Pokazywanie postów oznaczonych etykietą suchy olejek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą suchy olejek. Pokaż wszystkie posty

Wielkie zużycia końcoworoczne | część I | włosy + pielęgnacja ciała

Dzień dobry wszystkim!

To, że czytacie dziś o moich grudniowych zużyciach, to istny cud - tyle razy już prawie wywalałam całe pudło do kosza, że naprawdę nie wiem, jak udało mi się zmobilizować, żeby jednak to uwiecznić na zdjęciach i jeszcze opisać ;) Wiedziałam, że w grudniu pokończyło mi się naprawdę bardzo wiele kosmetyków, ale żeby aż tak? Ma to przynajmniej taki plus, że w 2015 rok weszłam z mniejszym zapasem kosmetyków [ zużyłam w grudniu ponad 30 opakowań, a przybyło mi 12 kosmetyków, więc bilans nie jest zły ]. Od razu uprzedzam, że post zużycia podzieliłam na dwie części, dziś pierwsza, a w niej kosmetyki do włosów i pielęgnacji ciała. W następnym poście pokażę Wam kosmetyki do pielęgnacji twarzy oraz próbki.
No to do dzieła! :)


Planeta Organica, Macadamia Oil Hair Shampoo - szampon był częścią wygranej u Marty [ mogłam sama wybrać sobie dowolne rosyjskie kosmetyki w kwocie 150 zł :) ] i byłam go bardzo ciekawa. Świetnie się pienił i ładnie pachniał, dobrze oczyszczał włosy, ale przez to, że ma działanie nawilżające [ to znaczy ja tak przypuszczam ;) ], powodował u mnie szybsze przetłuszczanie się włosów. Niemniej polubiłam go, bo włosy nim wymyte wyglądały świetnie, ale już raczej nie wrócę. 

Batiste, dark and deep brown - moja ukochana wersja suchego szamponu Batiste. Wracam do niej regularnie i trochę panikuję, kiedy nie mam zapasu [ spokojnie, kilka dni temu uzupełniłam braki ]. Nie rozumiem tylko, dlaczego jest droższa od innych - czy to przez to, że psika na brązowo?

Khadi, henna Dark Brown - w końcu dojrzałam do henny i nie żałuję. Z pomocą Doroty wybrałam kolor i jestem naprawdę zadowolona, chociaż odrosty wciąż są jaśniejsze. Henna odżywiła mi włosy i nadała ich kolorowi trójwymiarowości, lubię to! Mam przygotowany post o hennie, potrzebuję jeszcze kogoś, kto zrobi zdjęcie poglądowe moim włosom, stąd opóźnienie ;)


Dove, Advanced Hair Series, Pure Care Dry Oil, szampon i odżywka - duet, który nie do końca się u mnie sprawdził i już do niego nie wrócę. Obstawiam, że to przez olej kokosowy w składzie. Opisywałam to duo na blogu.

Balea, szampon do włosów Mango + Aloe Vera - jeden z moich ulubionych szamponów ever! Mam już kolejną butelkę w użyciu i na pewno nie ostatnią. Nie dość, że szampon pięknie pachnie, świetnie się pieni, to jeszcze jest bardzo wydajny, nie obciąża włosów i porządnie oczyszcza :)


Loton, Oil Therapy, Macadamia Oil - ulubieniec, mam kolejną butelkę w zanadrzu :) Najczęściej używałam do włosów, kilka razy do ciała. Bardzo dobrze nawilża włosy i moim zdaniem pachnie różą :)

L'Oreal, Mythic Oil - olejek do zabezpieczania końcówek,który służył mi od czerwca, czyli równe pół roku. Świetny! Jego recenzja jest na blogu, więc zachęcam do przeczytania.

Joico, K-PAK, olejek do końcówek - również świetny olejek, którego używałam przez Mythic Oil, ale niestety rozlał mi się w szufladzie :( Ostatnio wygrzebałam buteleczkę i okazało się, że było w niej jeszcze kilka kropli, które wystarczyły na parę aplikacji.



