Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maska do włosów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maska do włosów. Pokaż wszystkie posty

CHIA na włosy | maska do włosów z nasionami szałwii hiszpańskiej

 Witajcie!

Dziś spontanicznie, bo koniecznie chcę Wam napisać o fajowej masce do włosów DIY. W trakcie porządków w internetowych linkach, których miałam setki, trafiłam na link do bloga Kokoszki, którego kiedyś uważniej śledziłam. Teraz, po długiej nieobecności, zabrałam się za czytanie i przeglądanie i w oczy rzucił mi się przepis na maskę do włosów z nasionami chia. Chia każdy zna, jest mega popularne, a desero - śniadania z tymi nasionami swego czasu podbijały Instagrama ;) I ja mam te nasiona na stanie, pomyślałam więc, że wykorzystam je od razu do maski na włosy - wieczorem wychodzę z przyjaciółką na drinki, niech te włosiska dobrze wyglądają ;)


Generalnie wszystko jest proste jak budowa cepa. Należy zalać 3 łyżeczki nasion chia wodą [ ja użyłam przefiltrowanej, może być przegotowana ] mniej więcej do połowy szklanki [ ja użyłam nutellówki ], a następnie odstawić na minimum 20 minut, aż nasionka wchłoną wodę i powstanie gęsta papka [ Kokoszka zalecała odstawienie nasion na godzinę, ale nie miałam tyle cierpliwości, zresztą wszystko zgęstniało bardzo szybko :) ]. Dodać 3 łyżki gęstej maski do włosów [ u mnie to borówkowy Kallos, świetnie się u mnie sprawdza do wszystkiego tak btw ] i po dokładnym oczyszczeniu włosów szamponem nałożyć mieszankę na włosy. Im dłużej utrzymamy maskę na włosach, tym lepiej, u mnie było to około godziny.


Spłukiwanie nie jest tragiczne, myślałam, że będzie gorzej. Trzeba to zrobić dość dokładnie, ja na samym końcu musiałam jeszcze z końcówek wyciągnąć kilkanaście pojedynczych ziarenek.


Z ilości, które podałam Wam powyżej, wychodzi naprawdę bardzo dużo maski, więc jeśli macie krótkie włosy, proporcje należałoby zmniejszyć co najmniej o połowę, bo ilość, jaką ja wyprodukowałam to było aż nadto na moje długie już włosy ;) Fakt, że nasionka są śliskie i część z nich spada w trakcie nakładania, ale i tak maski jest sporo.

Efekty? Bardzo dobre nawilżenie i sypkie włosy. Zauważyłam też, że baby hair są ujarzmione.

Warto wypróbować :)


ULUBIEŃCY | listopad

Witajcie! :)

Lubię pisać posty ulubieńcowe, mogę skondensować informacje o kilku fajowych kosmetykach, Wy się nie przemęczycie czytaniem, a ja szerokimi opisami - win win :) Także oto tu przed Wami, listopadowi ulubieńcy, naprawdę warci poznania. Tak jakoś wyszło, że to zbieranina produktów raczej drogich, ale spokojnie, to nie znana marka ani wysoka cena mnie do nich przekonały!


Joico  K-PAK Revitaluxe - maska / kuracja do włosów była na moim radarze już od dawien dawna, ale wciąż miałam zapasy, albo podczas zakupów o niej zapominałam. Teraz jednak, dzięki firmie Joico mam możliwość przetestowania tego kosmetyku i powiem Wam, że ... to jeden z lepszych włosowych produktów, jakie w życiu miałam, Serio! Maska genialnie odżywia włosy i w jakiś magiczny sposób wyglądają po niej pięknie, niczym po wizycie w salonie. Ogranicza puszenie się włosów, wygładza je i nawilża tak, że w dotyku są aksamitne. Miłość, będzie o niej więcej w osobnym poście już niebawem

Nuxe, Reve de Miel - krem do rąk. Przeczekał wiele miesięcy na swoją kolej, teraz w końcu ujrzał światło dzienne i bardzo się z tego cieszę. Treściwy, nawilżający, pięknie pachnący, a co ważne - nie zostawia tłustej warstwy. Mój przyjaciel w mroźne dni :)

Lush, ULTRABRAND - masło do demakijażu  - cudo, po prostu cudo. Jest ze mną od maja, wtedy użyłam go kilka razy i jakoś odstawiłam w kąt, wydawało mi się za tłuste. Od dwóch miesięcy sięgam po nie codziennie i doceniam. Jest tłuste, owszem, ale przepięknie oczyszcza skórę z każdego [ tak, każdego! ] makijażu, delikatnie nawilża skórę, nie wysusza jej, nie zapycha. świetnie pachnie, wyczuwam miód i coś jeszcze. Po użyciu zawsze myję twarz żelem do mycia, ale i tak czuję potem, że Ultrabrand działa i moja skóra jest szczęśliwa. Bardzo mi pasuje teraz, kiedy używam regularnie kwasów, bo czuję, że pomaga zapobiegać wielkiej wylince. Gdybym miała dostęp, kupowałabym jedno opakowanie po drugim, serio!

