Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem do rąk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem do rąk. Pokaż wszystkie posty

ULUBIEŃCY | listopad

Witajcie! :)

Lubię pisać posty ulubieńcowe, mogę skondensować informacje o kilku fajowych kosmetykach, Wy się nie przemęczycie czytaniem, a ja szerokimi opisami - win win :) Także oto tu przed Wami, listopadowi ulubieńcy, naprawdę warci poznania. Tak jakoś wyszło, że to zbieranina produktów raczej drogich, ale spokojnie, to nie znana marka ani wysoka cena mnie do nich przekonały!


Joico  K-PAK Revitaluxe - maska / kuracja do włosów była na moim radarze już od dawien dawna, ale wciąż miałam zapasy, albo podczas zakupów o niej zapominałam. Teraz jednak, dzięki firmie Joico mam możliwość przetestowania tego kosmetyku i powiem Wam, że ... to jeden z lepszych włosowych produktów, jakie w życiu miałam, Serio! Maska genialnie odżywia włosy i w jakiś magiczny sposób wyglądają po niej pięknie, niczym po wizycie w salonie. Ogranicza puszenie się włosów, wygładza je i nawilża tak, że w dotyku są aksamitne. Miłość, będzie o niej więcej w osobnym poście już niebawem

Nuxe, Reve de Miel - krem do rąk. Przeczekał wiele miesięcy na swoją kolej, teraz w końcu ujrzał światło dzienne i bardzo się z tego cieszę. Treściwy, nawilżający, pięknie pachnący, a co ważne - nie zostawia tłustej warstwy. Mój przyjaciel w mroźne dni :)

Lush, ULTRABRAND - masło do demakijażu  - cudo, po prostu cudo. Jest ze mną od maja, wtedy użyłam go kilka razy i jakoś odstawiłam w kąt, wydawało mi się za tłuste. Od dwóch miesięcy sięgam po nie codziennie i doceniam. Jest tłuste, owszem, ale przepięknie oczyszcza skórę z każdego [ tak, każdego! ] makijażu, delikatnie nawilża skórę, nie wysusza jej, nie zapycha. świetnie pachnie, wyczuwam miód i coś jeszcze. Po użyciu zawsze myję twarz żelem do mycia, ale i tak czuję potem, że Ultrabrand działa i moja skóra jest szczęśliwa. Bardzo mi pasuje teraz, kiedy używam regularnie kwasów, bo czuję, że pomaga zapobiegać wielkiej wylince. Gdybym miała dostęp, kupowałabym jedno opakowanie po drugim, serio!

Z kolorówki na prowadzenie wybił się róż Tarte, który kupiłam na blogowej wyprzedaży. Jest to mniejsza niż standardowa wersja, jakaś limitowanka sprzed kilku lat, ale właściwości wciąż te same. Pigmentacja jest oszałamiająca, wystarczy lekko docisnąć pędzel do różu i już zbiera fuksjowy pyłek o nazwie Imagined. Trzeba z nim uważać, bo jest naprawdę mocno napimentowany, ale mi to nie przeszkadza, bo akurat przepadam za dużą ilością różu na policzkach ;) Pachnie glinką, jakby się ktoś zastanawiał :)

Ostatni kosmetyk, to też makijaż. Gości w ulubieńcach niepierwszy raz, ale jakoś się nie dziwię. Mowa o moim idealnym podkładzie, Estee Lauder Double Wear. Na zdjęciu widzicie już pustą buteleczkę, chlip. 3/4 butelki dostałam od Sonii i jak widzicie, używałam często ;) Podkład idealnie wpisuje się w moje wymagania co do krycia, koloru i trwałości. W lecie miewał gorsze dni, ale nic mu nie zarzucam, upały były takie, że pewnie nawet cement by mi z twarzy spłynął ;) Teraz jest dla mnie numerem jeden, świetnie też współpracuje z meteorytami Guerlain, więc nic dziwnego, że jutro jadę po nowe opakowanie, bo już dłużej bez niego nie wytrzymam [ skończył się w czwartek ^^ ].


Znacie moich  ulubieńców?
Jacy byli u Was w listopadzie ?