Dove, żel pod prysznic Purely Pampering - bardzo polubiłam ten żel, bo nie wysuszał skóry, miał miłą kremową konsystencję i naprawdę super zapach, taki ciepły i otulający.

Kamill, żel pod prysznic wanilia i marakuja - mocno średni żel, niewydajny i zapach niestety był mdły. Nie polecam i nie wrócę do niego.

Bath and Body Works, żel pod prysznic Paris Amour - nie polubiłam się z tą linią zapachową BBW, jest dla mnie duszący i sztuczny. Żelu próbowałam używać pod prysznicem, ale mnie drażnił, skończył więc jako mydło w płynie w tych piankowych dozownikach z BBW w łazience i kuchni :)



Tołpa, dermo intima, regenerujący płyn do higieny intymnej - mój ulubiony płyn, zużyłam już kilka butelek i na pewno będą kolejne. Kupuję zamiennie z Facelle, ale z tych dwóch wolę Tołpę, bo u mnie lepiej działa i jest bardziej wydajna.

Love2Mix Organic, Tropikalny peeling do ciała mangostan i marakuja - peeling, którego podstawową wadą jest opakowanie - tragiczne! Kto zamyka peeling w tubce z maleńkim otworkiem? Nie dość, że od początku ciężko wydobyć go z opakowania, to jeszcze nie jest jakimś wybitnym zdzierakiem, więc nie podbił mojego serca. Cieszę się, że ląduje w koszu.

Nivea, dry comfort, dezodorant - ulubiony od zawsze :)


Dove, Purely Pampering, balsam do ciała - z tej samej serii, co żel, który pokazywałam wyżej, bardzo miło się go używało. Balsam był całkiem gęsty i wydajny, dobrze się wchłaniał, nie mazał na skórze. Chętnie kiedyś powrócę :)

Caudalie, Divine Oil - fantastyczny produkt mojej ukochanej marki. Suchy olejek, którego można używać wszędzie i wszędzie spisze się wspaniale. Używałam go do twarzy, włosów, na całe ciało i jako perfumy. Świetne właściwości pielęgnacyjne i boski zapach sprawiają, że mam ochotę kąpać się w tym olejku, oczywiście mam już kolejną butelkę :)

Alverde, masło do ciała owoce jagodowe - masło przesłała mi Esy, Floresy, bo jej nie podeszło. U mnie niestety też negatywna opinia - masło ma kwaśny, nieprzyjemny zapach, a na skórze bardzo się maże, zostawia białe smugi i prawie się nie wchłania.

Bania Agafii, fitotermalna maska do ciała - porażka na całej linii, dawno nie miałam tak niemiłej przygody z jakimś kosmetykiem :/ Opisałam swoje wrażenia w poście, więc zainteresowanych tam odsyłam. No i nie polecam!


W dzisiejszej, pierwszej części zużyć grudniowych pokazałam Wam 20 pustych opakowań, w kolejnej będzie reszta, czyli pielęgnacja twarzy i próbki. Napiszcie, czy używałyście któregoś z tych kosmetyków, a może macie na nie ochotę? Jak Wasze zużywanie w grudniu? :)

Caudalie, Polyphenol C15, Overnight Detox Oil || mój wybawiciel ♥


Witajcie serdecznie!

Caudalie to jedna z moich ulubionych marek kosmetycznych, wiecie o tym doskonale. Na blogu po wpisaniu hasła Caudalie pokaże się Wam kilkanaście recenzji ich kosmetyków, więc jeśli zastanawiacie się nad zakupem wody winogronowej, kremu sorbetu nawilżającego czy płynu micelarnego, zapraszam do poszperania i poczytania! Mam kilku swoich ulubieńców, wśród których niekwestionowany prym wiedzie woda winogronowa - mam ją u siebie zawsze i sama już nawet nie wiem, ile puszek zużyłam. Ostatnio eksperymentowałam z wodą termalną Uriage, jednak to nie to samo. Uriage nie dawała mi takiego uczucia nawilżenia i ukojenia jak Caudalie i choć nie była zła, wolę jednak wodę winogronową. Ale nie o tym dziś miało być! Dziś recenzja świetnego kosmetyku, do której zabierałam się naprawdę długo, sama nie wiem dlaczego ;)