Z kolorówki na prowadzenie wybił się róż Tarte, który kupiłam na blogowej wyprzedaży. Jest to mniejsza niż standardowa wersja, jakaś limitowanka sprzed kilku lat, ale właściwości wciąż te same. Pigmentacja jest oszałamiająca, wystarczy lekko docisnąć pędzel do różu i już zbiera fuksjowy pyłek o nazwie Imagined. Trzeba z nim uważać, bo jest naprawdę mocno napimentowany, ale mi to nie przeszkadza, bo akurat przepadam za dużą ilością różu na policzkach ;) Pachnie glinką, jakby się ktoś zastanawiał :)

Ostatni kosmetyk, to też makijaż. Gości w ulubieńcach niepierwszy raz, ale jakoś się nie dziwię. Mowa o moim idealnym podkładzie, Estee Lauder Double Wear. Na zdjęciu widzicie już pustą buteleczkę, chlip. 3/4 butelki dostałam od Sonii i jak widzicie, używałam często ;) Podkład idealnie wpisuje się w moje wymagania co do krycia, koloru i trwałości. W lecie miewał gorsze dni, ale nic mu nie zarzucam, upały były takie, że pewnie nawet cement by mi z twarzy spłynął ;) Teraz jest dla mnie numerem jeden, świetnie też współpracuje z meteorytami Guerlain, więc nic dziwnego, że jutro jadę po nowe opakowanie, bo już dłużej bez niego nie wytrzymam [ skończył się w czwartek ^^ ].


Znacie moich  ulubieńców?
Jacy byli u Was w listopadzie ?

Czerwcowa piątka, czyli ulubieńcy :)


Hej ho!

Tym razem ruszamy z kopyta, bez opóźnień! Czerwiec był miesiącem intensywnym, z wielu kontrastujących ze sobą względów i dlatego bardzo się cieszę, że jest już za mną. 
Udało mi się jednak zebrać grono ulubieńców kosmetycznych, oto i oni. Jak zaraz zobaczycie i przeczytacie, są to kosmetyki, które pomogły mi zaoszczędzić trochę czasu, nigdy nie zawiodły i po prostu je lubię :)


Annabelle Minerals, matujący podkład mineralny - z racji tragicznego stanu mojej skóry twarzy, miałam ochotę spróbować minerałów, bo nic [ naprawdę nic, nawet EL Double Wear spływał po kilku godzinach, a dotąd zawsze był pancerny... ] nie dawało makijażowo rady i wyglądałam koszmarnie... Po spotkaniu blogerskim z Lublinie przywiozłam kilka kosmetyków mineralnych, w tym jeden podkład, ale zapragnęłam spróbować słynnego AM. Przy okazji wizyty w drogerii Pigment miła pani dobrała mi kolor [ Golden Fairest ] i wszystko wytłumaczyła, kupiłam od razu. Od tamtej pory 90% moich makijaży opiera się właśnie na tym podkładzie - jest fenomenalny! Aplikacja zajmuje może minutę dłużej niż przy płynnym podkładzie. Efekt jest niesamowicie naturalny, ale wszystko, co najgorsze, jest idealnie zakryte, a twarz jakby wygładzona. Zdarza się, że minimalnie podkreśla pory w okolicy nosa, ale przechodzę obecnie kurację Epiduo, więc jestem wyrozumiała dla wszystkich tych kosmetyków [ a niewiele ich, niewiele... ], które nie podrażniają mnie sekundę po nałożeniu ;) Trwałość świetna, wymaga jedynie delikatnego przypudrowania po około 7 godzinach od noszenia. Miłość! ♥

Douglas Home Spa, Almond Oil + Sesame Oil Nourishing Shower Foam - kupiłam, bo zobaczyłam na jednym z blogów. Pianki pod prysznic kocham, za sprawą najwspanialszej na świecie pianki z Rituals, nie mogłam więc obok tej przejść obojętnie. Bardzo podoba mi się zapach, jest taki zmysłowy, ale jednocześnie lekki, odświeżający. Pianka jest bardzo wydajna, bo po wyciśnięciu pieni się mocno. Nie wysusza skóry, zostawia ją mięciutką. Czasem nawet nie nakładam po prysznicu balsamu do ciała, nie odczuwam potrzeby:) Z chęcią wypróbuję inne wersje zapachowe!

Gloria, maska do włosów - objawienie za 7,30 zł. Serio! Wiedziałam o jej istnieniu od dawna, coś kojarzę, że chyba na początku studiów miałam egzemplarz, ale nie dam sobie ręki uciąć ;) Kupiłam spontanicznie i okazało się to jedną z lepszych włosowych decyzji ostatnich tygodni. Na moich niskoporowatych włosach maska daje niesamowite efekty. Nie tuninguję jej niczym [ wiem, że to popularne było, żeby tę maskę używać jako bazę do eksperymentów z półproduktami ], bo w 100% odpowiada moim włosom. Mogę jej używać nawet codziennie, zamiast odżywki! Włosy są sypkie, dociążone i niesamowicie lśnią. Mniej się plączą w ciągu dnia i wyglądają po prosu zdrowiej. Na bank kupię następne opakowanie!

