leaf Extract, Althaea Officinalis ( Marshmallow ) Root, Chamomilla Recutita ( Chamomille ) Flower Extract, Melissa Officinalis ( Lemon Balm ) Leaf Extract, Thymus Vulgaris ( Thyme ) Extract, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol, Parfum ( Fragrance ).


Jestem bardzo zadowolona z zakupu, naprawdę! Cytrusowo aloesowa odżywka świetnie radzi sobie z nawilżeniem moich włosów, nie przyspiesza przetłuszczania, nabłyszcza i wygładza je, są po niej bardzo miękkie w dotyku. Mając porównanie z Citrus + Neroli Detangler od John Masters Organics, mogę śmiało powiedzieć, że odżywki działają analogicznie. Według mnie Petal Fresh Organics jest tańszą, wcale nie gorszą wersją JMO. 

Jedyne, co je różni, to zapach. JMO pachnie bosko, delikatnie cytrusowo i wakacyjnie. Niestety, zapach Petal Fresh jest dla mnie aż nazbyt sztuczny i kwaśny, mocny i zajeżdża mi pachnącą cytrynową kostką do ubikacji. Naprawdę :( Jest to jedyny mankament tej odżywki, który mimo wszystko jestem w stanie przeboleć, bo efekty są świetne. Wiem też, że inne dziewczyny chwalą zapach - to kwestia gustu.


Cieszę się, że trafiłam na taki dobry, w dodatku naturalny produkt do moich włosów.
Chętnie zapoznam się z pozostałą włosową ofertą marki :)
Znacie Petal Fresh Organics?

Zużyte w styczniu

Witajcie!

Czas na pokazanie tego, co udało mi się zużyć w styczniu. Nazbierałam kilkanaście opakowań, wynik całkiem niezły, zwłaszcza po wielkim końcoworocznym napełnianiu śmietnika :) Dołączyłam także cichaczem do akcji zużywania próbek, którą zorganizowała Balbina, ale o tym będzie w osobnym poście, żebyście mi tu nie pozasypiały przed ekranem ;) 


Serical, Crema al Latte - dobra maska, ale bardzo nie odpowiadał mi zapach i pół opakowania stało u mnie w łazience od prawie dwóch lat. Nadszedł czas pożegnania, bo naprawdę nie mogłam zmusić się do jej używania, zwłaszcza, że tuż obok stał bananowy Kallos ;)

Batiste, suchy szampon do włosów, wersja Original - kupiłam podczas pamiętnej promocji w Biedronce :) To była jedyna wersja, jaka została, wzięłam więc z braku laku. Przeciętna, denerwowała mnie biała warstwa, którą ciężko było usunąć, a żeby zawartość nadawała się do użytku, praktycznie cały czas trzeba było przy aplikacji potrząsać puszką. Nie wrócę na pewno.

Isana Med, szampon do włosów Urea 5% - kupiłam go z czystej ciekawości, kiedy był w promocji za niecałe 3 zł. Tak, dobrze widzicie, 3 zł ;) Bardzo dobry szampon oczyszczający, radzi sobie wspaniale ze wszystkim, co nałożymy na włosy. Plącze włosy, dlatego warto po nim użyć jakiejś bardziej treściwej odżywki lub maski, ale dla mnie to żaden problem. Na pewno kupię jeszcze niejedną butelkę.

Balea mango + aloes, odżywka do włosów - o ile szampon z tej serii kocham miłością niezmienną i właśnie uzupełniłam jego zapasy, tak odżywka wielkiego wrażenia na mnie nie zrobiła, ot przeciętny, lekki produkt. Powrotów nie planuję, zwłaszcza, że ta linia jest wycofywana.


Beaute Marrakech, czasne mydło - męczyłam to mydło chyba ponad rok, używając, jak mi się przypomniało ;) To nie to, że czarnego mydła nie lubię, bo to super kosmetyk, ale wolę, kiedy ma zapach. Do dziś miło wspominam różaną wersję i to do niej pewnie kiedyś wrócę.

Galenic, krem odżywczo - regenerujący do rąk i paznokci -  dostałam od Eska Floreska i bardzo polubiłam. Treściwy, gęsty krem, który szybko się wchłaniał, bez tłustego filmu. Bardzo dobrze radził sobie z przemarzniętymi dłońmi.