Chciałabym przybliżyć Wam cudowny produkt - olejek do twarzy na noc z ostatniej linii marki, Polyphenol C15. Kilka miesięcy temu dostałam go jako gratis przy większych zakupach po dermokonsultacjach w mojej ulubionej aptece. Ależ się ucieszyłam z tego gratisu!
Overnight Detox Oil z serii Polyphenol C15 to w 100% naturalny olejek, który działa naprawczo na skórę podczas snu. Ma wspomagać regenerację komórek skóry i eliminować z niej szkodliwe toksyny. Cała zielona seria jest teoretycznie przeznaczona dla cer 30+, ale że ma głównie działanie antyoksydacyjne, ta bariera wiekowa jest raczej umowna, bo antyoksydanty są w cenie niezależnie od wieku ;) Olejek to głównie mieszanka 5 olejków eterycznych [ piżmo, lawenda, neroli, drzewo sandałowe i marchewka ] oraz 3 roślinnych [ różany, winogronowy i migdałowy  ], ale znajdziemy w nim też kilka innych, w tym mój ukochany rozmarynowy.




Skład: Caprylic/Capric Triglyceride*, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil*, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil*, Rosa Canina Fruit Oil*, Citrus Aurantium Amara (Bitter Orange) Leaf/Twig Oil*, Daucus Carota Sativa (Carrot) Seed Oil*, Santalum Album (Sandalwood) Oil*, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil*, Citrus Aurantium Amara (Bitter Orange) Flower Oil*, Lavandula Angustifolia (Lavender) Oil*, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Extract*, Linalool*, Geraniol*, Limonene*, Farnesol*.

*Organic origin.

Olejek ma 30 ml, znajduje się w bardzo eleganckiej butelce z grubego szkła w kolorze ciemnozielonym, charakterystycznym dla całej linii C15. Aplikator to precyzyjna pipeta zakończona zwężającym się dzióbkiem, który pozwala na zaaplikowanie dokładnie tylu kropel, ile chcemy. Szkło jest przezroczyste, więc na bieżąco można kontrolować ubytek olejku, a napisy nie ścierają się podczas użytkowania. Spokojnie można wrzucić olejek do wyjazdowej kosmetyczki, nic się nie rozleje, bo nakrętka jest szczelna i mocno trzyma. Strona wizualna jest moim zdaniem świetna i wyróżniająca się na tle innych serii Caudalie. Opakowanie jest równie ładne, co funkcjonalne, za co kolejny plus.
Detox Oil ma mocny zapach, trzeba to do razu stwierdzić, żeby nie było niedomówień. Przez to nie spodoba się każdemu. Wydaje mi się, że to kwestia indywidualna. Aromat jest naprawdę mocny, ale jeśli lubicie zapach toniku Pat&Rub albo olejku wzmacniającego do włosów Ikarov, za tym też będziecie przepadać :) Mocno ziołowy i specyficzny, ale przy tym piękny - ja wyczuwam lawendę, różę i rozmaryn i uważam, że to miesznaka wyjątkowa, odrobinę leśna [ kojarzycie zapach lasu podczas deszczu? ] Taaak, wiem - nie potrafię opisywać zapachów, ale chciałam choć trochę przybliżyć Wam moje odczucia :)

Olejek należy do tych suchych, więc nie musimy się obawiać tłustej warstwy na piżamie, poduszce czy męskim ramieniu. Producent zaleca aplikację 6 kropli na noc i tyle w zupełności wystarcza na całą twarz i trochę szyi. W przeciągu kilkunastu minut po aplikacji olejek wchłania się prawie całkowicie i jeśli mamy potrzebę, można nałożyć jakiś nawilżacz, ja tego nie robię.