Bania Agafii, mydło miodowe do mycia ciała i włosów - ale heca! Wiecie, że zupełnie nieświadomie powtórzyłam ulubieńca majowego? Dopiero przy opisywaniu kosmetyków zdałam sobie z tego sprawę. Ale cóż, to świadczy jedynie o tym, jakie to mydło jest świetne! Jeśli więc jeszcze go nie używałyście, czym prędzej kupujcie!

Biochemia Urody, pomarańczowy olejek myjący - kupiłam go już kilka miesięcy temu, ale zaczęłam używać dopiero pod koniec maja. Olejek okazał się być bardzo przyjemnym w użyciu kosmetykiem, niezbyt ciężkim, o miłym zapachu pomarańczy. Skutecznie rozprawia się z makijażem, rozpuszczając go w mgnieniu oka. U mnie jest drugim, po płynie micelarnym, etapem demakijażu. Nakładam go na suchą twarz, masuję chwilę, potem zwilżam dłonie i masuję aż do delikatnego spienienia się olejku, robi się z niego lekka emulsja. Potem wszystko zmywam gąbeczką Calypso i wiem, że nie ostał się na twarzy ani gram makijażu. Spełnia wszystkie moje wymagania, nie zapycha skóry, dozownik jest w sam raz, cena także przyjazna. Jeśli jeszcze go nie znacie, serdecznie polecam! Zwłaszcza, że nie bazuje na parafinie, jak większość podobnych produktów.


W czerwcowym gronie ulubieńców znalazły się kosmetyki, do których z pewnością będę powracać. Bardzo się cieszę, że powiększyło się grono moich pewniaków kosmetycznych i w chwilach zwątpienia będę wiedziała, po co sięgnąć w sklepie :)

Napiszcie w komentarzach, czy znacie moje czerwcowe hity!

SheaMoisture | yucca + baobab ANTI - BREAKAGE MASQUE


Witajcie weekendowo! :)

Każdy ma swoje paranoje, jak dobrze wiecie - moją są włosy [ mam też inne, ale to temat na innego posta ^^ ]. Kocham próbować nowych kosmetyków, zresztą widać to doskonale po zapasach - te włosowe są największe. Przecież szamponu i masek nie może nigdy zabraknąć!
Kiedy wyczytałam już wieki temu u Urban o produktach do włosów amerykańskiej marki SheaMoisture, wiedziałam, że koniecznie muszę coś od nich spróbować. Szczęśliwym zrządzeniem losu moja przyjaciółka spędzała wakacje w Stanach, więc perfidnie ją wykorzystałam :D Tak oto maska Anti - breakage trafiła w moje ręce i na włosy.



Maska ma funkcjonalne, porządnie wykonane opakowanie, śliczną szatę graficzną, a na etykiecie znajdują się wszystkie potrzebne informacje. Z opakowania dowiadujemy się między innymi o tym, że maska nie zawiera sulfatów, jest bezpieczna dla farbowanych włosów, nie była testowana na zwierzętach, jest nawet krótka historia marki :) Zapach jest bardzo ładny, świeży, jakby kwiatowy, ale jednocześnie odrobinę hmmm... aloesowy? Jest dla mnie niespotykany, dlatego ciężko mi go opisać, ale naprawdę go lubię, utrzymuje się na włosach przez kilka godzin po myciu. Konsystencja kosmetyku jest również zaskakująca, bo jest bardzo gęsta, a w masce są takie jakby grudki - coś na kształt zsiadłego mleka. Przez tę konsystencję maska jest bardzo wydajna, dodatkowo gładko rozprowadza się na włosach, nie potrzeba jej dużo. 







Skład:

Deionized Water , Butyrospermum Parkii (Shea Butter) , Cocos Nucifera Oil (Coconut) , Mangifera Indica Seed Butter (Mango) , Persea Gratissima Oil (Avocado) , Olea Europaea Oil (Olive) , Aloe Barbadensis Leaf Extract , Ammonium Salt (Conditioner) , Yucca Filamentosa Extract , Vegetable Protein , Adansonia Digitata Extract (Baobab) , Biotin , Panthenol (Vitamin B-5) , Rosemary Extract , Bamboo Extract , Sorbitol Esters , Caprylyl Glycol , Essential Oil Blend , Lonicera Caprifolium Flower and Lonicera Japonica Flower Extract (Honeysuckle and Japanese Honeysuckle) , Tocopherol (Vitamin E)


Zanim opiszę Wam efekty, muszę podkreślić, że moje włosy są niskoporowate, a maska jest maską proteinową. Jak wiadomo, włosy niskoporowate nie potrzebują protein w wielkich ilościach. Dlatego też efekty na włosach wysokoporowatych mogą być zupełnie inne, powiedziałabym wręcz, że lepsze i szybciej widoczne.



Zauważyłam, że najlepsze efekty uzyskuję na swoich włosach, kiedy maskę trzymam ponad pół godziny, zazwyczaj jest to około 50 minut [ najczęściej w niedziele, kiedy nigdzie się nie spieszę ]. Krótszy seans z SheaMoisture zupełnie nie ma sensu - parę razy nakładałam maskę na kilka minut i nie byłam zadowolona z efektów - włosy się strąkowały i były matowe. To jeden z tych włosowych produktów, któremu po prostu trzeba dać czas na działanie. Najlepsza dla moich włosów częstotliwość używania maski to raz na półtora tygodnia [ mniej więcej, przecież nie zaznaczam w kalendarzu ;) ]. 