Elkos, żel pod prysznic mango i ananas - kupiłam w sklepie z chemią niemiecką [ niestety Balea to rzadki gość u nich, raz tylko dorwałam mydło do rąk :( ] i nie żałuję. Za jakieś 5 zł dostałam butlę dobrego żelu, który mocno się pienił, nie wysuszał skóry i smakowicie pachniał ananasem :)

Yves Rocher, mydło do rąk, czerwone owoce - przywędrowało do mnie w prezencie od Agatki. Mydło jak mydło, nie do końca mi ten zapach pasował i szybko się skończyło. Niemniej ładnie się prezentowało na umywalce ;)


Garnier, płyn micelarny - ulubieniec, po prostu :) Jednak butelka wystarcza mi na trochę ponad półtora miesiąca, świetnie wszystko zmywa, nie podrażnia oczu. Na pewno będą powroty, na razie kupiłam jego nowszą, zieloną odmianę :)

Maxmedical, roll on pod oczy ze świetlikiem - pisałam o nim w poście o pielęgnacji okolic oczu. Przyjemny produkt, który dzięki metalowej kulce i delikatnemu żelowi pomagał trochę z poranną opuchlizną. 

It's Skin, Pure Moisture Cream - dostałam i sporadycznie używałam, ale jakoś mi nie pasował do końca. Ostatecznie o nim zapomniałam i niedawno wygrzebałam z czeluści szuflady, okazało się, że zmienił konsystencję, żegnamy się więc bez żalu.

Wise, pomadka ochronna do ust - fantastyczna! Używałam jej codziennie po kilka razy od kwietnia! Wtedy to wygrałam ją w rozdaniu u Ekocentryczki. Mega wydajna, dawała świetne nawilżenie i natłuszczenie i rzeczywiście pielęgnowała usta. Jak zużyję to, co mam, planuję powrót :)

Caudalie, Polyphenol C15, serum przeciwzmarszczkowe - ogólnie ta zielona seria jest godna uwagi, tak tylko informuję :) Serum polubiłam, świetnie się spisywało zarówno rano, jak i wieczorem. Delikatnie wygładzało skórę, nawilżało ją i stanowiło świetny podkład pod krem lub olejek. Wydajne, bo wystarczyło mi na ponad 3 miesiące codziennego używania czasem po dwa razy, w pięknym szklanym opakowaniu, z wygodnym dozownikiem pipetką. Serum nie było tłuste, minimalnie się kleiło przy aplikacji, ale po kilku sekundach to uczucie znikało. Skóra była jaśniejsza i po prostu wypoczęta.

Garnier, dezodorant w kulce - zabrakło mojej kulki Nivea i musiałam kupić to. Opakowanie mnie wnerwiało, zapach też, a sam dezodorant chyba średnio działał, albo to już moja paranoja [ bo wiecie, jak nie mam Nivea pod ręką, panikuję ;) ]

Eucerin, Hyaluron Filler, krem pod oczy - kolejny produkt, o którym już pisałam w poście o pielęgnacji okolic oczu i po recenzję odsyłam właśnie tam, bo poświęciłam mu sporo miejsca. W kilku słowach - treściwy, skuteczny, wydajny, nie podrażnia i warto spróbować :)


To już wszystkie styczniowe zużycia, będzie jeszcze post o zużyciach saszetkowych, zapraszam na dniach :)
Piszcie, jak u Was poszło denkowanie? :)

Idzie nowe! | Zmiany we włosowych produktach Balea

Dzień dobry :)

Dziś post informacyjny. Kochana Karo, wiedząc, że uwielbiam szampon z mango i aloesem z Balei, podesłała mi wczoraj informację, że mają go wycofać! W zamian będzie inny wariant [ brzoskwinia + kokos ], a ogólnie cały włosowy asortyment zmienia szatę graficzną i w niektórych przypadkach [ jak z moim ukochanym szamponem :( whyyyyy? ] także skład.