Najważniejsze - czy olejek działa? I to jak! Ja jestem z a c h w y c o n a ! Mogę się podpisać obiema rękami i nogami pod zapewnieniami producenta, nawet rzęsami mogę spróbować ! Nie znam jeszcze olejku z Kiehl's, ale myślę, że ten tutaj to jego godny przeciwnik! Na początku stosowania nie zauważałam jakichś spektakularnych efektów i nawet, szczerze mówiąc, byłam zawiedziona. Tyle się o nim naczytałam, tyle superlatyw wysłuchałam od przedstawicielki marki i pań z apteki. Używałam jednak dalej, na swoje szczęście. Otóż po mniej więcej 3 tygodniach regularnego używania [ co 2 dzień na noc ] zauważyłam, że moja skóra się zmieniła. Znacie to takie pozytywne zdziwienie, kiedy patrzycie rano w lustro i jest okej, a nawet lepiej? Kiedy zastanawiacie się, czy nałożyć podkład, czy tylko przypudrować twarz? Taaak, do niedawna i dla mnie było to tylko w strefie marzeń ;) 
Olejek świetnie działa na moją mieszaną cerę. Znakomicie sprawdza się również teraz, kiedy stosuję tonik z kwasem migdałowym. Nie było tak, że poprawę zauważyłam już po dwóch użyciach - to nie taki kosmetyk. Zresztą takie chyba nie istnieją? Oprócz fotoszopa, of kors ;) Po prostu moja skóra zaczęła być jaśniejsza, koloryt stał się bardziej wyrównany, a wszelkie zaczerwienienia, które trzymały się dotąd zazwyczaj kilka dni, w ciągu nocy po prostu bledną i następnej już znikają. To samo z pryszczami - jeśli jakieś wychodzą, ich żywotność to jeden dzień. Znacznie zmniejszyły się i rzadziej pojawiają też te najgorsze krostki na linii żuchwy, choć nie wyeliminowałam ich do końca - tam liczę, że zadziała kwas :) Moja twarz zrobiła się miękka w dotyku, naprawdę gładka i mam wrażenie, że taka bardziej zwarta, jędrniejsza  -wiecie, o czym piszę :) Co mnie bardzo cieszy, to fakt, że olejek eliminuje oznaki zmęczenia i nawet jeśli spałam tylko kilka godzin, rano wyglądam na wypoczętą, a cera nie jest ziemista i szara. W pełni doceniłam te antyzmęczeniowe właściwości, kiedy we wrześniu byłam mocno przeziębiona, ale nie mogłam wziąć wolnego w pracy [ gorący okres... ] - dopóki się nie odezwałam albo nie smarkałam, nikt nie wiedział, że jestem chora - nie byłam przesadnie blada, twarz nie była napuchnięta i nawet udało mi się uniknąć podrażnienia nosa od smarkania :)
Olejku Caudalie używałam też eksperymentalnie przez tydzień, do codziennego masażu twarzy [ więcej o tym przeczytacie w osobnym poście ], więc jeśli obawiacie się potencjalnego zapchania przy częstszym stosowaniu - nie ma czego :) Mam wręcz wrażenie, że dzięki eterycznym olejkom w składzie, Detox Oil przez noc wyciąga zanieczyszczenia ze skóry i zmiękcza ją, odżywia tak, że rano wstaję z odnowioną cerą, serio! :)



Kolejnym niezaprzeczalnym plusem olejku detoksykującego jest jego niesamowita wydajność. Naprawdę nie spodziewałam się, że będę go tak długo używać! Na dzień dzisiejszy zostało mi jeszcze 1/3 w buteleczce, a przecież go nie oszczędzam. Na początku używałam go co drugi dzień, obecnie co trzeci. Zapisałam sobie pierwszą aplikację - 30 czerwca. Tak, używam go już ponad 5 miesięcy! Widzicie, jaka to wydajna bestia?