Zużyte w styczniu

Witajcie!

Czas na pokazanie tego, co udało mi się zużyć w styczniu. Nazbierałam kilkanaście opakowań, wynik całkiem niezły, zwłaszcza po wielkim końcoworocznym napełnianiu śmietnika :) Dołączyłam także cichaczem do akcji zużywania próbek, którą zorganizowała Balbina, ale o tym będzie w osobnym poście, żebyście mi tu nie pozasypiały przed ekranem ;) 


Serical, Crema al Latte - dobra maska, ale bardzo nie odpowiadał mi zapach i pół opakowania stało u mnie w łazience od prawie dwóch lat. Nadszedł czas pożegnania, bo naprawdę nie mogłam zmusić się do jej używania, zwłaszcza, że tuż obok stał bananowy Kallos ;)

Batiste, suchy szampon do włosów, wersja Original - kupiłam podczas pamiętnej promocji w Biedronce :) To była jedyna wersja, jaka została, wzięłam więc z braku laku. Przeciętna, denerwowała mnie biała warstwa, którą ciężko było usunąć, a żeby zawartość nadawała się do użytku, praktycznie cały czas trzeba było przy aplikacji potrząsać puszką. Nie wrócę na pewno.

Isana Med, szampon do włosów Urea 5% - kupiłam go z czystej ciekawości, kiedy był w promocji za niecałe 3 zł. Tak, dobrze widzicie, 3 zł ;) Bardzo dobry szampon oczyszczający, radzi sobie wspaniale ze wszystkim, co nałożymy na włosy. Plącze włosy, dlatego warto po nim użyć jakiejś bardziej treściwej odżywki lub maski, ale dla mnie to żaden problem. Na pewno kupię jeszcze niejedną butelkę.

Balea mango + aloes, odżywka do włosów - o ile szampon z tej serii kocham miłością niezmienną i właśnie uzupełniłam jego zapasy, tak odżywka wielkiego wrażenia na mnie nie zrobiła, ot przeciętny, lekki produkt. Powrotów nie planuję, zwłaszcza, że ta linia jest wycofywana.


Beaute Marrakech, czasne mydło - męczyłam to mydło chyba ponad rok, używając, jak mi się przypomniało ;) To nie to, że czarnego mydła nie lubię, bo to super kosmetyk, ale wolę, kiedy ma zapach. Do dziś miło wspominam różaną wersję i to do niej pewnie kiedyś wrócę.

Galenic, krem odżywczo - regenerujący do rąk i paznokci -  dostałam od Eska Floreska i bardzo polubiłam. Treściwy, gęsty krem, który szybko się wchłaniał, bez tłustego filmu. Bardzo dobrze radził sobie z przemarzniętymi dłońmi.

Elkos, żel pod prysznic mango i ananas - kupiłam w sklepie z chemią niemiecką [ niestety Balea to rzadki gość u nich, raz tylko dorwałam mydło do rąk :( ] i nie żałuję. Za jakieś 5 zł dostałam butlę dobrego żelu, który mocno się pienił, nie wysuszał skóry i smakowicie pachniał ananasem :)

Yves Rocher, mydło do rąk, czerwone owoce - przywędrowało do mnie w prezencie od Agatki. Mydło jak mydło, nie do końca mi ten zapach pasował i szybko się skończyło. Niemniej ładnie się prezentowało na umywalce ;)


Garnier, płyn micelarny - ulubieniec, po prostu :) Jednak butelka wystarcza mi na trochę ponad półtora miesiąca, świetnie wszystko zmywa, nie podrażnia oczu. Na pewno będą powroty, na razie kupiłam jego nowszą, zieloną odmianę :)

Maxmedical, roll on pod oczy ze świetlikiem - pisałam o nim w poście o pielęgnacji okolic oczu. Przyjemny produkt, który dzięki metalowej kulce i delikatnemu żelowi pomagał trochę z poranną opuchlizną. 

It's Skin, Pure Moisture Cream - dostałam i sporadycznie używałam, ale jakoś mi nie pasował do końca. Ostatecznie o nim zapomniałam i niedawno wygrzebałam z czeluści szuflady, okazało się, że zmienił konsystencję, żegnamy się więc bez żalu.