Maska nie daje spektakularnych efektów typu wow, silikony albo wow, właśnie wyszłam od fryzjera z kupą chemii na głowie, ale co tam, wyglądam jak z reklamy. W tym przypadku możemy raczej mówić o dobrym efekcie wizualnym, ale najlepsze są efekty długofalowe - przy regularnym używaniu maski włosy stają się namacalnie zdrowsze i sprawiają coraz mniej problemów na co dzień - mniej się plączą, mniej łamią, tak jakby SheaMoisture odbudowywała włosy od środka, są sprężyste, sypkie, grubsze w dotyku, bardzo ładnie odbijają światło. 


Jeśli tylko macie dostęp, koniecznie wypróbujcie tę maskę! Widziałam ją w jakimś sklepie internetowym za mega wysoką cenę około 70 zł, ale w USA można ją kupić za niecałe 10 dolarów, a często jest podobno w promocjach. 

Przy kończeniu tego postu doczytałam, że SheaMoisture kilka miesięcy zmodyfikowało tę linię swoich produktów i obecnie, zamiast baobabu, w składzie jest banan - ciekawe, jak nowa wersja się spisuje, może wiecie?

Miłej reszty weekendu! :)

ulubione || MARZEC

Hej, hej! :)

W ubiegłym miesiącu ulubieńców zebrało się pięciu.  Dwóch makijażowych, reszta pielęgnacyjna. W makijażu szukam ostatnio przede wszystkim świetnej, minimum dziesięciogodzinnej trwałości. W pielęgnacji szukam ukojenia, odżywienia skóry / włosów i działania antybakteryjnego, bo moja skóra ma jakiś gorszy czas i lubi mnie niemile zaskoczyć wysypem... Widzicie więc, że poprzeczka jest ustawiona wysoko. Na szczęście są takie wyjątkowe produkty, które sprostały moim wymaganiom :)




maska do twarzy z zieloną glinką Cattier
Kupiłam ją w listopadzie i od tamtej pory czekała na swoją kolej. Na początku marca sięgnęłam po nią, chociaż jej kolej jeszcze nie nastała, ale ogarnęło mnie lenistwo i nie miałam ochoty rozrabiać glinki z wodą, same wiecie, jak to czasem jest ;) Sięgnęłam więc po poręczną tubkę i... zakochałam się! Maska ma idealną konsystencję, choć trzeba pamiętać o potrząśnięciu przed użyciem. Widocznie zwęża pory, co dla mnie jest ósmym cudem świata i wiem, że to nie ostatnia tubka w moim posiadaniu! Dodatkowo pachnie rozmarynem i miętą, a wiecie, jaką miłością darzę rozmaryn.

MAC fix +
Szukałam sposobów na przedłużenie makijażu i u kogoś przeczytałam, że fix + użyty przed podkładem tak właśnie działa. Z ciekawości kupiłam małe opakowanie [ 42 zł ] i zaczęłam eksperymentować. No i uzyskałam dodatkowe dwie godziny trwałości szpachli :) Psikam 3 razy fix + na dłoń, a potem wklepuję w twarz. Naprawdę fajny produkt :)



krem pod oczy Palmer's
Powrót! Miałam ten krem prawie dwa lata temu i bardzo dobrze o nim wtedy pisałam, postanowiłam więc przygodę powtórzyć. Okazja nadarzyła się podczas promocji w Superpharmie, zapłaciłam za niego jakieś 28 zł. Cieszę się z tego ponownego spotkania, krem znów spisuje się na medal, świetnie nawilża przez noc skórę pod oczami. Poradził sobie też z przesuszeniem tej okolicy, kiedy to w porywie swojej nieskończonej mądrości używałam do zmywania oczu micela z alkoholem denaturowanym.

puder do konturowanie Inglot 505
W końcu strzał w 10! Przed nim miałam puder z Kobo, który okazał się porażką. Inglot jest fantastyczny w każdym calu - ma idealny kolor, świetnie się blenduje, nie robi plam, a trwałość jest naprawdę znakomita. Ciężko nim sobie namalować brud na twarzy ;)

maska do włosów Anti Breakage Shea Moisture
Odkąd przeczytałam o tej masce dawno, dawno temu u UrbanWarrior, chciałam ją mieć. Przyjaciółka Zuzia, przy okazji podróży do Stanów, marzenie spełniła. Maska idealnie odżywia włosy, zostawia je miękkie aż do następnego mycia. Ujarzmia baby hair, nie obciąża włosów, ale widocznie je wygładza. Pięknie pachnie, zapach czasem wyczuwam w ciągu dnia. Skład jest fantastyczny, od początku, za wodą mamy masło shea, olej kokosowy, masło mango, olej awokado, oliwę, ekstrakt z aloesu, ekstrakt z juki i baobabu i wiele, wiele innych. Jest mega wydajna, bo potrzeba niewielkiej ilości, żeby pokryć włosy na całej długości. Trzymam zazwyczaj około 15 minut. Jestem zachwycona i zastanawiam się, co ja zrobię, jak się skończy!



