Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żel pod prysznic. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żel pod prysznic. Pokaż wszystkie posty

Po taniości - ISANA

Cześć!

Isany przedstawiać nie trzeba, założę się, że każda osoba, która czyta tego posta, ma choć jeden kosmetyk tej marki w swojej łazience. Mam rację? 
U mnie ostatnio namnożyło się ich i wymyśliłam, że je Wam pokażę i opiszę, bo tanie, a przy tym dobre kosmetyki są zawsze spoko!


Jak widzicie, mam obecnie siedem różnych kosmetyków tej marki, a skupiłam się na kategorii włosy i prysznic, mało różnorodna jestem ;) Jeśli macie sprawdzone Isanowe rzeczy na przykład do pielęgnacji ciała, dajcie znać w komentarzach!
Najdroższa rzecz z Isany, którą tu zobaczycie, kosztowała 10 złotych i z tego, co mi wiadomo, jest to z reguły górna granica cenowa tych kosmetyków, najtańsze są żele pod prysznic, które w promocji można złapać już za 2,50zł.


Moja ukochana seria do włosów ♥ Odżywki zużyłam już tyle opakowań, że straciłam rachubę. To od niej zaczęła się moja miłość do tej serii. Potem kupiłam kurację, a ostatnio, po raz pierwszy, szampon. Moje włosy są po użyciu gładkie, świeże i sypkie. Wystarczy odrobina szamponu, aż byłam zdziwiona, jak niewiele, żeby dokładnie oczyścić skórę głowy, dodatkowo pieni się jak szalony ;) Odżywki na moje długie włosy nakładam mniej więcej tyle, co łyżka stołowa, kuracji o połowę mniej. Mówię Wam, te kosmetyki są takiej jakości, że równie dobrze mogłyby być sprzedawane po 30zł / sztuka! Jeśli jeszcze ich nie znacie - shame, shame, shame! Mam nadzieję, że Isana prędko nie wycofa tej serii, bo jest naprawdę mega! A jak pachnie!


Żele pod prysznic Isany [ na zdjęciu to te dwa w tylnym rzędzie ] są, niezależnie od wariantu zapachowego, bardzo dobre. Świetnie się pienią, są wydajne i tanie, nie można im nic zarzucić. Lubię ich limitowane edycje, bo można trafić na naprawdę piękne zapachy. Tak było tutaj z żelem Hello Spring, który nazwą nijak się ma do obecnej pory roku, ale nic to ;) Genialnie pachnie brzoskwiniami, przypomina mi zapachem ukochany brzoskwiniowy żel z The Body Shop i momentalnie poprawia humor pod prysznicem. Wersja Keep Cool z uroczym misiem, niestety pachnie dla mnie sztucznie, takimi bylejakimi lizakami, które  dawno temu sprzedawano w kwadratowych papierkach, kojarzycie? Te żele to taka ruletka, ale za 2,50 zł jakoś mi nie żal, jak trafię na gorszą sztukę ;)
Olejek pod prysznic jest super! Bardzo mi pomógł, kiedy po powrocie z wakacji swędziała mnie cała skóra i nie mogłam jej uspokoić. Kilka dni używania tego olejku i bogatego masła do ciała pomogło, wiem, że na tym olejku można polegać. Przyjemnie się rozprowadza, delikatnie myje i naprawdę nie wysusza skóry. Jest mało wydajny, fakt, ale za 6 złotych spokojnie można przymknąć na to oko :)
Ostatni kosmetyk, olejek do włosów. Kupiłam go, kiedy tylko się pojawił, bo po prostu mnie zaciekawił :) Używam go na zmianę z moim Mythic Oil z L'Oreal i jest całkiem okej. Jest bardzo gęsty [ w porównaniu do Mythic Oil ], ale nie obciąża ani nie strąkuje włosów. Chroni przed wysoką temperaturą, przyjemnie pachnie i jest całkiem wydajny, ja daję dwie pompki na całe włosy.


To tyle w ramach krótkiego, Isanowego przeglądu :)
Dajcie znać, czy znacie te kosmetyki i napiszcie, co z Isany jest Waszym pewniakiem :)

Niedzielna relacja zakupowa | LUSH, Sukin

Witajcie :)


Dziś taki spontaniczny post zakupowy, bo okazało się, że niedziela stała się niespodziewanie dniem kosmetycznych nabytków :D Pojechaliśmy z Narzeczonym do kina na film Avengers: Age of Ultron [ swoją drogą uważam, że to jeden ze słabszych filmów Marvela, niby zatrzęsienie bohaterów na raz, akcja jakaś jest, ale po pierwsze film trwa zdecydowanie za długo, a po drugie niektórzy aktorzy sprawiali wrażenie znudzonych graniem. Niemniej fajnie było wybrać się do kina, no i czarny charakter - Ultron, był bardzo dobrze wykreowany - wieeeelki plus za świetny głos Jamesa Spadera, który gra Reddingtona w serialu Blacklist, kojarzycie?  ], a po kinie miałam chwilkę na szybką rundkę po TkMaxxie. Ja bym nie skorzystała, ja?! No więc pobiegłam jak zwykle na dział z kosmetykami i udało mi się wygrzebać kilka fajowych nowości!


Markę Sukin kojarzyłam wcześniej z wielu zagranicznych filmów na YT, zawsze była zachwalana. To marka z Australii, opiera swoje receptury na bogactwie natury, co odzwierciedla się w składnikach. Kiedy więc zobaczyłam kilka produktów do wyboru, a potem okazało się, że mają superowe składy z aloesem na początku, nie wahałam się, zwłaszcza, że i ceny były całkiem przyjazne - za każdy kosmetyk zapłaciłam 34.99 zł :) Duże pojemności [ odżywka do włosów 500 ml, krem do twarzy 120 ml, serum pod oczy 30 ml ], śliczna szata graficzna, porządne opakowania [ w przypadku serum pod oczy i kremu do twarzy są szklane ] i fajne ceny skłoniły mnie do zakupów. Dostępny był też żel do mycia twarzy, ale jego nie przytuliłam, bo z tej kategorii mam dość duże zapasy ;) Jeśli kosmetyki się sprawdzą, na pewno o nich za niedługo usłyszycie, bo już od dziś wskakują do mojej pielęgnacji.