Tutaj taka mała dygresja - co oni wszyscy ostatnio mają z wycofywaniam świetnych kosmetyków?! Najpierw okazało się, że mój ukochany różobronzer z Astora jest już wycofany [ kupiłam 2 opakowania na zapas ], potem gruchnęła informacja, że najlepsze na świecie odżywki do paznokci Bell Bio2 Vitamin Booster znikają z drogerii [ szperałam, szperałam i w końcu udało mi się w Hebe kupić 3 sztuki ], a teraz jeszcze mój ulubiony szampon :( To kosmetyczne fatum jakieś! Ciekawe, co będzie następne?

Z nowości wchodzi seria do intensywnej pielęgnacji włosów z wanilią i olejem migdałowym. Jestem jej ciekawa i z pewnością kupię [ a już na pewno maskę do włosów w słoiku ], tym bardziej, że żółte opakowania są bardzo radosne :) Seria ma pielęgnować i regenerować, czyli coś w sam raz dla włosów zmęczonych zimnem, czapkami i szalikami.

Dobrze, nie rozpisuję się już więcej [ tym bardziej, że niemieckiego nie znam, a tłumacz google jaki jest, każdy wie ;) ]. Pooglądajcie sobie nowości!










I jak się Wam podobają zmiany? Wycofują jakichś Waszych ulubieńców? 
Będziecie, jak ja, zaopatrywać się w zapasy? ;) 
No i jeszcze jedno mnie ciekawi, czy Wam też ostatnio wycofują ulubione produkty, czy tylko ja mam takie nieszczęście? :( 

A na pocieszenie pieskowo herbaciany obrazek, który ostatnio tapetuje sobie na moim pulpicie :)



Duet Dove Advanced Hair Series | szampon i odżywka Pure Care Dry Oil

Hej :)

Długo zastanawiałam się, czy pisać ten post, bo sama do końca nie wiem, co sądzę o tych włosowych kosmetykach, ale postanowiłam się podzielić z Wami moimi rozterkami, może komuś jakoś pomogą w wyborze ;)


Kiedy widzę w drogerii nowe produkty do włosów, jestem bardzo zainteresowana, zazwyczaj oglądam opakowania, czytam wszystkie informacje, ale odkładam potem na półkę - jakoś mnie niezbyt jarają Syoss'y, L'Oreale i inne Shaumy ;) Tym razem było inaczej - rzuciły mi się w oczy nowe produkty od Dove, a że miło mi się używało balsamu do ciała z tej firmy [ jedwabiście odżywiający krem do ciała ], zdecydowałam się przygarnąć szampon i odżywkę z nowej linii Pure Care Dry Oil. Wydała mi się ciekawa, bo ma oczyszczać i wygładzać matowe, suche włosy, które po użyciu tych kosmetyków mają stać się do 5x bardziej jedwabiste Opakowania są bardzo fajne, podoba mi się pomysł z miękką tubą - to bardzo poręczne i wygodne :) Dodatkowo graficznie wypadają nieźle - podoba mi się dobór kolorów i jasne tubki.


Byłam mocno zaciekawiona działaniem, więc od razu odstawiłam na bok inne szampony i odżywki, chciałam przez jakiś czas używać tylko Dove, żeby móc ten duet porządnie zrecenzować - ale poświęcenie! ;) Po pierwszym myciu byłam zadowolona, włosy wyglądały ładnie, były miłe w dotyku. Niestety z każdym następnym myciem nie było już tak różowo, bo włosy stawały się sianowate, plątały się mocno, odżywka jakby nie działała, a po wysuszeniu były w dotyku trochę szorstkie i spuszone. Jedyne, co od początku mi się podobało, to, że włosy dłużej były świeże - nie wydłużył się mój czas pomiędzy myciem [ myję co 2 dzień ], ale tego drugiego dnia włosy wyglądały zdecydowanie lepiej. Po ponad tygodniu doszłam do wniosku, że nie ma sensu niszczyć sobie włosów szamponem i odżywką, wróciłam więc do odstawionych wcześniej rzeczy [ szampon Isana Med, Balea mango + aloes, odżywka Balea mango + aloes, maski do włosów Kallos Banana i Bomb Cosmetics ], a Dove postanowiłam używać od czasu do czasu. I to była świetna decyzja. Kiedy zaczęłam używać duetu Dove raz na jakieś półtora tygodnia, okazało się, że całkiem nieźle się zazwyczaj spisuje - włosy są podniesione u nasady, ładnie się układają po wysuszeniu, nie plączą się nadmiernie. Szampon [ nie jest lejący, ma całkiem gęstą konsystencję ] bardzo dobrze radzi sobie z olejami. Zostawia na włosach delikatny film, ale nie obciąża to potem kosmyków. Odżywka jest średnio gęsta, na tyle, żeby nie spływać z palców i włosów. Seria pachnie odrobinę korzennie, podoba mi się.  Czasem jednak zdarza się, że po zastosowaniu Dove włosy się buntują i są obciążone, spuszone - nie wiem, skąd to wynika, ale denerwuje mnie to... Przecież zawsze myję włosy tak samo, starannie spłukuję z nich wszystko, no po prostu nie ogarniam ;) Przypuszczam, że to wina oleju kokosowego w składzie, który u mnie nie robi furory, ale żeby efekt za każdym razem był inny? Sama nie wiem...