Wise, pomadka ochronna do ust - fantastyczna! Używałam jej codziennie po kilka razy od kwietnia! Wtedy to wygrałam ją w rozdaniu u Ekocentryczki. Mega wydajna, dawała świetne nawilżenie i natłuszczenie i rzeczywiście pielęgnowała usta. Jak zużyję to, co mam, planuję powrót :)

Caudalie, Polyphenol C15, serum przeciwzmarszczkowe - ogólnie ta zielona seria jest godna uwagi, tak tylko informuję :) Serum polubiłam, świetnie się spisywało zarówno rano, jak i wieczorem. Delikatnie wygładzało skórę, nawilżało ją i stanowiło świetny podkład pod krem lub olejek. Wydajne, bo wystarczyło mi na ponad 3 miesiące codziennego używania czasem po dwa razy, w pięknym szklanym opakowaniu, z wygodnym dozownikiem pipetką. Serum nie było tłuste, minimalnie się kleiło przy aplikacji, ale po kilku sekundach to uczucie znikało. Skóra była jaśniejsza i po prostu wypoczęta.

Garnier, dezodorant w kulce - zabrakło mojej kulki Nivea i musiałam kupić to. Opakowanie mnie wnerwiało, zapach też, a sam dezodorant chyba średnio działał, albo to już moja paranoja [ bo wiecie, jak nie mam Nivea pod ręką, panikuję ;) ]

Eucerin, Hyaluron Filler, krem pod oczy - kolejny produkt, o którym już pisałam w poście o pielęgnacji okolic oczu i po recenzję odsyłam właśnie tam, bo poświęciłam mu sporo miejsca. W kilku słowach - treściwy, skuteczny, wydajny, nie podrażnia i warto spróbować :)


To już wszystkie styczniowe zużycia, będzie jeszcze post o zużyciach saszetkowych, zapraszam na dniach :)
Piszcie, jak u Was poszło denkowanie? :)

ulubione | LISTOPAD

Cześć :)

Listopad może nie obfitował w wielkie odkrycia kosmetyczne [ jedno jest, o nim będzie dzisiaj ], ale doceniłam kilka kosmetyków, które posiadałam już od dłuższego czasu - teraz miały szansę się wykazać, bo pogoda coraz zimniejsza :) Będzie też o produkcie makijażowym, który zrewolucjonizował poranne tapetowanie się!


Na dobry początek - krem do rąk Galenic z olejkiem arganowym. Podarowała mi go Gosia z bloga Esy, Floresy, Fantasmagorie. Kilka tygodni temu wzięłam go ze sobą do pracy, bo skończył się mój poprzedni pracowy egzemplarz kremu do rąk. No i już po kilku pierwszych użyciach wiedziałam, że będzie miłość. Krem ma cudownie bogatą i kremową konsystencję, delikatny, niesamowicie miły zapach, a przy tym niesamowicie szybko się wchłania, nie zostawiając tłustej warstwy [ ma też SPF 15 ]! A ręce przez długo są nawilżone i gładkie. Świetny na zimny czas! Następnym ulubieńcem jest duet od Dove - żel pod prysznic i balsam do ciała z linii Purely Pampering o zapachu mleczka kokosowego z płatkami jaśminu. Zapach nie jest oczywisty, gdzieś tam daleko rozpoznaję kokos, ale to nieważne - jest otulający ♥ Zakochałam się w nim i podoba mi się, że utrzymuje się na skórze. Żel pod prysznic jest kremowy i mam wrażenie, że trochę nawilża skórę, a balsam do ciała dobrze sprawdza się jako codzienny nawilżacz, nawet w te zimniejsze dni. Balsam jest bardzo wydajny, bo wystarczy odrobina. Wiem, że z chęcią wrócę do tych kosmetyków. Teraz czas na odkrycie miesiąca - olejek z drzewa herbacianego. Trafił do mnie z zamysłem używania do prania [ podobno zabija roztocza, więc dodaję kilka kropli do prania pościeli i ręczników ], ale zaczęłam czytać o jego właściwościach i gdzieś natknęłam się na radę, żeby dodawać 2 krople do porcji żelu do mycia twarzy. Spróbowałam i... od tamtej pory robię tak codziennie wieczorem ^^ Olejek świetnie działa, skóra jest odświeżona, oczyszczona i zauważyłam, że w problematycznych miejscach [ u mnie to głównie żuchwa ], pojawia się dużo mniej niedoskonałości. Polecam bardzo! Żałuję, że tak późno na to wpadłam ;) No i czas na makijażowego bohatera - cień do powiek w kredce Chanel w odcieniu 57 Black Stream. To cudo wygrałam w rozdaniu u Karo i wciąż się z tego bardzo cieszę! Już od dawna chciałam wypróbować cień w kredce, a tu taka niespodzianka i to jeszcze z Chanel ^^ Bałam się na początku tej czerni ze srebrnymi drobinkami, ale niepotrzebnie - cień fantastycznie się rozciera i nakłada, a aplikacji towarzyszy przyjemne uczucie chłodu :) Na oku wygląda pięknie i w zasadzie odkąd go mam, przez 99% czasu to po niego sięgam rano - baza pod cienie, cielisty cień dla wyrównania koloru powiek, potem kreska cieniem Chanel, roztarcie i ewentualne dołożenie cienia i gotowe! :) Proste, prawda? Karo - dziękuję raz jeszcze za to cudo! ♥