No i teraz mój największy grzech..... Lush! Siostra Narzeczonego spędzała długi weekend w Pradze. I żyłabym w błogiej niewiedzy, gdyby nie jej "uprzejmy" telefon, że właśnie jest w Lushu i jak bym coś chciała, to następnego dnia mi podejdzie;) Dostałam małpiego rozumu i chyba ponad godzinę buszowałam na firmowej stronie i zastanawiałam się, co wybrać. Stanęło na żelu pod prysznic It's raining men [ 500 ml ] oraz na czyściku do twarzy Ultrabland [ 95 ml ]. Baaardzo się cieszę z tych nabytków, które dziś trafiły do moich rąk, jedyne, co mnie nie do końca zadowala, to ich horrendalne ceny... Wydaje mi się, że Lush w Czechach jest dużo droższy od tego z Anglii. Za obydwa kosmetyki zapłaciłam w przeliczeniu na złotówki 185 zł, czyli całkiem sporo. Mam jednak głęboką wiarę i nadzieję, że okażą się superzajebiste i warte tego wydatku :) Trzymajcie kciuki, żeby tak było!


Zafundowałam sobie niedzielną kosmetyczną rozpustę, ale przecież należało mi się! Po pierwsze w nagrodę za znalezienie nowej pracy, po drugie z okazji wiosny/lata, po trzecie na poprawę humoru, a po czwarte "bo tak" ! :)

Wielkie zużycia końcoworoczne | część I | włosy + pielęgnacja ciała

Dzień dobry wszystkim!

To, że czytacie dziś o moich grudniowych zużyciach, to istny cud - tyle razy już prawie wywalałam całe pudło do kosza, że naprawdę nie wiem, jak udało mi się zmobilizować, żeby jednak to uwiecznić na zdjęciach i jeszcze opisać ;) Wiedziałam, że w grudniu pokończyło mi się naprawdę bardzo wiele kosmetyków, ale żeby aż tak? Ma to przynajmniej taki plus, że w 2015 rok weszłam z mniejszym zapasem kosmetyków [ zużyłam w grudniu ponad 30 opakowań, a przybyło mi 12 kosmetyków, więc bilans nie jest zły ]. Od razu uprzedzam, że post zużycia podzieliłam na dwie części, dziś pierwsza, a w niej kosmetyki do włosów i pielęgnacji ciała. W następnym poście pokażę Wam kosmetyki do pielęgnacji twarzy oraz próbki.
No to do dzieła! :)


Planeta Organica, Macadamia Oil Hair Shampoo - szampon był częścią wygranej u Marty [ mogłam sama wybrać sobie dowolne rosyjskie kosmetyki w kwocie 150 zł :) ] i byłam go bardzo ciekawa. Świetnie się pienił i ładnie pachniał, dobrze oczyszczał włosy, ale przez to, że ma działanie nawilżające [ to znaczy ja tak przypuszczam ;) ], powodował u mnie szybsze przetłuszczanie się włosów. Niemniej polubiłam go, bo włosy nim wymyte wyglądały świetnie, ale już raczej nie wrócę. 

Batiste, dark and deep brown - moja ukochana wersja suchego szamponu Batiste. Wracam do niej regularnie i trochę panikuję, kiedy nie mam zapasu [ spokojnie, kilka dni temu uzupełniłam braki ]. Nie rozumiem tylko, dlaczego jest droższa od innych - czy to przez to, że psika na brązowo?

Khadi, henna Dark Brown - w końcu dojrzałam do henny i nie żałuję. Z pomocą Doroty wybrałam kolor i jestem naprawdę zadowolona, chociaż odrosty wciąż są jaśniejsze. Henna odżywiła mi włosy i nadała ich kolorowi trójwymiarowości, lubię to! Mam przygotowany post o hennie, potrzebuję jeszcze kogoś, kto zrobi zdjęcie poglądowe moim włosom, stąd opóźnienie ;)


Dove, Advanced Hair Series, Pure Care Dry Oil, szampon i odżywka - duet, który nie do końca się u mnie sprawdził i już do niego nie wrócę. Obstawiam, że to przez olej kokosowy w składzie. Opisywałam to duo na blogu.

Balea, szampon do włosów Mango + Aloe Vera - jeden z moich ulubionych szamponów ever! Mam już kolejną butelkę w użyciu i na pewno nie ostatnią. Nie dość, że szampon pięknie pachnie, świetnie się pieni, to jeszcze jest bardzo wydajny, nie obciąża włosów i porządnie oczyszcza :)


Loton, Oil Therapy, Macadamia Oil - ulubieniec, mam kolejną butelkę w zanadrzu :) Najczęściej używałam do włosów, kilka razy do ciała. Bardzo dobrze nawilża włosy i moim zdaniem pachnie różą :)

L'Oreal, Mythic Oil - olejek do zabezpieczania końcówek,który służył mi od czerwca, czyli równe pół roku. Świetny! Jego recenzja jest na blogu, więc zachęcam do przeczytania.

Joico, K-PAK, olejek do końcówek - również świetny olejek, którego używałam przez Mythic Oil, ale niestety rozlał mi się w szufladzie :( Ostatnio wygrzebałam buteleczkę i okazało się, że było w niej jeszcze kilka kropli, które wystarczyły na parę aplikacji.



Dove, żel pod prysznic Purely Pampering - bardzo polubiłam ten żel, bo nie wysuszał skóry, miał miłą kremową konsystencję i naprawdę super zapach, taki ciepły i otulający.

Kamill, żel pod prysznic wanilia i marakuja - mocno średni żel, niewydajny i zapach niestety był mdły. Nie polecam i nie wrócę do niego.

Bath and Body Works, żel pod prysznic Paris Amour - nie polubiłam się z tą linią zapachową BBW, jest dla mnie duszący i sztuczny. Żelu próbowałam używać pod prysznicem, ale mnie drażnił, skończył więc jako mydło w płynie w tych piankowych dozownikach z BBW w łazience i kuchni :)



Tołpa, dermo intima, regenerujący płyn do higieny intymnej - mój ulubiony płyn, zużyłam już kilka butelek i na pewno będą kolejne. Kupuję zamiennie z Facelle, ale z tych dwóch wolę Tołpę, bo u mnie lepiej działa i jest bardziej wydajna.