Olejek kosztuje około 100 zł, warto polować na promocje lub dermokonsultacje. Na stronie Caudalie znajdziecie lokalizator aptek, sprawdźcie więc, czy nie macie gdzieś blisko możliwości stacjonarnego kupna. Myślę, że jest wart każdej złotówki i sama z całą pewnością będę do niego wracać! W ogóle cała seria jest godna polecenia [ nie używałam jeszcze kremu pod oczy, czeka na swoją kolej :) ], dla mnie jednak to Detox Oil jest jej gwiazdą i uwielbiam go najbardziej ♥

Znacie ten olejek do twarzy? Jak Wasze wrażenia?
A może macie inny ulubiony olejek na noc?
Piszcie!


Czym pachnie magdanawakacjach? | Caudalie, Calvin Klein, The Body Shop, Davidoff, Bath and Body Works, Nuxe

Dzień dobry bardzo! :)
A w sumie dobry wieczór bardzo, ale i tak pewnie większość z Was przeczyta ten post rano ;)

Ostatnio na wielu blogach widzę i czytam posty pokazujące zbiorczo, czego dana blogerka używa do twarzy, ciała albo włosów. Bardzo podobają mi się takie całościowe posty, przegląd aktualnie używanych kosmetyków. Sama noszę się z zamiarem stworzenia takich u siebie, ale póki co skupiłam się na moich zapachach, poczytacie?


Nie jestem zapachowym snobem, nie kolekcjonuję drogich buteleczek [ głównie dlatego, że mnie na to nie stać ], mój zapachowy gust jest bardzo nieokreślony i nigdy nie wiadomo, co mi się spodoba. Niemniej mam wytyczone pewne ramy i zazwyczaj strzałem w dziesiątkę są wszelkie orzeźwiające, owocowe lub kwiatowe [ róża, heloł! ] aromaty. Ale nie tylko, bo czasem i mocniejsze zapachy, bardziej ziemiste niż owocowe, podbijają moje serce. No to skoro ustaliliśmy, że mam niesprecyzowany gust zapachowy, przejdźmy do prezentacji ^^


Calvin Klein, Eternity - na początek mój zapach życia. Serio! Eternity to mój najukochańszy aromat. Pierwszą buteleczkę dostałam nastolatką będąc, od kuzynki Taty z Australii. Jaka to była egzotyka, wyobraźcie sobie! Piękny zapach, pierwsze w życiu prawdziwe perfumy, w sumie nic dziwnego, że przepadłam ;) Od tamtej pory buteleczek Eternity większych i mniejszych miałam już kilka i wciąż powracam. To jedyny aromat, który kupiłam więcej niż raz. Widoczny na zdjęciu egzemplarz upolowałam okazyjnie na Truskawce, płacąc za 100 ml 87 zł [ standardowa cena na douglas.pl to 329 zł ]. Nuty zapachowe Eternity to: szałwia, frezja, nuty zielone, cytrusy, nagietek, jaśmin, fiołek, goździk, lilia, narcyz, róża, konwalia, heliotrop, piżmo, paczula, drewno sandałowe, ambra. Całość jest pociągająca, nieoczywista, na mojej skórze rozwija się cudownie, nawet Narzeczony kojarzy ten zapach ze mną i nie prycha, jak się nim psikam ;)

Caudalie, Thé des Vignes - woda zapachowa mojej ulubionej [ nie ukrywajmy tego dłużej ;) ] marki kosmetycznej. W pięknym, tłoczonym w kiść winogron flakonie, mieści się mocny, głęboki zapach połączenia białego piżma, neroli i imbiru. Mieszanka zmysłowa i bardzo kobieca. Niestety zapach jest stosunkowo nietrwały, utrzymuje się do 3 godzin. Wybaczam mu to, bo jest wyjątkowy, ale bez dużej promocji nie wrócę do niego szybko, bo kosztuje ponad 100 zł. Niemniej jeśli macie gdzie, koniecznie powąchajcie!