To już wszyscy ulubieńcy listopada. Nie jest ich bardzo dużo, ale same sprawdzone w różnych sytuacjach pogodowych i nie tylko pewniaki :)


Jestem ciekawa, czy znacie te kosmetyki?
Piszcie!
I podzielcie się swoimi ulubieńcami, czekam!

Ulubione w czerwcu :)

Cześć! :)

Czerwiec był miesiącem kosmetycznego zadowolenia. Oprócz felernej aloesowej odżywki do włosów z Garnier Ultra Doux nie miałam żadnych zawodów pielęgnacyjnych i makijażowych, wręcz odwrotnie - na nowo polubiłam kilka kosmetyków, które po krótszej lub dłuższej nieobecności powróciły do mojej łazienki i odkryłam kilka zupełnie wcześniej nieznanych, a godnych uwagi, produktów :) Te, które zyskały moje największe uznanie w czerwcu, zobaczycie w dzisiejszym poście :)

Z niekosmetycznych ulubieńców jest jedna rzecz, a w zasadzie wydarzenie - wyjazd do Warszawy! Magiczne spotkanie z Eskiem, Floreskiem i Smarującą Agatą na długo zapadnie mi w pamięć! ♥


La Roche Posay, Effaclar, żel do mycia twarzy. Postanowiłam do niego wrócić po latach używania i to był świetny pomysł! W duecie z kremem do twarzy Effaclar Duo moja cera już prawie wróciła do siebie po straszliwej przygodzie z Redermikiem R :) Żel świetnie oczyszcza, ściąga pory i ujarzmia tłuste partie mojej mieszanej skóry. Dodatkowo jest niesamowicie wydajny - to, co widzicie na zdjęciu, to zużycie z prawie półtora miesiąca! :)

Mgiełka do ciała z Bath & Body Works o zapachu Sweet Pea. Podobno najlepiej sprzedający się zapach marki. Ja się nie dziwię, jest świetny - świeży, energetyzujący i bardzo pozytywny :) Psikam się nim co rano, odkąd wróciłam z Warszawy! Kupiłam w sklepie firmowym za 37 złotych.

Vichy, Capital Soleil, emulsja matująca z SPF 50. Dwa słowa - ukochany filtr! Sprawdza się fenomenalnie, nie bieli, nie zostawia tłustej warstwy, rzeczywiście matuje, a moje skóra go kocha :) Recenzowałam go już w zeszłym roku, wtedy używałam wersji SPF 30. Obecny egzemplarz kupiłam w SuperPharm w promocji za 44,24 zł.