Przy właściwym, w moim przypadku nie za częstym stosowaniu, duet włosowy Dove sprawdza się bardzo dobrze, niestety jego nieprzewidywalność co do efektów trochę mnie odstrasza i już raczej nie kupię ponownie... Mam mieszane uczucia i w zasadzie ani Wam nie polecam, ani nie odradzam, może akurat na Waszych włosach sprawdzi się wyśmienicie, jak u Kasi Śmietasi? :)
Aha, kupiłam to duo na promocji, płacąc 14,99 zł za jedną tubkę. 

Znacie ten duet? 
A może inne serie Dove są lepsze, powinnam spróbować?

Empties #23 | mało nas, mało nas ;)

Cześć! :)

Czas na śmieciowe zaległości! W październikowym denku żegnam kilka świetnych produktów, smutno mi z tego powodu, zwłaszcza, że jedna jest zupełnie nie do zdobycia, chlip... Nie zużyłam wielu tubek / buteleczek i słoików, ale liczę na to, że listopad będzie łaskawszy ^^


Tradycyjnie, zaczynam od włosów. L'Oreal Elseve, maska do włosów Sun Defense - bardzo ją polubiłam, choć na początku byłam sceptycznie nastawiona. Świetnie wygładzała włosy i ładnie pachniała, Z chęcią kiedyś do niej wrócę [ wydaje mi się, że to edycja wypuszczana tylko na lato, mam rację? ]. Tahe, Nutritherm Mask, którą dostałam od Eska, Floreska jeszcze [ uwaga! ] w styczniu i niedługo później zaczęłam używać! Super wydajna, bardzo wygładzająca, włosy po niej były świetnie nawilżone i ujarzmione. Niestety, Tahe chyba wycofało tę maskę, bo nie jest już dostępna w ich sklepie... John Masters Organics, Rosemary&Peppermint Detangler - kupiłam na Truskawce za 40 zł i nie żałuję. Świetna odżywka, która fantastycznie sprawdzała się w upalne miesiące dzięki mięcie w składzie. Autentycznie czułam ochłodzenie na skórze głowy. Znakomicie dawała sobie radę z baby hair, które mi na potęgę odstają, a włosy widocznie odżywały po półgodzinnym seansie z tą odżywką. Chętnie do niej kiedyś wrócę.


Generalnie nie pokazuję w zużyciach płatków kosmetycznych i patyczków, ale tutaj zrobię wyjątek. Te patyczki z Cleanic są świetne! Jeden koniec każdej pałeczki jest zakończony spiczasto i jest to naprawdę genialne rozwiązanie do zmywania oczy, kiedy nie chcecie przejeżdżać całym wacikiem po powiece. Ja odkąd przedłużam rzęsy, zmywam cały makijaż oczu patyczkami nasączonymi w płynie micelarnym i te spiczaste ułatwiają mi życie :) Są do dostania w Rosmannie. Woda winogronowa Caudalie to mój wielki ulubieniec, wiecie już o tym. Obecnie używam wody Uriage [ dziękuję Esku! :* ] i jest dobra, ale chyba będę wracać do Caudalie ;) Uriage Bariesun SPF 50+ to była porażka. Kupiłam chyba na promocji w SP i próbowałam używać na twarz, ale niestety nieestetycznie się rolował, bez względu na to, ile go nałożyłam. Że już o makijażu nie wspomnę... Zużyłam ostatecznie do rąk. Dermedic, Hydrain3 Hialuro serum zaczęłam używać z wielkim zainteresowaniem, niestety nie polubiłam go. Było w porządku, ale nie zauważyłam żadnego efekty wow , serum było dość niewydajne i lekko się lepiło.