Love2Mix Organic, Tropikalny peeling do ciała mangostan i marakuja - peeling, którego podstawową wadą jest opakowanie - tragiczne! Kto zamyka peeling w tubce z maleńkim otworkiem? Nie dość, że od początku ciężko wydobyć go z opakowania, to jeszcze nie jest jakimś wybitnym zdzierakiem, więc nie podbił mojego serca. Cieszę się, że ląduje w koszu.

Nivea, dry comfort, dezodorant - ulubiony od zawsze :)


Dove, Purely Pampering, balsam do ciała - z tej samej serii, co żel, który pokazywałam wyżej, bardzo miło się go używało. Balsam był całkiem gęsty i wydajny, dobrze się wchłaniał, nie mazał na skórze. Chętnie kiedyś powrócę :)

Caudalie, Divine Oil - fantastyczny produkt mojej ukochanej marki. Suchy olejek, którego można używać wszędzie i wszędzie spisze się wspaniale. Używałam go do twarzy, włosów, na całe ciało i jako perfumy. Świetne właściwości pielęgnacyjne i boski zapach sprawiają, że mam ochotę kąpać się w tym olejku, oczywiście mam już kolejną butelkę :)

Alverde, masło do ciała owoce jagodowe - masło przesłała mi Esy, Floresy, bo jej nie podeszło. U mnie niestety też negatywna opinia - masło ma kwaśny, nieprzyjemny zapach, a na skórze bardzo się maże, zostawia białe smugi i prawie się nie wchłania.

Bania Agafii, fitotermalna maska do ciała - porażka na całej linii, dawno nie miałam tak niemiłej przygody z jakimś kosmetykiem :/ Opisałam swoje wrażenia w poście, więc zainteresowanych tam odsyłam. No i nie polecam!


W dzisiejszej, pierwszej części zużyć grudniowych pokazałam Wam 20 pustych opakowań, w kolejnej będzie reszta, czyli pielęgnacja twarzy i próbki. Napiszcie, czy używałyście któregoś z tych kosmetyków, a może macie na nie ochotę? Jak Wasze zużywanie w grudniu? :)

ulubione | LISTOPAD

Cześć :)

Listopad może nie obfitował w wielkie odkrycia kosmetyczne [ jedno jest, o nim będzie dzisiaj ], ale doceniłam kilka kosmetyków, które posiadałam już od dłuższego czasu - teraz miały szansę się wykazać, bo pogoda coraz zimniejsza :) Będzie też o produkcie makijażowym, który zrewolucjonizował poranne tapetowanie się!


Na dobry początek - krem do rąk Galenic z olejkiem arganowym. Podarowała mi go Gosia z bloga Esy, Floresy, Fantasmagorie. Kilka tygodni temu wzięłam go ze sobą do pracy, bo skończył się mój poprzedni pracowy egzemplarz kremu do rąk. No i już po kilku pierwszych użyciach wiedziałam, że będzie miłość. Krem ma cudownie bogatą i kremową konsystencję, delikatny, niesamowicie miły zapach, a przy tym niesamowicie szybko się wchłania, nie zostawiając tłustej warstwy [ ma też SPF 15 ]! A ręce przez długo są nawilżone i gładkie. Świetny na zimny czas! Następnym ulubieńcem jest duet od Dove - żel pod prysznic i balsam do ciała z linii Purely Pampering o zapachu mleczka kokosowego z płatkami jaśminu. Zapach nie jest oczywisty, gdzieś tam daleko rozpoznaję kokos, ale to nieważne - jest otulający ♥ Zakochałam się w nim i podoba mi się, że utrzymuje się na skórze. Żel pod prysznic jest kremowy i mam wrażenie, że trochę nawilża skórę, a balsam do ciała dobrze sprawdza się jako codzienny nawilżacz, nawet w te zimniejsze dni. Balsam jest bardzo wydajny, bo wystarczy odrobina. Wiem, że z chęcią wrócę do tych kosmetyków. Teraz czas na odkrycie miesiąca - olejek z drzewa herbacianego. Trafił do mnie z zamysłem używania do prania [ podobno zabija roztocza, więc dodaję kilka kropli do prania pościeli i ręczników ], ale zaczęłam czytać o jego właściwościach i gdzieś natknęłam się na radę, żeby dodawać 2 krople do porcji żelu do mycia twarzy. Spróbowałam i... od tamtej pory robię tak codziennie wieczorem ^^ Olejek świetnie działa, skóra jest odświeżona, oczyszczona i zauważyłam, że w problematycznych miejscach [ u mnie to głównie żuchwa ], pojawia się dużo mniej niedoskonałości. Polecam bardzo! Żałuję, że tak późno na to wpadłam ;) No i czas na makijażowego bohatera - cień do powiek w kredce Chanel w odcieniu 57 Black Stream. To cudo wygrałam w rozdaniu u Karo i wciąż się z tego bardzo cieszę! Już od dawna chciałam wypróbować cień w kredce, a tu taka niespodzianka i to jeszcze z Chanel ^^ Bałam się na początku tej czerni ze srebrnymi drobinkami, ale niepotrzebnie - cień fantastycznie się rozciera i nakłada, a aplikacji towarzyszy przyjemne uczucie chłodu :) Na oku wygląda pięknie i w zasadzie odkąd go mam, przez 99% czasu to po niego sięgam rano - baza pod cienie, cielisty cień dla wyrównania koloru powiek, potem kreska cieniem Chanel, roztarcie i ewentualne dołożenie cienia i gotowe! :) Proste, prawda? Karo - dziękuję raz jeszcze za to cudo! ♥

To już wszyscy ulubieńcy listopada. Nie jest ich bardzo dużo, ale same sprawdzone w różnych sytuacjach pogodowych i nie tylko pewniaki :)


Jestem ciekawa, czy znacie te kosmetyki?
Piszcie!
I podzielcie się swoimi ulubieńcami, czekam!