Nuxe, Reve de Miel, krem do rąk. W Warszawie moja skóra, zwłaszcza dłoni, bardzo źle zareagowała na tamtejszą wodę - dłonie zaczęły mi się nieestetycznie łuszczyć :( Z pomocą przyszła mi Agata, która użyczyła mi kremu do rąk z Nuxe. Użyłam raz i przepadłam, jako, że jestem zwolenniczką zapachu suchego olejku firmy, a krem do rąk jest z tej samej linii i pachnie i d e n t y c z n i e ! :) Szczęśliwym trafem był na promocji w SuperPharm'ie [ 29,90 zł ] i kupiłam go bez wahania. Krem świetnie nawilża, wystarczy odrobina i nie pozostawia tłustej warstwy. Lof, lof!


Essie w odcieniu Watermelon, który wygrałam już kilka miesięcy temu u Anne Mademoiselle, zdecydowanie umilał mi czas w czerwcu. To żywy, mocny i naprawdę wakacyjny odcień! Miałam go na paznokciach w kończącym się miesiącu dwa razy, a dziś wieczorem planuję nałożyć kolejny :)

Lefrosch, Pilarix mini, krem mocznikowy. Cudo! Krem dostałam podczas bocheńskiego spotkania blogerek i prawdę powiedziawszy, nie wiedziałam, jak go ugryźć ;) Ale potem poczytałam ulotkę i doszłam do wniosku, że skoro jest do suchych partii ciała, w tym stóp, to może tam go spróbuję? I to był strzał w dziesiątkę, bo po kilku aplikacjach moja słoniowa skóra na stopach zaczęła przypominać ludzką :D Nie jest idealnie i pewnie nigdy nie będzie, ale ten krem zrobił więcej, niż niejeden drogi specyfik do stóp. Z pewnością będę do niego wracać :)

L'Oreal, Mythic Oil. To wspaniały olejek do włosów, który podarowała mi jakiś miesiąc temu Lipstick And Kids. Stosuję go na mokre, osuszone ręcznikiem włosy. Aplikuję pompkę na końce [ od ucha w dół ] i czasem drugą pompkę na grzywkę i górne partie włosów. Nie przetłuszcza, nie strąkuje włosów. Wygładza je pięknie, baby hair mniej odstają, włosy są mięciutkie, same się układają tak, jak lubię, a dodatkowym bonusem jest przyspieszenie wysychania! Nakładam Mythic Oil na włosy i chodzę z nim kilkanaście minut zanim zacznę suszyć suszarką i do tego czasu włosy mam już prawie wyschnięte, a to niezły wyczyn, bo moje włosy same schną do dwóch godzin! :) Jestem zachwycona i na razie nie przewiduję zmian w tym obszarze ;)

MAC, pomadka w odcieniu Brave. Namówiły mnie na nią w Warszawie Dziewczyny [ Agata i Esek ] i nie żałuję! Uwielbiam ją szaleńczo i zawsze przy sobie [ na sobie, w sensie -  na ustach, też! ] noszę! Genialny odcień, w którym czuję się świetnie ♥


Ulubieńcy czerwca bardzo pielęgnacyjni, ale w sumie w makijażu niewiele się ostatnio zmienia, wciąż używam tych samych produktów. Jak jest u Was?
Podzielcie się ze mną swoimi ulubieńcami w komentarzach!

Moje kremy do rąk | Anida, Caudalie, The Secret Soap Store

Witajcie! :)

Chciałabym Wam dziś przedstawić trójkę kremów, które dbały o moje dłonie przez ostatnie kilka miesięcy. W zasadzie to wciąż dbają, bo żaden jeszcze się nie skończył ;) Każdą z poniższych pozycji bardzo lubię i mogę spokojnie polecić - nie zawiedziecie się. A jeśli macie problem z wyborem, proponuję wyliczankę ;)