Naprawdę się cieszę, że mogłam się Wam pochwalić tymi świetnymi produktami! 
Dajcie znać, czy je kojarzycie, może znajdują się też w Waszych ulubieńcach? :)

Idzie nowe! | Zmiany we włosowych produktach Balea

Dzień dobry :)

Dziś post informacyjny. Kochana Karo, wiedząc, że uwielbiam szampon z mango i aloesem z Balei, podesłała mi wczoraj informację, że mają go wycofać! W zamian będzie inny wariant [ brzoskwinia + kokos ], a ogólnie cały włosowy asortyment zmienia szatę graficzną i w niektórych przypadkach [ jak z moim ukochanym szamponem :( whyyyyy? ] także skład.

Tutaj taka mała dygresja - co oni wszyscy ostatnio mają z wycofywaniam świetnych kosmetyków?! Najpierw okazało się, że mój ukochany różobronzer z Astora jest już wycofany [ kupiłam 2 opakowania na zapas ], potem gruchnęła informacja, że najlepsze na świecie odżywki do paznokci Bell Bio2 Vitamin Booster znikają z drogerii [ szperałam, szperałam i w końcu udało mi się w Hebe kupić 3 sztuki ], a teraz jeszcze mój ulubiony szampon :( To kosmetyczne fatum jakieś! Ciekawe, co będzie następne?

Z nowości wchodzi seria do intensywnej pielęgnacji włosów z wanilią i olejem migdałowym. Jestem jej ciekawa i z pewnością kupię [ a już na pewno maskę do włosów w słoiku ], tym bardziej, że żółte opakowania są bardzo radosne :) Seria ma pielęgnować i regenerować, czyli coś w sam raz dla włosów zmęczonych zimnem, czapkami i szalikami.

Dobrze, nie rozpisuję się już więcej [ tym bardziej, że niemieckiego nie znam, a tłumacz google jaki jest, każdy wie ;) ]. Pooglądajcie sobie nowości!










I jak się Wam podobają zmiany? Wycofują jakichś Waszych ulubieńców? 
Będziecie, jak ja, zaopatrywać się w zapasy? ;) 
No i jeszcze jedno mnie ciekawi, czy Wam też ostatnio wycofują ulubione produkty, czy tylko ja mam takie nieszczęście? :( 

A na pocieszenie pieskowo herbaciany obrazek, który ostatnio tapetuje sobie na moim pulpicie :)



Bomb Cosmetics, Honey Hair Mask

Cześć ! :)

Na punkcie włosów mam małego bzika. Okej, nie jest mały, macie rację ;) Uwielbiam kupować rzeczy przeznaczone do ich pielęgnacji, z namaszczeniem trzymam przez długi czas różne kompresy z dziwnych składników na głowie, olejowanie to już stała część repertuaru, nawet Narzeczonemu przestało już przeszkadzać, że co i rusz moje włosy pachną inną przyprawą albo skapuje z nich dziwna substancja ;) Kiedy więc już jakiś czas temu Pączek w pudrze napisała o masce do włosów od Bomb Cosmetics, musiałam ją mieć, same rozumiecie! Kupiłam ją już dość dawno, pokazywałam Wam w sierpniowych zakupach.


Najpierw opakowanie - śliczne, prawda? Pastelowe zielone tło z białymi kropkami i różyczkami - sama słodycz :) Plastikowy słoik z zamykaniem typowym dla większych opakowań białego sera czy jogurtu, co nie jest najwygodniejsze na świecie, ale ma swój urok. Pojemność to 200 ml, czyli raczej standardowo, choć ja, przyzwyczajona do litrowych Kallosów, wolałabym więcej. Tym bardziej, że działanie jest naprawdę dobre :)

Maska nazywa się miodową i na tym udział miodu się kończy, bo w składzie go nie ma. Dlaczego tak jest? Nie wiem, może jest w tym jakaś taktyka marketingowa? Tak czy siak, w masce znajduje się olej z Brassiki, olej z Kukui i olejek eteryczny Ylang Ylang - egzotycznie, nieprawdaż? Ma za zadanie odżywiać, wygładzać i ułatwiać rozczesywanie włosów. Tyle deklaruje producent i podoba mi się, że w końcu nie obiecują mi cudów na kiju. 



Na moich niskoporowatych włosach maska spisuje się bardzo dobrze - po zastosowaniu są miękkie, dobrze dociążone i ładnie się układają. Nie zauważyłam, żeby powodowała szybsze przetłuszczanie się włosów. Mocno odżywia słabsze końce włosów i dzięki niej są bardziej sprężyste. Użyłam jej do odżywienia włosów po farbowaniu henną i naprawdę dobrze poradziła sobie z tym pohennowym przesuszem, byłam pod wrażeniem. 
Maska ma bogatą konsystencję, coś jakby treściwy budyń i naprawdę nie potrzeba jej wiele, aby pokryć włosy na całej długości. Jest trochę oporna w nakładaniu, ale znalazłam na nią sposób - nabieram porcję, rozcieram ją między rękami i dopiero wtedy nakładam. Acha, producent na opakowaniu umieścił informację, że wystarczy 2 minuty z maską na włosach - całkiem możliwe, ale ja zauważyłam, że im dłużej ją trzymam, tym lepsze efekty zauważam. Zresztą zawsze nawet zwykłą odżywkę trzymam minimum 10 minut [ dziś było to nawet 20 ], taki mam już nawyk :)



Miodowa maska od Bomb Cosmetics ma bardzo mocny zapach, który po spłukaniu utrzymuje się jeszcze na włosach do kilku godzin. Jest to świeży aromat z nutą czegoś cięższego, kojarzy mi si trochę z zapachem jakiegoś płynu do płukania tkanin, ale nie potrafię go dokładnie określić. Jak dla mnie jest przyjemny. 