Tutaj niepowetowana strata - pianka pod prysznic Biore od Kasi Śmietasi. Była wspaniała, pachniała bosko i wystarczyła na niesamowicie wiele użyć. Tęsknię za nią bardzo :( Ziaja, grapefruit z zieloną miętą, mydło do rąk - kiedy te mydła pojawiły się na rynku, bardzo się nimi zainteresowałam i kupiłam aż trzy w różnych wariantach zapachowych. Ostatecznie został ze mną tylko jeden, nie jestem zadowolona. To mydło zafundowało mi tak spektakularny przesusz dłoni, jakby to był środek zimy. Nie, nie i jeszcze raz nie. Chociaż zapach był świetny... Dezodorant do stóp No36 - kupiłam jeszcze w sezonie baletkowym, if you know what I mean ;) Działał tak sobie, nie polubiłam jego zapachu. Soraya, Body Diet, krem do biustu. Porażka na całej linii - nie dość, że krem nie robił nic i mimo regularnego używania nie zauważyłam żadnego efektu, to jeszcze miał naprawdę drażniący zapach. Nie zużyłam do końca, nie będę się męczyć...


Dezodorant w kulce Nivea, Dry Comfort - jak zawsze ;) Jedyny słuszny i najlepszy :) Lass, Papaya & Walnut Face & Body Scrub, który wygrałam całe wieki temu u Aswertyny. Zużyłam do peelingowania dekoltu i przedramion. Lekki peeling, który na całe ciało byłby za słaby, ale w sam raz sprawdził się na tych wybranych rejonach. Niestety zapach nie był zbyt przyjemny, a szkoda, bo skład superowy [ z wodą różaną na czele ]. The Body Shop, masło do ciała marakuje - kocham! ♥ Pisząc ten post, w ręce miałam cały czas otwarte opakowanie i wąchałam! Świetne masło, genialnie nawilżało, a zapach jest najpiękniejszy na świecie. Na pewno do niego kiedyś wrócę!


Kolorówkowo trochę słabo, ale już się do tego przyzwyczaiłam ;) Zużyłam brązową kredkę do oczu z Sephory, która miała chyba 4 lata, ale była moją ulubioną. Skończył się też puder Healthy Balance z Bourjois, z czego akurat się cieszę, bo nie polubiłam go za bardzo. Był dla mnie za żółty i widać to było na twarzy, dodatkowo lubił zostawić widoczną pudrową powłoczkę...


Próbek zużyłam całkiem sporo i o dziwo większość była całkiem fajna! Najmilej wspominam regenerujący krem na noc z Rituals, który zrobił mi ze skórą jakieś czary, serio! Peeling Lierac High Peel okazał się super kwasem i planuję zakup pełnego wymiaru, polubiłam też jaśminowy krem BB z BRTC - idealnie dopasowywał się do koloru mojej skóry.


To już wszystkie zużyte kosmetyki.
Podzielcie się za mną swoimi opiniami o tych kosmetykach, jeśli je znacie!
Jak tam Wasze zużywanie w październiku? :)


Ulubieńcy LIPIEC + SIERPIEŃ

Witajcie! :)

Piszę do Was z łóżka, bo choroba mnie dopadła :( Rano byłam w pracy, ale tuż po powrocie Narzeczony zarządził prysznic i wylegiwanie się w ciepełku, nie polemizuję więc i cieszę się donoszoną herbatą, laptopem na kolanach i książką. W międzyczasie piszę post, bo stęskniłam się za blogowaniem! Gorączka mi już spadła, zrobiłam więc szybciutko [ żeby Narzeczony się nie skapnął ^^ ] zdjęcia kilku kosmetykom i oto piszę do Was! :D
Myślałam nad postem o zużytych kosmetykach, ale ich ilość mnie przerosła - fotografowałabym to chyba do nocy! Wybrałam w tej sytuacji ulubieńców, a że miałam sprecyzowane produkty, poszło szybko i przyjemnie :)


W ulubieńcach ostatnich dwóch miesięcy znalazły się produkty, które dzielnie służyły mi prawie każdego dnia, a dzięki ich działaniu odnotowałam znaczącą różnicę w wyglądzie skóry, włosów, makijażu i zapachu :) Zapraszam Was na szczegółową prezentację tych 7 produktów [ 7 - jak to się szczęśliwie składa :) ].