Anida, krem do rąk i paznokci, wosk pszczeli i olej makadamia 100ml / 3,99 zł - kremowy ulubieniec, to już nie wiem która tubka z kolei. Na zdjęciu jeszcze stara wersja kremu. Pisałam o nim już szerzej [ TUTAJ ] i zdanie podtrzymuję, jest takie samo w przypadku obydwu wersji produktu, które różnią się tylko nieznacznie składem. Świetnie nawilża skórę dłoni, nie lepi się, dłonie są gładkie, ma ładny kremowo - słodki zapach i całkiem ładny skład z olejem makadamia na drugim miejscu. Jest dość lekki i płynny, ale nie wpływa to na jego wydajność. Używam go również do pielęgnacji skórek Ja w ten krem zaopatruję się w Naturze, można go znaleźć również na doz.pl

Caudalie, Creme Gourmande, krem do rąk i paznokci 75ml / ok 50 zł - krem dostałam jako gratis przy zakupie innych produktów marki w mojej ulubionej aptece. Miałam już kilka jego malutkich próbek, więc wiedziałam, czego się spodziewać, a gratis w postaci tego kremu bardzo mnie ucieszył. Krem ma lekką konsystencję, błyskawicznie się wchłania, zostawiając skórę jedwabiście miękką i nawilżoną na kilka godzin. Pachnie świeżo, lekko cytrusowo, jest to jakby mocniejsza wersja zapachu, który znam już z toniku, płynu micelarnego i pianki do mycia twarzy. Znakomicie nawilża skórki i większą część opakowania zużyłam właśnie do ich pielęgnacji ;) Skład również w porządku. Krem można kupić w aptekach zwykłych i internetowych, czasem pojawia się też na allegro.

The Secret Soap Store, krem do rąk 20% masła shea, Pomarańcza 70ml / 21 zł - w paczce od Naomi z Mikołajek, które urządziła Hexx, znalazłam próbkę tego kremu do rąk i to popchnęło mnie do zakupu :) Przed Świętami znalazłam w galerii stoisko marki i bez wahania kupiłam ten krem. Na początku zapach skojarzył mi się z pomarańczą i goździkami, a potem Kurka napisała mi, że dla niej to zapach Orbit dla dzieci i wtedy mnie olśniło, że rzeczywiście! ;) Krem jest gęsty, bardzo treściwy i znakomicie pielęgnuje dłonie. Bardzo lubię go nakładać na noc. Świetnie nawilża, ma naturalny skład i jest bardzo wydajny. Z chęcią przetestuję inne wersje TSSS :)


Jak widzicie, jest tutaj trójka niepokonanych - każdy krem bardzo lubię i myślę, że będę do nich wracać, bo są świetne. Różnią się cenami, pojemnością, konsystencją i zapachami, ale każdy jest świetny i spisuje się na moich dłoniach.

Muszę Wam też napisać, że każdy krem przeszedł crash test - testował je także dwuletni Aleksander Wspaniały, z którym przy każdym spotkaniu uskuteczniamy zabawę pt " hamujemy sobie łapki kjemikiem ".  Oczywiście łapki to kwestia sporna, bo nierzadko kremik lądował na podłodze / spodenkach / buzi. Na łapkach każdy kjemik spisywał się świetnie, co do podłogi i spodenek brak danych, na buzi tylko Caudalie wywołało zaczerwienienie, podejrzewam, że to przez Dimethicone, który tylko w tym kremie z całej trójki występuje.

Tutaj jeszcze zdjęcie z kremowania skórek - bardzo lubię ten sposób i dbanie o skórki [ kremowanie, olejowanie ich ] weszło mi w nawyk, co mnie bardzo cieszy i na pewno też przyczynia się w pewnym stopniu do dobrego stanu moich paznokci.



Skład AnidaAqua, Macadamia, Ternifolia Seed Oil, Caprylic/Capric Triglyceride, Ceteareth-20(and)Cetearyl Alcohol, Glycerin, Beeswax, Mineral Oil, Tocopheryl Acetate, D-panthenol, Polyacrylamide(and)Hydrogenated Polydecene(and)Laureth-7, Allantoin, Benzyl Alcohol, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Parfum, Hexyl Cinnamal, Lilial, Limonene

Skład CaudalieAqua (Water), Glycerin*, Cetearyl Alcohol*, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil*, Glyceryl Stearate*, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter Extract*, Tocopheryl Acetate*, Dimethicone, Sodium Cetearyl Sulfate*, Persea Gratissima (Avocado) Oil*, Caprylyl Glycol, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Palmitoyl Grape Seed Extract*, Potassium Sorbate, Parfum (Fragrance), Phytosterols*, Sodium Hydroxide, Carbomer, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil*, Sodium Carboxymethyl Betaglucan, Tocopherol*, Sorbitan Oleate*, Ascorbyl Palmitate, Limonene, Linalool, Geraniol.