Koszt takiej maski to 39 zł, ja z tego, co pamiętam, skorzystałam z jakiejś zniżki i zapłaciłam za nią około 34 złotych. Tak czy siak, nie jest to mała kwota, ale wydaje mi się, że maska warta jest tej ceny i pewnie od czasu do czasu będę do niej powracać :)

Znacie miodową maskę do włosów od Bomb Cosmetics?
Jak Wasze o niej zdanie?
A może coś innego z oferty firmy warto jeszcze wypróbować?

Empties #23 | mało nas, mało nas ;)

Cześć! :)

Czas na śmieciowe zaległości! W październikowym denku żegnam kilka świetnych produktów, smutno mi z tego powodu, zwłaszcza, że jedna jest zupełnie nie do zdobycia, chlip... Nie zużyłam wielu tubek / buteleczek i słoików, ale liczę na to, że listopad będzie łaskawszy ^^


Tradycyjnie, zaczynam od włosów. L'Oreal Elseve, maska do włosów Sun Defense - bardzo ją polubiłam, choć na początku byłam sceptycznie nastawiona. Świetnie wygładzała włosy i ładnie pachniała, Z chęcią kiedyś do niej wrócę [ wydaje mi się, że to edycja wypuszczana tylko na lato, mam rację? ]. Tahe, Nutritherm Mask, którą dostałam od Eska, Floreska jeszcze [ uwaga! ] w styczniu i niedługo później zaczęłam używać! Super wydajna, bardzo wygładzająca, włosy po niej były świetnie nawilżone i ujarzmione. Niestety, Tahe chyba wycofało tę maskę, bo nie jest już dostępna w ich sklepie... John Masters Organics, Rosemary&Peppermint Detangler - kupiłam na Truskawce za 40 zł i nie żałuję. Świetna odżywka, która fantastycznie sprawdzała się w upalne miesiące dzięki mięcie w składzie. Autentycznie czułam ochłodzenie na skórze głowy. Znakomicie dawała sobie radę z baby hair, które mi na potęgę odstają, a włosy widocznie odżywały po półgodzinnym seansie z tą odżywką. Chętnie do niej kiedyś wrócę.


Generalnie nie pokazuję w zużyciach płatków kosmetycznych i patyczków, ale tutaj zrobię wyjątek. Te patyczki z Cleanic są świetne! Jeden koniec każdej pałeczki jest zakończony spiczasto i jest to naprawdę genialne rozwiązanie do zmywania oczy, kiedy nie chcecie przejeżdżać całym wacikiem po powiece. Ja odkąd przedłużam rzęsy, zmywam cały makijaż oczu patyczkami nasączonymi w płynie micelarnym i te spiczaste ułatwiają mi życie :) Są do dostania w Rosmannie. Woda winogronowa Caudalie to mój wielki ulubieniec, wiecie już o tym. Obecnie używam wody Uriage [ dziękuję Esku! :* ] i jest dobra, ale chyba będę wracać do Caudalie ;) Uriage Bariesun SPF 50+ to była porażka. Kupiłam chyba na promocji w SP i próbowałam używać na twarz, ale niestety nieestetycznie się rolował, bez względu na to, ile go nałożyłam. Że już o makijażu nie wspomnę... Zużyłam ostatecznie do rąk. Dermedic, Hydrain3 Hialuro serum zaczęłam używać z wielkim zainteresowaniem, niestety nie polubiłam go. Było w porządku, ale nie zauważyłam żadnego efekty wow , serum było dość niewydajne i lekko się lepiło.


Tutaj niepowetowana strata - pianka pod prysznic Biore od Kasi Śmietasi. Była wspaniała, pachniała bosko i wystarczyła na niesamowicie wiele użyć. Tęsknię za nią bardzo :( Ziaja, grapefruit z zieloną miętą, mydło do rąk - kiedy te mydła pojawiły się na rynku, bardzo się nimi zainteresowałam i kupiłam aż trzy w różnych wariantach zapachowych. Ostatecznie został ze mną tylko jeden, nie jestem zadowolona. To mydło zafundowało mi tak spektakularny przesusz dłoni, jakby to był środek zimy. Nie, nie i jeszcze raz nie. Chociaż zapach był świetny... Dezodorant do stóp No36 - kupiłam jeszcze w sezonie baletkowym, if you know what I mean ;) Działał tak sobie, nie polubiłam jego zapachu. Soraya, Body Diet, krem do biustu. Porażka na całej linii - nie dość, że krem nie robił nic i mimo regularnego używania nie zauważyłam żadnego efektu, to jeszcze miał naprawdę drażniący zapach. Nie zużyłam do końca, nie będę się męczyć...