Ulubieńcy września! | L'Oreal, Orly, Bath and Body Works i Bioré

Cześć! :)

Przed Wami czwórka kosmetyków, które we wrześniu podbiły moje kosmetyczne serce. Sprawdzają się nienagannie i naprawdę można na nich polegać! Ciekawe? Zapraszam do lektury :)


Bioré Body Foam, Charming Freesia
Pianka pod prysznic, który dostałam od kochanej Kasi Śmietasi jako pamiątkę z jej indonezyjskiej podróży. Powiem tyle - ostatnio przeszukałam cały Ebay w poszukiwaniu tego produktu! Fantastyczny kremowy żel o lekkiej konsystencji, którego wystarczy odrobinka, żeby mocno zapienić się na gąbce i zamienić w delikatną piankę. Pachnie idealnie - słodko, kwiatowo, ale w sam raz. A oczyszcza skórę jak czarne mydło! Zostawia ją gładką i aż skrzypiącą z czystości - uwielbiam i będę płakać, jak skończę to zaskakująco wydajne 100 ml opakowanie [ a koniec nieubłaganie się zbliża :( ]

L'Oreal Elseve, Sun Defense, maska do włosów
Maska, którą z ciekawości wrzuciłam Mamie do koszyka podczas szybkich zakupów w Biedronce [ wciąż lubię, jak Mama mi coś kupuje^^ ]. Na początku byłam z niej średnio zadowolona i nawet na którymś blogu pisałam, że dla mnie to gęstsza odżywka, nic nadzwyczajnego. Jednak przy dłuższym stosowaniu spisywała się coraz lepiej, a trzymana ponad 10 minut na włosach wyraźnie je wygładza i ogarnia sterczące baby hair. Ma miły zapach i jest gęsta, przez co też wydajna, zresztą wystarczy niewiele, by pokryć włosy. Są po niej mięsiste i błyszczące. Chętnie jeszcze kiedyś kupię, jak na nią trafię. Kosztowała chyba ok 14 zł.

Bath and Body Works, Sweet Pea, żel antybakteryjny
Dzięki Agacie skusiłam się na duże opakowanie tego żelu w warszawskim sklepie firmowym marki i nie żałuję. Za 29 zł dostajemy 225 ml żelu, czyli opłaca się bardziej niż małe, kieszonkowe opakowania. Genialny zapach i wygodna pompka. Bardzo lubię przelewać sobie żel do tubki torebkowej, w ten sposób mam wielokrotnie uzupełniany pojemnik - ach, jak ekonomicznie :D

Orly, Pure Porcelain
Jeden z lepszych zakupów lakierowych! Przepiękny kolor, który na każdych dłoniach będzie wyglądał bosko, fantastyczna trwałość [ najdłużej wytrzymałam 12 dni! ], którą doceniłam we wrześniu, kiedy w pracy siedziałam po 12 h i nie miałam już czasu na malowanie paznokci po powrocie do domu ;) Nie ma co tu dużo pisać - Pure Porcelain jest boskim kolorem i polecam go serdecznie!

Znacie moich ulubieńców?
Co najlepiej sprawdzało się u Was we wrześniu? :)

Lumene, Arctic Spa | kosmetyki do pielęgnacji ciała


Witajcie :)

Wahałam się dziś, o czym Wam napisać. Pytałam na fejsbuku i większością [ 4:2 ] głosów z kolorówką wygrała pielęgnacja, choć stawiałam w duchu na zgoła inny wynik ;) Zgodnie z życzeniami, dziś post pielęgnacyjny, a w nim 4 krótkie recenzje.

Na początku lutego udało mi się wygrać na fejsbukowej stronie Lumene zestaw ich nowej linii, Arctic Spa. Bardzo mnie ta wiadomość ucieszyła, a kiedy kurier zapukał do drzwi [ żartuję, najpierw zadzwonił, bo kurierzy to sierotki i nie umieją trafić do mnie, choć w tym żadnej filozofii nie ma ;) ], z radością odebrałam paczkę i zabrałam się za rozpakowywanie i wąchanie :) Dziś, po bliższym poznaniu całej serii, przybliżę Wam każdy produkt.

Seria Lumene Arctic Spa składa się z czterech produktów: żelu pod prysznic, balsamu do ciała, peelingu do ciała i masła do ciała. Bazą nowej serii ARTIC SPA Lumene Finland jest wyciąg z dzikiej nordyckiej bawełny. Ta wyjątkowa roślina rośnie w ekstremalnych warunkach na kwaśnych mokradłach i torfowiskach dalekiej północy. Choć sama wygląda na bardzo delikatną doskonale radzi sobie w niesprzyjających warunkach pogodowych. Zawiera cenne dla skóry składniki takie jak cukry, polifenole (silne antyutleniacze) oraz minerały. Wyciąg pozyskiwany z dzikiej nordyckiej bawełny działa na skórę nawilżająco, odżywczo i ochronnie, jednocześnie zostawiając na niej uczucie miękkości i gładkości. [źródło]



Lumene Arctic Spa, Body Butter - masło do ciała, które polski dystrybutor poleca nakładać na całe ciało, a angielska naklejka wskazuje aplikację na najbardziej suche miejsca na ciele - dłonie, łokcie i pięty. Z racji, że masełko ma małą pojemność - 100 ml - zdecydowałam się używać go wyłącznie do dłoni i sprawdza się do tego celu wyśmienicie. Masełko zamieszkało obok mojego komputera i kilka razy dziennie jest aplikowane na dłonie. Ma śliczny, delikatny zapach jakby kwiatowy [ na polskiej naklejce jest mowa o zapachu piwonii,ale wydaje mi się, że czuję nie tylko kwiatowe nuty ], ale nie duszący, bardziej świeży. Utrzymuje się on na dłoniach przez kilkanaście minut, co jest bardzo przyjemne. Masełko wchłania się wręcz błyskawicznie, nie pozostawiając tłustej warstwy, od razu po aplikacji można spokojnie pisać na klawiaturze, bez obaw o tłuste ślady na klawiszach. Skóra jest miękka i odżywiona oraz bardzo miła w dotyku. Dzięki temu, że masła używam tylko do dłoni, produkt jest całkiem wydajny. Cena to 65,90 zł

Lumene Arctic Spa, Body Scrub - peeling do ciała w tubce, który ze względu na bardzo malutkie, ale liczne drobinki nie jest super inwazyjnym zdzierakiem, ale bardzo dobrze radzi sobie ze ścieraniem. Drobinki są zatopione w gęstym kremie o pięknym, charakterystycznym dla linii, zapachu, więc nic nie spływa i niepotrzebnie się nie marnuje. Polubiłam się z tym produktem, bo zostawia skórę idealnie gładką, nie podrażnia, nie wysusza, a podprysznicowe ścieranie jest naprawdę przyjemne i nie brudzi wszystkiego naokoło ;) Widziałyście go już w ulubieńcach marca i kwietnia. Peeling wystarczy na kilkanaście użyć. Cena za 200 ml to 49,90 zł