Clarisonic, Mia 2 - soniczną szczoteczkę do twarzy dostałam od Narzeczonego na urodziny. Od tamtej pory używam nieprzerwanie, wieczorem co drugi dzień - tak jest dla mojej skóry optymalnie. Nie dość, że uzależniłam się od odprężających wibracji Mii, to jeszcze zauważyłam, że skóra jest czystsza [ nie to, że na szczoteczce zostaje makijaż, bo wcześniej zawsze oczyszczam twarz micelem i olejkiem do demakijażu, chodzi mi bardziej o to, że powstaje mniej zaskórników ], gładsza, a działanie kremów, olejków i wszelkich twarzowych mazideł jest wyostrzone, wzmocnione [ chyba złe słowo wybrałam - ogólnie chodzi o to, że jest lepiej ;) ]. Uzależniający gadżet :)

John Masters Organics, Rosemary & Peppermint Detangler - odżywka do włosów, którą upolowałam na Truskawce za 43 zł, czyli połowę normalnej ceny. Warto? Jak najbardziej! Wystarczy niewielka ilość, żeby włosy odżywić [ zużycie, które widzicie na zdjęciu, to wynik 12 zastosowań na moje włosy o długości za łopatki ], a miły i świeży zapach mięty [ wcale nie takiej, jak zazwyczaj w miętowych kosmetykach! ] orzeźwia i delikatnie chłodzi skórę głowy - na upały jak znalazł! Włosy są wygładzone i ładnie się układają. 

The Body Shop, Passion Fruit Body Butter - masło do ciała, które kupiłam podczas świetnego weekendu w Warszawie [ Esku, Agatko - buziaki! ]. Przywodzi na myśl miłe chwile i fantastycznie pachnie - marakuja to obok rozmarynu mój ostatni bzik zapachowy ;) Zużyłam już ponad połowę masła, które rzeczywiście zasługuje na to miano - jest gęste, zbite i treściwe. Na naprawdę długo nawilża skórę, zostawiając ją gładką i miękką w dotyku. Całkiem fajny skład i przyjemna promocyjna cena [ 39 zł ] - ja jestem zadowolona!

Garnier, Płyn Micelarny 3w1 - kupiłam z ciekawości, kiedy mój ulubiony dotąd BeBeauty zaczął podrażniać mi oczy, a L'Oreal się nie sprawdził. Świetny, mega wydajny płyn, który doskonale wszystko zmywa. Widzicie na zdjęciu już [ niestety ] pustą butelkę, ale lada dzień zaopatrzę się w nową! 

MAC, pomadka w odcieniu Brave - MIŁOŚĆ, proszę Państwa, MIŁOŚĆ! Dziś śmiało mogę to napisać - uzależniłam się od tej pomadki. Już nawet nie wiem, jak mogłam się wahać przy zakupie! Idealny dla mnie odcień, satynowe wykończenie i fakt, że pasuje do wszystkiego, składają się na moją idealną szminkę. Już nawet nie mam ochoty szukać innej i próbować innych odcieni, serio ;) [ btw, pomadka była również w czerwowych ulubieńcach, teraz dopiero zdałam sobie z tego sprawę ;) ]