Dezodorant w kulce Nivea, Dry Comfort - jak zawsze ;) Jedyny słuszny i najlepszy :) Lass, Papaya & Walnut Face & Body Scrub, który wygrałam całe wieki temu u Aswertyny. Zużyłam do peelingowania dekoltu i przedramion. Lekki peeling, który na całe ciało byłby za słaby, ale w sam raz sprawdził się na tych wybranych rejonach. Niestety zapach nie był zbyt przyjemny, a szkoda, bo skład superowy [ z wodą różaną na czele ]. The Body Shop, masło do ciała marakuje - kocham! ♥ Pisząc ten post, w ręce miałam cały czas otwarte opakowanie i wąchałam! Świetne masło, genialnie nawilżało, a zapach jest najpiękniejszy na świecie. Na pewno do niego kiedyś wrócę!


Kolorówkowo trochę słabo, ale już się do tego przyzwyczaiłam ;) Zużyłam brązową kredkę do oczu z Sephory, która miała chyba 4 lata, ale była moją ulubioną. Skończył się też puder Healthy Balance z Bourjois, z czego akurat się cieszę, bo nie polubiłam go za bardzo. Był dla mnie za żółty i widać to było na twarzy, dodatkowo lubił zostawić widoczną pudrową powłoczkę...


Próbek zużyłam całkiem sporo i o dziwo większość była całkiem fajna! Najmilej wspominam regenerujący krem na noc z Rituals, który zrobił mi ze skórą jakieś czary, serio! Peeling Lierac High Peel okazał się super kwasem i planuję zakup pełnego wymiaru, polubiłam też jaśminowy krem BB z BRTC - idealnie dopasowywał się do koloru mojej skóry.


To już wszystkie zużyte kosmetyki.
Podzielcie się za mną swoimi opiniami o tych kosmetykach, jeśli je znacie!
Jak tam Wasze zużywanie w październiku? :)


Ulubieńcy września! | L'Oreal, Orly, Bath and Body Works i Bioré

Cześć! :)

Przed Wami czwórka kosmetyków, które we wrześniu podbiły moje kosmetyczne serce. Sprawdzają się nienagannie i naprawdę można na nich polegać! Ciekawe? Zapraszam do lektury :)


Bioré Body Foam, Charming Freesia
Pianka pod prysznic, który dostałam od kochanej Kasi Śmietasi jako pamiątkę z jej indonezyjskiej podróży. Powiem tyle - ostatnio przeszukałam cały Ebay w poszukiwaniu tego produktu! Fantastyczny kremowy żel o lekkiej konsystencji, którego wystarczy odrobinka, żeby mocno zapienić się na gąbce i zamienić w delikatną piankę. Pachnie idealnie - słodko, kwiatowo, ale w sam raz. A oczyszcza skórę jak czarne mydło! Zostawia ją gładką i aż skrzypiącą z czystości - uwielbiam i będę płakać, jak skończę to zaskakująco wydajne 100 ml opakowanie [ a koniec nieubłaganie się zbliża :( ]

L'Oreal Elseve, Sun Defense, maska do włosów
Maska, którą z ciekawości wrzuciłam Mamie do koszyka podczas szybkich zakupów w Biedronce [ wciąż lubię, jak Mama mi coś kupuje^^ ]. Na początku byłam z niej średnio zadowolona i nawet na którymś blogu pisałam, że dla mnie to gęstsza odżywka, nic nadzwyczajnego. Jednak przy dłuższym stosowaniu spisywała się coraz lepiej, a trzymana ponad 10 minut na włosach wyraźnie je wygładza i ogarnia sterczące baby hair. Ma miły zapach i jest gęsta, przez co też wydajna, zresztą wystarczy niewiele, by pokryć włosy. Są po niej mięsiste i błyszczące. Chętnie jeszcze kiedyś kupię, jak na nią trafię. Kosztowała chyba ok 14 zł.

Bath and Body Works, Sweet Pea, żel antybakteryjny
Dzięki Agacie skusiłam się na duże opakowanie tego żelu w warszawskim sklepie firmowym marki i nie żałuję. Za 29 zł dostajemy 225 ml żelu, czyli opłaca się bardziej niż małe, kieszonkowe opakowania. Genialny zapach i wygodna pompka. Bardzo lubię przelewać sobie żel do tubki torebkowej, w ten sposób mam wielokrotnie uzupełniany pojemnik - ach, jak ekonomicznie :D

Orly, Pure Porcelain
Jeden z lepszych zakupów lakierowych! Przepiękny kolor, który na każdych dłoniach będzie wyglądał bosko, fantastyczna trwałość [ najdłużej wytrzymałam 12 dni! ], którą doceniłam we wrześniu, kiedy w pracy siedziałam po 12 h i nie miałam już czasu na malowanie paznokci po powrocie do domu ;) Nie ma co tu dużo pisać - Pure Porcelain jest boskim kolorem i polecam go serdecznie!