Lumene Arctic Spa, Shower Cream - kremowy żel pod prysznic z wygodnym otwieraniem typu press. Gęsty i przez to wydajny, dobrze pieni się na gąbce, nie wysusza skóry. Niestety, jego największą wadą jest zapach. Wąchając go z opakowania, jest dokładnie taki sam, jak u reszty produktów z linii, niestety kiedy myję ciało, przybiera dziwną, mocną woń, która kojarzy mi się z ... farbą do włosów. Na początku myślałam, że sobie to ubzdurałam, ale za każdym razem, kiedy po niego sięgałam, sytuacja powtarzała się. Dyskwalifikuje go to u mnie. Cena za 250 ml to 49,99 zł

Lumene Arctic Spa, Body Lotion - balsam do ciała w identycznej jak peeling tubce. Wygodne opakowanie, śliczny zapach serii, który tutaj nie zmienia się podczas używania, szybkowchłaniający się, o kremowej, lekkiej konsystencji. Bardzo dobrze nawilża ciało, nie zostawia lepkiej warstwy. Skóra po jego użyciu jest miękka i bardzo delikatnie pachnie przez kilka godzin, zapach nie gryzie się z perfumami. Całkiem wydajny, nie potrzeba dużo, żeby nasmarować całe ciało. Nie podrażnia w ogóle [ testowałam na świeżo ogolonych nogach ]. Cena za 200 ml to 52,50 zł


Ogólnie serię oceniam na plus, spodobał mi się zapach i świeży design opakowań, kosmetyki działają bardzo dobrze, niewiele im mogę zarzucić. No może ceny, które są, jak na mój gust - wygórowane. Moimi ulubieńcami z tej czwórki są masło do ciała i peeling.


Znacie produkty do pielęgnacji ciała z Lumene?
Miałyście do czynienia z serią Arctic Spa?

Ulubione w lutym :)

Dzień dobry! :)

Dziś chciałabym przedstawić Wam kosmetyczną gromadkę, która zdecydowanie umilała mi najkrótszy miesiąc roku - luty :) Produktów tych w większości używam dłużej niż miesiąc, ale to w ostatnich tygodniach wybiły się na pierwszy plan i trafiły do grona ulubieńców.


Babydream, oliwka pielęgnacyjna dla niemowląt, 250 ml / 6,49 zł - oliwkę kupiłam jeszcze w zeszłym roku, bo miałam ochotę na taki produkt do pielęgnacji ciała, a tej jeszcze nie próbowałam. Spisuje się świetnie i znakomicie nawilża ciało, moim zdaniem można ją spokojnie porównać do oliwki Hipp, która jest dwa razy droższa ;) Zapach jest również bardzo przyjemny, ostatnio nawet Narzeczony powiedział, że mu się podoba - wyobraźcie sobie moje zdziwienie! On zazwyczaj nie reaguje na zapachy, chyba, że coś go uczula, albo wybitnie śmierdzi [ kozieradka ;) ]. Oliwka jest wydajna i zapewnia nawilżnie na długi czas, czego chcieć więcej? :) A, no i nie ma parafiny!

MAC, Blot Powder, 12 g / 100 zł - puder, który kupiłam sobie z okazji obrony magisterki pod koniec października. Od tamtej pory używam go do każdego makijażu, prawie codziennie, a prześwitujące denko jest obecnie wielkości dwudziestogroszówki, nieźle, prawda? :) Puder mnie zachwyca, to zdecydowanie najlepszy tego typu produkt, jaki dotąd miałam - matuje na długo, nie tworzy pudrowej warstwy na skórze, jest praktycznie niewidoczny, ale swoje robi. Naprawdę rzadko wymaga poprawek w ciągu dnia, ostatnio nawet nie zabieram go z domu ;) Wydajny, nie bieli, matuje wystarczająco, ale nie płasko, świetnie utrwala też korektor pod oczami i bazę pod cienie do powiek. Dla mnie ideał :)

The Body Shop, Vineyard Peach Shower Gel, 250 ml / 19,90 zł - ten wspaniały żel dostałam od Agatki na Mikołajki :) Z tego, co udało mi się wyśledzić, pochodzi w limitowanej edycji, a szkoda... Zapach jest nieziemski! Podczas pierwszego prysznica czułam się, jakbym przejeżdżała po ciele kawałkiem soczystej, dojrzałej brzoskwini! Za każdym razem, kiedy używam tego żelu, podświadomie czekam, aż będę miała lepkie od owocowego soku ręce, serio! Jest boski i rozstanie będzie trudne... Poza niezaprzeczalnymi walorami zapachowymi jest zwykłym żelem - nie wysusza skóry, świetnie się pieni, na plus też wysoka wydajność.

Bobbi Brown, Blotting Papers, 100 sztuk / 29 zł - nigdy nie byłam fanką bibułek matujących, ale kiedyś w rozmowie z Megdil zainteresowałam się tymi. Potem je kupiłam, bo cena nie odstraszała ;) Na początku podchodziłam do nich trochę sceptycznie, ale potem rzeczywiście je polubiłam. Świetnie sprawdzają się w ciągu dnia, kiedy nie chcemy nakładać kolejnej warstwy pudru, ale ja mam na nie inny sposób. Otóż używam jednej bibułki na strefę T przed nałożeniem podkładu, a już po wchłonięciu się kremu. W ten sposób makijaż utrzymuje się zdecydowanie dłużej i zazwyczaj nie wymaga poprawek w ciągu dnia :) Bardzo przydatny gadżet.

Inglot, cień do powiek MATTE 358, 13 zł - ten cień długo miałam na chciejliście. Kiedy kompletowałam sobie paletkę 3 cieni z Inglota, ponad rok temu, znalazł się w niej właśnie on. Przy przeprowadzce paletkę zgubiłam, byłam przekonana, że została w starym mieszkaniu :( Szczęśliwie na początku roku odnalazłam ją i zakochałam się w tym kolorze - idealny do podkreślenia załamania, jak i całej powieki w dni, kiedy nie mamy ochoty na wymyślny makijaż. Ostatnio sięgam po niego codziennie.