Skład The Secret Soap Store: Aqua, Shea Butter, Ceteareth - 20, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Glycerin, Avocado Oil, Urea, Parfum, D - panthenol, Acrylamide/Sodium Acrylate Copolymer, Trideceth - 6, Tocopheryl Acetate, Ascrobyl Palmitate, Lecithin, Benzoic Acid, Dehydroacetic Acid, Phenoxyethanol, Polyaminopropyl Biguanide, Ethylexylglycerin, d - Limonene, Cinnamal, Linnalool, Benzyl Alcohol, Eugenol.


Znacie te kremy do rąk?
Który jest Waszym ulubieńcem?

___

P.S. Dziś wybraliśmy się z Kebsem na działkę! Co prawda było to tylko 40 minut, ale tak bardzo Kebab nie wybiegał się przez ostatnie dwa miesiące! Był dziki szał, kopanie ryjkiem liści, zataczanie pętli wokół drzew, harcowanie z patykiem i wiele innych atrakcji ^^ Teraz piesełko padło i leży zaśnięte u moich stóp ;)





Anida, krem do rąk i paznokci z woskiem pszczelim i olejem makadamia - wersja stara vs nowa

Witajcie :)


Nie od dziś wiadomo, że krem do rąk Anidy z woskiem pszczelim i olejem makadamia to jeden z moich ulubionych specyfików przeznaczonych do dłoni. Sama już nie wiem, ile opakowań przewinęło się przez moje ręce - używam go sama, polecam i daję znajomym i rodzinie. To najlepszy z kremów do rąk ze swojej półki cenowej - kosztuje 3,99 zł w Naturze, często jest w promocji za 2,49 zł. Grosze, prawda? :) Niestety nie jest dobrze dostępny i mieszkając jeszcze w Krakowie, miałam problem ze znalezieniem go [ Nawiasem mówiąc, firma jest z Krakowa ;) ] i musiałam zamawiać na doz.pl, gdzie też sporadycznie się pojawiał. Na szczęście po przeprowadzce do innego miasta odkryłam Naturę, która prawie zawsze dysponuje tym kremem Anidy.

Nie wiem dlaczego jeszcze nie pojawiła się na blogu jego recenzja ;) Dziś to nadrabiam, przy okazji porównując dwie wersje kremu. Niedawno Anida zmieniła szatę graficzną swoich produktów i jeszcze kilka dni temu byłam przekonana, że tylko szatę graficzną. Kiedy jednak otworzyłam nowy krem, ze zaktualizowanym opakowaniem, okazało się, że konsystencja jest trochę inna, przyjrzałam się więc składowi i zauważyłam w nim kilka zmian.


Od razu muszę napisać, że wg mnie zmiany te są na plus - nowa wersja kremu ma treściwszą konsystencję, taką bardziej zbitą i trochę szybciej się wchłania. Stara wersja była bardziej lejąca, aczkolwiek nie sprawiało to żadnych problemów przy aplikacji.

Zmiany w składzie są niewielkie, 3 składniki zamieniono na 4, a wszystkie one i tak znajdowały się pod koniec składu. To, co było w kremie najlepsze, czyli początek [ z olejem makadamia na 2 miejscu w składzie, woskiem na 7 miejscu ], nie uległo żadnej zmianie, uff :)
Poniżej przedstawiam pokrótce zmienione składniki.