Znacie moich ulubieńców?
Co najlepiej sprawdzało się u Was we wrześniu? :)

Receptury Babuszki Agafii: Drożdżowa maska do włosów

Cześć ! :)

Drożdżową maskę do włosów kupiłam, bo blogi obudziły we mnie chęć jej posiadania. Też tak macie? Ja zawsze! Ach, te blogi ;) Naczytałam się o cudownym zapachu, jeszcze lepszym działaniu – no musiałam mieć i ja :)

Dodatkowo, bardzo mile wspominam inne specyfiki spod szyldu Babuszki Agafii:


Szampon na łopianowy propolisie i Balsam na kwiatowym propolisie - KLIK.


Maskę Babuszki Agafii nabyłam stacjonarnie w sklepie z kosmetykami naturalnymi, rosyjskimi i indyjskimi w rodzinnym mieście. Ceny wiadomo – zawyżone, dlatego za mój egzemplarz maski wyłożyłam 22,50 zł. Dużo, w internetach można znaleźć ją już za kilkanaście złotych.

Drożdżowa maska do włosów Babuszki Agafii ma 300 ml, jest zamknięta w słoiczku utrzymanym w takim retro zielarskim klimacie, moim zdaniem całkiem fajnie to wszystko się prezentuje. Po odkręceniu słoiczka jest jeszcze takie ochronne wieczko. Na opakowaniu mamy mnóstwo informacji pa ruski – fajnie było sobie trochę podukać dla przypomnienia, w kocu pół roku studiowania rosjoznawstwa za mną ;) Na szczęście jest też naklejka od polskiego dystrybutora, na której widnieją po polsku wszystkie ważne informacje, poczytajcie sobie na zdjęciu. 


Konsystencję ma bardzo rzadką, lżejszą od niejednej odżywki – zdziwiło mnie to, w końcu nazwali produkt maską, wydawało mi się, że to oznacza treściwszą zawartość ;) Zapach jest świetny, jak migdałowe ciasteczka. Gdybym była Eskiem, Floreskiem – na pewno podjęłabym próbę zjedzenia maski ;)


Skład jest, jak w większości rosyjskich kosmetyków, bardzo przyjemny. Bardzo wysoko w składzie są drożdże piwne, sok z brzozy, ekstrakt z mocznicy lekarskiej, znajdziemy też oleje zimnotłoczone.

Skład: Aqua with infusions of: Yeast Extract, Betula Alba Juice; enriched by extracts: Inula Helenium Extract, Arctostaphylos Uva Ursi Extract, Silybum Marianum Extract, Cetrionium Chloride, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-20, Guar Gum; cold pressed oils: Triticum Vulgare Germ Oil, Ribes Aureum Seed Oil, Pinus Siberica Cone Oil, Rosa Canina Fruit Oil, Ascorbic Acid, Panthenol, Glucosamine, Citric Acid, Parfum, Benzoic Acid, Sorbic Acid.


Maskę nakładam od końca października. Użyłam jej już 12 razy, myślę, że reszta w słoiczku wystarczy jeszcze na 2/3 użycia. Mniej więcej co 4 dni po umyciu włosów nakładam maskę na skórę głowy, wmasowuję ją przez chwilę i zostawiam na około pół godziny, potem spłukuję letnią wodą. Zakładałam, że maska okaże się bardziej wydajna, jednak za zasługą bardzo lejącej konsystencji tak nie jest :(


Niestety, maska nie pobudziła wzrostu moich włosów, nie zauważyłam też zmniejszenia ich wypadania, a szkoda. Raz nałożyłam maskę na całe włosy, z ciekawości, okazało się, że dość obciążyła mi włosy i po kilku godzinach od mycia zaczęły się zbierać w nieestetyczne strąki. U mnie sprawdza się jedynie aplikacja na skórze głowy. To, co zauważyłam, to mocne nawilżenie skóry głowy – nie odczuwam żadnego swędzenia, które czasem mi się tam zdarza. Maska bardzo dobrze działa na moje włosy u nasady – są trochę odbite w górę i ładnie się błyszczą, są miękkie. Dodatkowo zauważyłam też, że maska fajnie radzi sobie z ujarzmianiem niesfornych baby hair – są ładnie przygładzone i nie odstają każdy w inną stronę. 



Żałuję, że maska nie pomogła mi z wypadaniem włosów, bo bardzo na to liczyłam. Niemniej polubiłam ją za zapach i ujarzmianie moich mini włosków – jeśli gdzieś przy jakiejś okazji znajdę ją w atrakcyjnej cenie, nie wykluczam powrotu :)


Miałyście do czynienia z drożdżową maską od Babuszki Agafii?
Jak Wasze wrażenia?





P.S. Dotarła do mnie w ekspresowym tempie przesyłka od Anne Mademoiselle - wygrałam u niej lakier Essie Watermelon. 
Anne i Jej Dobre Serduszko dorzucili mi jeszcze kilka super prezentów, spójrzcie same! ♥♥♥ A jak pięknie zapakowane!



P.S. 2 Dziś piątek trzynastego! Zdarzyło się Wam coś pechowego? Ja miałam nieprzyjemną wizytę u lekarza, więc chyba mogę to podciągnąć pod pechowość tego dnia ;)