Zoya, Rue, 43 zł / 15 ml - mój pierwszy lakier Zoya i na pewno nie ostatni. Idealny nudziakowy odcień, który w zależności od światła zmienia swoje oblicze. Jestem w nim totalnie zadurzona i odkąd kupiłam go na początku lutego, nosiłam go już 3 razy, a to naprawdę rzadka rzecz u mnie ;) Gdyby nie ceny z kosmosu, na pewno przygarnęłabym więcej kolorów ;)

Nuxe, Reve de Miel, balsam do ust, 37 zł / 15 g - kupiony jeszcze w grudniu, od tamtej pory codziennie ratuje moje usta nocą :) Szaleńczo wydajny, pięknie pachnący, ratujący usta nawet podczas choroby, kiedy wysychały na wiór w 30 minut. Wart każdej złotówki. Jeśli zastanawiacie się nad zakupem, to przestańcie, tylko biegnijcie do apteki ;) Fakt, jest drogi, ale ja używam go już od prawie 4 miesięcy, a jeszcze nie zużyłam nawet połowy. Ideał :)


Znacie moich ulubieńców?
Co podbiło Wasze serca w lutym?
Jeśli pisałyście u siebie o tym, wklejcie linka!


Ulubieńcy sierpnia :)

Hej hej! :)

Wiem, wiem, że spóźniona jestem z tymi ulubieńcami ;) W zasadzie miałam ich sobie nawet odpuścić, ale doszłam do wniosku, że polubiłam się z naprawdę fajnymi kosmetykami, więc warto je Wam przedstawić.


1. L'Orient, Savon Noir  z różą damasceńską - moje odkrycie! Znakomicie oczyszcza skórę, zmniejsza pory i poprawia koloryt. Czarne mydło na pewno będzie stałym bywalcem w mojej łazience! Pisałam o nim więcej tutaj.

2. Maybelline, pomadka Color Whisper w odcieniu Lust For Blush - idealna pomadka na co dzień, o delikatnym kolorze różu, świetnie się rozprowadza na ustach, ma miłą konsystencję i w drugiej połowie sierpnia najczęściej lądowała na ustach :) Pokazywałam Wam ją w akcji tutaj.

3. Lirene, tonik nawilżająco - oczyszczający - na fali pozytywnych recenzji postanowiłam po ten tonik sięgnąć i ja. Nie zawiodłam się. Ma świetny zapach [ ogórek + coś, czego nie potrafię zidentyfikować ] i działanie - ładnie tonizuje skórę twarzy, nie zostawia lepkiej warstwy, mam wrażenie, że delikatnie nawilża za sprawą aloesu wysoko w składzie. Na pewno będę do niego wracać :)

4. Joursna, pędzel do makijażu - to jajeczko kupiłam na ebay'u za niecałe 10 zł. Zdziwiło mnie swoim całkiem porządnym wykonaniem - ma naprawdę bardzo zbite włoski, mięciutkie w dotyku i u mnie znakomicie sprawdza się do pudrowania obszaru pod oczami i skrzydełek nosa - pędzelek świetnie tam, dzięki swojej wielkości, dociera :) Bardzo udany zakup.

5. Isana Med, żel pod prysznic z olejkiem pomarańczowym - świetny żel o soczystym owocowym zapachu, który znakomicie umila każdy prysznic :) Dobrze się pieni, nie wysusza skóry i jest taniutki. Pisałam o nim więcej tutaj.

6. Carmex, Moisture Plus Pink - koloryzujący balsam do ust dotarł do mnie z fejsbuczkowego rozdania u Eska i bardzo się z tego cieszę, bo sama, po nieudanej przygodzie z Carmexem w tubce, na pewno bym po niego nie sięgnęła. Balsam w sztyfcie jest bardzo cieniutki i smukły, sprawnie się wykręca i aplikuje - nie potrzeba do tego lusterka. Nadaje ustom delikatny kolor i pozostawia przyjemne uczucia jakby chłodzenia. W sierpniu zużyłam pół opakowania, to chyba o czymś świadczy? ;)


Tak przedstawiają się moi ulubieńcy sierpniowy.
Znacie któryś produkt?

Krótko i na temat #2 - Żel pod prysznic Isana Med + aloesowy balsam do ciała Equilibra


Cześć :)

Dziś druga część zapoczątkowanego ostatnio cyklu. Mam nadzieję, że taka forma przypadła Wam do gustu? Jeśli nie wiecie, o co chodzi, zapraszam do pierwszego wpisu:


Omówię dwa produkty typowo pielęgnacyjne, które w mojej łazience są zawsze. Czasem z innym logo, zapachem i konsystencją, ale żel pod prysznic i balsam do ciała to obowiązkowe i podstawowe pozycje w mojej codziennej pielęgnacji skóry :)

                                                                                                   


Żel pod prysznic IsanaMed nigdy jakoś nie przyciągnął mojej uwagi na rosmannowej półce. W sumie nie dziwię się, po prostu nie wybija się wśród tylu kolorowych i krzykliwych buteleczek innych żeli ;) Gdyby nie kilka pozytywnych opinii w blogosferze, pewnie nigdy nie zwróciłabym na niego uwagi. Znajduje się w białej butelce z bladoniebieskim korkiem, napisy też ma stonowane. Mieści 250 ml żelu, kosztuje 5,79 zł. Żel pod prysznic z olejkiem pomarańczowym IsanaMed pachnie świetnie – wyczuwam pomarańczę i mandarynkę, jest to taki specyficzny zapach, jakby żelek lub lemoniady o smaku pomarańczowym :) Jeśli szukacie zapachu a'la Balea, a nie macie dostępu do tej niemieckiej marki, koniecznie wypróbujcie ten żel :) Ma kolor pomarańczowy, jest przezroczysty, gęstość typowa dla żeli pod prysznic. Pieni się całkiem dobrze, bo ma SLSy w składzie. Za to nie zawiera silikonów i parabenów. Zapach zdecydowanie umila branie prysznica. Żel nie wysusza w ogóle skóry, choć o nawilżeniu wspomnianym na etykiecie możemy zapomnieć ;) No ale nie tego oczekuję od myjadeł. Moim zdaniem to świetna codzienna pozycja – ślicznie pachnie, nie wysusza skóry, czasem nawet można sobie opuścić balsamowanie skóry po. Niska cena i całkiem niezła wydajność te z przemawiają na jego korzyść. Na pewno zagości u mnie jeszcze niejeden raz. Jeśli jeszcze nie miałyście z nim styczności – koniecznie spróbujcie - warto :)