Stara wersja: benzyl alcohol [ substancja konserwująca i zapachowa otrzymywana z ropy naftowej lub smoły węglowej, w dużych dawkach może podrażniać skórę ] ,methylchloroisothiazolinone i methylisothiazolinone [ substancje konserwujące, które chronią kosmetyk przed nadkażeniem bakteryjnym wynikającym z codziennego stosowania, hamują rozwój bakterii i grzybów  ]

Nowa wersja: propylene glycol [ substancja nawilżająca podobna do gliceryny, zapobiega też wysychaniu kosmetyku przy dozowniku, utrzymuje wilgotność ], diazolidinyl urea [ substancja konserwująca, która chroni kosmetyk przed zepsuciem ], methylparaben i propylparaben [ konserwanty, chronią kosmetyk przed nadkażeniem bakteryjnym wynikającym z jego codziennego stosowania ]

Posiłkowałam się stroną Kosmopedia.org i słownikiem składników kosmetycznych Wizaż.pl

Powiem Wam szczerze, że mi te chemiczne nazwy niewiele mówią, a po przeanalizowaniu ich z pomocą internetów doszłam jedynie do wniosku, że zmieniono jedne konserwanty na drugie ;) Za sprawą tej zmiany krem ma inną konsystencję i minimalnie szybciej się wchłania, ale działanie pozostało bez zmian. Skład całościowo nie jest zły, choć zawiera dość dużo chemii, w tym i parafinę, ale wydaje mi się, że dzięki olejowi makadamia na początku składu, tuż po wodzie, radzi sobie bardzo dobrze na skórze dłoni. 


Krem znajduje się w poręcznej 100 ml tubce z wygodnym zamykaniem na zatrzask, opakowanie jest z miękkiego plastiku i nie ma problemu, żeby wycisnąć pożądaną ilość kremu na dłonie. Krem jest biały i ma delikatny zapach, w którym wyraźnie czuję taką miodową nutę, zapewne to sprawka wosku pszczelego :) Zapach ten bardzo lubię, utrzymuje się na dłoniach jeszcze przez kilkanaście minut po aplikacji.


Krem Anidy z woskiem pszczelim i olejem makadamia sprawdza się u mnie świetnie, widocznie nawilżając dłonie i zmiękczając skórę. Dłonie w dotyku są bardzo przyjemne, takie jakby aksamitne i zadbane. Moim zdaniem krem mocno nawilża skórę, bo czasem zdarzało mi się przez kilka dni zapomnieć o używaniu go, a ręce wciąż były z dobrym stanie. Nie zauważyłam żadnych podrażnień skóry rąk. 



Próbowałam go także na włosy, do kremowania. Tutaj sprawdził się przeciętnie, bo nie było spektakularnych efektów - moje włosy po zmyciu kremu i umyciu szamponem i odżywką wyglądały tak, jak zazwyczaj po użyciu samego szamponu i odżywki. Krem nie zaszkodził włosom, ale też nie zrobił nic specjalnego ;) Co ciekawe, sam olej makadamia u mnie na włosach działa cuda, niedawno to odkryłam ;) 


Podsumowując te moje opowieści dziwnej treści, warto spróbować kremu Anida z woskiem i olejem makadamia, bo to naprawdę świetny produkt za niewielkie pieniądze :)

Znacie ten krem? Używacie?
Podzielcie się ze mną Waszymi ulubionymi kremami do rąk :)

NOTD: tuning szarego Revlona, czyli srebrne lśnienie

Hej :)
Dziś mam dla Was przeróbkę ostatniego lakieru - szarego Revlonu 607 Haze
W tamtym poście pisałam Wam, że wg mnie nadaje się on genialnie jako baza do wszelkiego rodzaju zdobień / tuningów i dziś właśnie taką wersję Wam prezentuję :)
Postawiłam na śliczny srebrny brokat z W7 Silver Dazzle i jestem całkiem zadowolona z efektów - zwłaszcza w słońcu wszystko pięknie lśni czystym srebrem :)







Starałam się zrobić zdjęcia w różnym świetle, żeby dobrze złapać brokat, co było bardzo ciężkim zadaniem ze względu na jego świetlistość i odbijanie słońca ;)

Podoba Wam się?

P.S Udało mi się wymienić kupon z Glamour na 3 miniaturowe kremiki do rąk z L'Occitane - z masłem shea, piwoniowy i o zapachu kwiatów wiśni :) Wy też macie?