Caudalie, Polyphenol [ C15 ], Overnight Detox Oil - no przecież nie mogłoby zabraknąć Caudalie w ulubieńcach, prawda? ;) Ten olejek dostałam jako upominek przy dermokonsultacjach, zaczęłam używać jakieś 3 miesiące temu. Długo nie widziałam efektów, ale po jakimś czasie przy regularnym używaniu [ co 2 dzień na noc ] pokazał swoją moc. Jestem zachwycona, skóra jest wypoczęta, nawilżona i taka zwarta [ nie wiem, jak to wyrazić, ale wiecie, o czym piszę? ], zauważyłam też rozjaśnienie  - po prostu zdrowo wygląda. Nawet teraz, kiedy jestem przeziębiona, w ogóle tego nie widać na mojej twarzy. Olejek to mieszanka 5 olejków eterycznych [ piżmo, lawenda, neroli, drzewo sandałowe i marchewka ] i 3 roślinnych [ różany, winogronowy i migdałowy  ], która regeneruje skórę, przyspiesza jej procesy odnowy i usuwa zmęczenie. Potwierdzam! Dodatkowo to antyoksydacyjne cudo jest super wydajne - używam co drugi dzień od trzech miesięcy, a zużyłam dopiero 1/3 buteleczki o pojemności 30 ml. Na jedno użycie wystarcza niecałe pół pipety [ która działa bez zarzutu i świetnie dozuje słomkowy olejek ]

Calvin Klein - Eternity - perfumy, które są moimi ulubionymi od lat. Pisałam już o nich w poście o tym, czym pachnę - widziałyście? Ukochany zapach, którym otulałam się dzień w dzień przez ostatnie tygodnie ♥


Mam nadzieję, że spodobali się Wam moi ulubieńcy?
Znacie te kosmetyki?
Podzielcie się ze mną w komentarzach tym, co ostatnio skradło Wasze serce! :)

Bleh... Aussie 3 Minute Miracle Reconstructor

Hej, hej! :)

Dziś niestety, będę się żalić. Przez długi czas Aussie było dla mnie marką znaną i pożądaną, ale niedostępną. Potem poznałam ją dzięki miniaturkom i jeszcze później, dzięki pełnowymiarowym butelkom, które przyjaciółka Zuzia przywiozła mi z Anglii. Używałam wtedy szamponu i odżywki z serii nawilżającej i byłam bardzo zadowolona, a przepiękny [ wiem, że to kwestia sporna ] zapach mnie uwiódł. Od razu zaznaczę, że wtedy moje włosy były w gorszym stanie niż obecnie, stąd też pewnie wynika moje niezadowolenie z trzyminutowej odżywki. Aussie pojawiło się w końcu w Polsce i dzięki głośnym kampaniom reklamowym zwracało na siebie uwagę przez dłuższy czas.


Po tę odżywkę sięgnęłam na promocji gdzieś w grudniu [ a może na początku stycznia? ] i nastawiałam się na wspaniałe rezultaty, bo przecież już poprzednio firma się spisała. Niestety, moje włosy się zmieniły i ze zniszczonych kłaczków łaknących silikonów stały się stosunkowo mocnymi kosmykami, które już nie potrzebują uszczelniania bombą silikonową ;) Nie stronię od nich całkowicie, ale jednak dawka zawarta w odżywce Aussie jest dla mnie po prostu za duża - tak sobie tłumaczę niepowodzenie tego "rekonstruktora".

Odżywka znajduje się w ciekawej butelce, którą wystarczy ścisnąć, żeby wydostać na dłoń odpowiednią ilość produktu. Plastik jest na tyle miękki, że z wyciskaniem nie ma problemu. Pojemność to 250 ml.


Po pierwszym użyciu byłam zadowolona, bo włosy były wygładzone i lśniące [ jednak nie był to efekt porównywalny np. do słynnej John Masters Organics Citrus and Neroli Detangler, która jest w całości naturalna ], a fantastyczny zapach utrzymywał się na włosach, jednak już po kolejnym użyciu włosy były matowe, przeciążone i bardzo szybko się postrąkowały. Każde następne użycie kończyło się tak samo, niestety :(


Co z tego, że odżywka ma fajną, średniogęstą konsystencję i wspaniały zapach, skoro wręcz pogarsza stan mich włosów? :( Żałuję tego zakupu i myślę, że już raczej nie sięgnę po produkty firmy - poznałam wiele innych, skuteczniejszych, które rzeczywiście działają na włosy, nie tylko wizualnie poprawiają ich stan.

Obecnie używam odżywki do golenia nóg - przynajmniej świetny zapach umila mi ten czas ;) Do włosów na głowie już na pewno jej nie użyję...

Znacie tę intensywną odżywkę do włosów?
Jak Wasze wrażenia?