↑ Musiałam dać powąchać, bo się nie chciał odczepić ;p

Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Glycerin, Sodium Chloride, Cocamidopropyl Betaine, Coco-Glucoside, Glyceryl Oleate, Citrus Aurantium Dlcis Oil, Peg-40, Hydrogenated Castor Oil, Parfum, Citric Acid, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Limonene, Linalool, CI 15510, CI 74005, CI 15985

                                                                                                   


Kolejnym produktem, który dziś Wam przedstawiam, jest aloesowy balsam do ciała Equilibra. Balsam ten kupiłam w zestawie z peelingiem w okazyjnej cenie 24 zł [ gdzie sam peeling w zwykłej sprzedaży kosztuje około 30 zł ]. Zwykła cena balsamu wynosi około 20 zł [ ja jednak polecam przy zakupach tej marki polować na promozje, takie jak np. w e – Ziko, gdzie aktualnie trwa akcja -20% na Equilibrę – warto skorzystać, jeśli np. planujecie kupno słynnego aloesowego szamponu ]. W poręcznej butelce z wygodnym zamykaniem na klapkę [ można postawić na głowie ], otrzymujemy 250 ml balsamu o dość lekkiej konsystencji. Balsam ma jakby żelową formułę, przez co bardzo szybko się wchłania i nie potrzeba jego dużej ilości, żeby rozprowadzić go na całym ciele. Zawiera, jak większość produktów marki, aż 20% stężenie soku z aloesu, co gwarantuje świetne nawilżenie i odżywienie skóry. Pachnie świeżo – aloesem, bardzo przyjemnie i relaksująco. Opakowanie spokojnie starcza na miesiąc codziennego używania. Doskonale łagodzi podrażnienia po goleniu, które czasem mi się zdarzają, świetnie odżywia moje często suche łokcie, a łagodny i przyjemny zapach utrzymuje się dość długo, umilając mi resztę wieczoru :) Warto wspomnieć, że aloesowy balsam nie zawiera wazeliny, parabenów i alkoholu, o parafinie nie wspominając. Myślę, że nawet skóra sucha byłaby z niego bardzo zadowolona. Ja polubiłam się z lekką konsystencją, która nie denerwuje nawet w gorące dni, ładnym zapachem i świetnym nawilżeniem. Myślę, że jeszcze się spotkamy :)


Skład: Aqua, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Ethylhexyl Palmitate, Glycerin, Glyceryl Stearate SE, Coco-Caprylate, Cetearyl Alcohol, Parfum, panax Ginseng Root Extract, BHT, Xanthan Gum, Sodium Polyacrylate, Phenoxyethanol, Benzoic Acid, Dehydroacetic Acid.


                                                                                                   


Używałyście któregoś z tych produktów? Macie swoje zdanie na ich temat? A może zachęciłam Was do zakupu? :)

Balea Fiji Passionfruit - żel pod prysznic na dobry początek lata :)

Hej :)
Dziś owocowo i kolorowo!
Przedstawiam Wam żel pod prysznic Balea z limitowanej kolekcji na lato - Fiji Passionfruit.



Jest to mój drugi żel z Balei, wcześniej miałam jakąś ciasteczkową wersję, ale nie przypadła mi ona do gustu, bo nie lubię jedzeniowych aromatów w kosmetykach ;) Owocowe za to wielbię :D I tym razem żel Balei idealnie wpasował się w moje gusta - jest totalnie maksymalnie owocowy!



Żel znajduje się w 300 ml butelce z miękkiego plastiku. Butelka jest szczelnie oklejona etykietą [ radosną, owocową i rzucającą się w oczy ], więc na pierwszy rzut oka nie widać, ile jeszcze zostało produktu w środku, ale wystarczy spojrzeć pod światło i wszystko jasne :) Ma bardzo wygodne zamykanie, na tyle solidne, że w podróży nic się nie wyleje i na tyle stabilne, że można opakowanie postawić na głowie pod koniec używania.
Kupiłam go w sklepie internetowym Annacosmetik za 5.50 zł




Zapach żelu jest po prostu boski! Mi od pierwszego niuchnięcia skojarzył się z sokiem multiwitaminą i od tamtej pory często kupowałam w sklepie ten sok, żeby przypadkiem nie wypić żelu ;) Zapach przywodzi na myśl wakacje, słoneczne dni. Czasem łapię się na tym, że będąc w łazience sięgam po żel Balei tylko po to, żeby sobie powąchać ;)

Żel jest dość wydajny, nie potrzeba go dużo, żeby się świetnie pienił, Ja używam go w duecie z gąbką, nakładając na nią ilość żelu wielkości orzecha włoskiego. Żel ma intensywnie niebieski kolor, co jest kolejnym czynnikiem po zapachu, zachęcającym do używania :)




Bardzo polubiłam się z multiwitamonowym żelem od Balei i mam nadzieję, że uda mi się jeszcze do niego wrócić, zanim zniknie :)

A Wy miałyście do czynienia z tym żelem?
I czy też niuchacie czasem kosmetyki? ;)





P.S. Przypominam też o moim rozdaniu :)
Wystarczy kliknąć w zdjęcie.

Majowy prysznicoumilacz od Lirene - żel + oliwka z bawełny pod prysznic


Hej :) Czy u Was też pada? :(

Żel z oliwką z bawełny od Lirene jest moim majowym ulubieńcem prysznicowym.
Uwielbiam jego zapach, bawełniana woń świetnie mnie uspokaja i odpręża pod prysznicem.
Wieczorem aż nie mogę się doczekać wskoczenia pod strumień wody i nałożenia go na gąbkę ;)


Kupiłam ten żel za ok 6 zł na promocji w Naturze – zastanawiałam się nad innymi wersjami zapachowymi [ dostępne są jeszcze: z oliwką z ryżu, z oliwką z mango, z oliwką z migdałami ], ale w końcu padło na bawełnę. Myślę, że w przyszłości wypróbuję jeszcze pozostałe wersje :)

Ze strony producenta: Żele z oliwką z serii SHOWER OLIVE intensywnie nawilżają oraz poprawiają kondycję skóry, chroniąc ją przed wysuszeniem. Oliwka zawarta w żelach wzmacnia barierę ochronną naskórka, skutecznie zapobiegając utracie wody i  dodatkowo  pozostawia warstwę ochronną na skórze. Dzięki wyjątkowej formule, bogatej w specjalnie dobrane składniki aktywne, żele Lirene wykazują również działanie zmiękczające. Ich kuszący, przyjemny zapach otula ciało i wprawia we wspaniały nastrój. Optymalnie nawilżona skóra zachwyca swoim zdrowym wyglądem, prawidłowo funkcjonuje oraz lepiej się regeneruje.



Sczerze? To ja w tym żelu pod prysznic oliwki nie widzę ;) Owszem, jest w składzie, ale żel ani nie ma oleistej konsystencji, ani nie zostawia żadnego filmu na skórze po użyciu [ producent pisze o warstwie ochronnej – niestety nie zauważyłam ]. Jak dla mnie to zwykły żel pod prysznic, zresztą ja w tym przypadku nigdy nie wybrzydzam, bo w takich myjadełkach skład jest mi raczej obojętny ;)
Na plus – nie wysusza skóry, co mi się bardzo podoba :)

W składzie ma SLS oczywiście i inne świństwa, ale przy wyborze żelu pod prysznic nie jestem tak rygorystyczna, jak przy wyborze np. kremu do twarzy ;) Tutaj głównym kryterium jest dla mnie cena, zapach i żeby nie wysuszał. W tych kategoriach żel z oliwką bawełnianą od Lirene wypada bardzo dobrze :)



Opakowanie jest standardowe dla Lirene i bardzo poręczne – butelka zamykana na klik, zamykanie jest solidne i bez obaw można żel zabierać ze sobą na wyjazdy. Jest przezroczyste, co bardzo lubię, bo mogę kontrolować ilość produktu, no i można opakowanie postawić na głowie, żeby wszystko, co do ostatniej kropli, wykorzystać :)



Miałyście kiedyś żel z tej serii z oliwkami?
Jeśli nie, to polecam ten z bawełnianą – zapach jest naprawdę uspokajający i świeży, od razu poprawia humor :)

O tym, jak pokochałam spędzanie czasu pod prysznicem, czyli płyn do mycia ciała róża i jaśmin od Anatomicals


Jak Wam mija zima tej wiosny? ;)

Dziś słów kilka o moim ulubionym żelu pod prysznic od Anatomicals.
Zakupy w sklepie internetowym tej firmy poczyniłam na fali promocji -50% , która odbyła się końcem stycznia - z racji, że każdy produkt był przeceniony o połowę, a ceny po takiej obniżce wypadały wielce zachęcająco, kliknęłam to i owo. Zamówienie przyszło, powąchałam i przepadłam! Niedługo później wraz z koleżankami, złożyłam drugie zamówienie, w którym domówiłam sobie jeszcze kilka kosmetyków :) Na razie większość czeka na swoją kolej, ale na pewno je zaprezentuję.

Dziś o moim zdecydowanym ulubieńcu ostatnich 2 miesięcy - żelu pod prysznic o zapachy różano - jaśminowym.



Opakowanie: plastikowa kanciasta butelka we wściekłoróżowym kolorze, zaopatrzona w bardzo wygodną pompkę dozującą. Wszystko działa bez zarzutu, pompka nie zacina się, można ją zablokować. Jest na nim zabawna informacja o recyklingu - na plus. Butelka zawiera 300 ml produktu.Nadrukowane napisy są warte przeczytania - można się nieźle pośmiać ;) każdy produkt jest z innym opisem, zresztą nawet strona marki jest w podobnym, żartobliwym duchu :) do mnie to przemawia!



Zapach: obłędny! Ja uwielbiam wszystko, co pachnie różą! Różę wielbię i już :) kojarzy mi się z wczesnym dzieciństwem, kiedy moja Babcia ucierała różę z cukrem. Zapach w żelu jest mocny, czuć go cały czas podczas kąpieli - wieczorami nie mogę się odczekać, żeby wskoczyć pod prysznic i niuchać do woli. Nie wyczuwam tam jaśminu, ale wcale mi to nie przeszkadza ;) Czasem wyczuwam zapach na sobie jeszcze chwilę po wyjściu z łazienki.



Wydajność: jak dla mnie całkiem zaskakująca - żel starczył mi na prawie 2 miesiące codziennego używania. Fakt, dokańczałam w tym czasie jakiś żel z Isany, ale była go mała resztka [ masło maślane ;) ], więc się nie liczy. Do jednego prysznica dozowałam około 6-7 pompek na gąbkę [ można mniej, ale ja pewnie przesadzałam, bo jestem uzależniona od zapachu ;) ]. Żel pieni się całkiem nieźle, no ale ciężko, żeby się nie pienił, mając SLS na drugim miejscu w składzie.

Działanie: moim zdaniem nie ma co oczekiwać cudów od żeli pod prysznic - dla mnie najważniejszy jest w nich zapach i to, żeby nie przesuszały skóry. Ten żel spełnił obydwa kryteria, czyści bardzo dobrze i nie robi krzywdy mojej skórze [ a czasem z lenistwa nie nakładam balsamu do ciała po prysznicu ]

Skład: szału nie ma, ale jestem w stanie wybaczyć za ten zapach! 

Aqua (Water), Sodium Laureth Sulphate, Cocamidopropyl Betaine, Glycerin, Sodium Chloride, 

Decyl Glucoside, PEG-7 Glyceryl Cocoate, Parfum (Fragrance) Jasmine Officinalis (Jasmine 

Extract) Citric Acid, Benzyl Alcohol, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, 2- Bromo-2-

Nitropropane-1, 3-Diol, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, CI 17200 (Red 33), 

CI 16255 (Red 4), Linalool, Eugenol, Geraniol





Jak widzicie na zdjęciach, mam pokaźną kolekcję tego żelu ;) jeden, prawie skończony, jest z pierwszego zamówienia, drugi  z kolejnego, a trzeci, ten mniejszy [ miniatura o pojemności 150 ml ] pochodzi z ostatniego pudełka Glossybox. Coś czuję, że jak je skończę, to będę polować na kolejne promocje Anatomicals ;)

Obniżona ostatnio cena takiego różanego cuda wynosi obecnie 17,90 zł [ KLIK ], ja kupiłam go za 10 zł na wyprzedaży[ wtedy "normalnie" kosztował 20 zł ]

Macie coś z tej firmy? Znacie?