Davidoff, Cool Water Wave - lekki, orzeźwiający zapach, przywodzi na myśl beztroskie wakacje nad brzegiem morza :) Kwiatowo - liściasty, tak bym go opisała. Na orzeźwiający aromat składają się: arbuz, mango, passiflora, guawa, piwonia, frezja, heliotrop, czerwony pieprz, irys, drzewo sandałowe i ambra wraz z piżmem. Miałam niedawno dużą butlę [ zakupioną okazyjnie w SuperPharmie ], teraz używam mniejszej, którą swego czasu wygrałam wraz z innymi dobrami u Pączka w pudrze :)


Bath & Body Works, Sweet Pea - mgiełka do ciała, ponoć najpopularniejsza wśród zapachów firmy [ informacja od ekspedientki, więc ziarno prawdy w tym musi być ;) ]. Nie dziwi mnie to wcale, bo zapach jest słodki, ale nie przesłodzony, orzeźwiający, ale nie duszący, po prostu radosny i w sam raz na letnie dni :) Nuty zapachowe tej groszkowej mgiełki to: pachnący groszek, wodnista gruszka, jagoda Logan, rabarbar, cyklamen, frezja, malina i piżmo.

The Body Shop, Pink Grapefruit - mgiełka do ciała o absolutnie jadalnym i najwierniejszym na świecie zapachu różowego grejfruta! Za każdym razem, kiedy się psikam, czekam podświadomie na tę lepkość soku owocowego ;) Na szczęście jej nie ma, a genialny zapach świeżego, lekko kwaśnego, orzeźwiającego grejfruta towarzyszy mi przez kolejną godzinę. Nie czepiam się trwałości, bo to tylko mgiełka, zresztą uwielbiam moment psikania i mogłabym to robić non stop ;) Mgiełkę dostałam od kochanej Ines Beauty, która miała mi pomóc w zakupie, a zasponsorowała go w całości i jeszcze przysłała moc kosmetycznych dodatków! :)


Caudalie, Divine Oil - suchy olejek do ciała, który może Was zdziwić w tym zapachowym zestawieniu, bo to przecież pielęgnacja ;) Ale nie tylko, jak się okazuje. Ten cudowny olejek, na który ochotę miałam baaardzo długo, pachnie tak obłędnie, że kiedy zaaplikuję go na skórę, nie psikam się już niczym, a zapach trwa i trwa przez cały dzień. Łapię się na tym, że wącham dekolt w ciągu dnia ;) Opakowanie luksusowe - drewniany korek, szklana, masywna butelka, również z wytłoczoną kiścią winogron [ jak przy wodzie zapachowej ]. Oprócz wspaniałych właściwości pielęgnacyjnych, Divine Oil pachnie cudnie, a to dzięki tym oto składnikom: olejkowi hibiskusowemu, arganowemu, sezamowemu i winogronowemu. Mam większą, 100 ml butelkę i cieszę się, że wybrałam większą pojemność, przyjemność starczy mi na dłużej. 

Nuxe, Huile Prodigieuse - znów suchy olejek do ciała, którego zapach również jest dla mnie obezwładniająco piękny. No uwielbiam go na swojej skórze po prostu! :) To już druga moja buteleczka tego olejku [ doczekał się nawet własnego opisu na blogu :) ], ta pochodzi od Kasi Śmietasi, której nie podszedł zapach [ nie wiem, jak to możliwe, ale ja się cieszę ^^ ]. To suche cudo składa się z olejków: z ogórecznika, dziurawca, słodkich migdałów, kamelii, orzechów laskowych i orzechów makadamia. Mieszanka niepospolita i bardzo charakterystyczna. Ja uwielbiam ♥


To już wszystkie moje zapachy. Gromadka mała, ale dla mnie w zupełności wystarczająca i na tyle różnorodna, że na razie nie poszukuję niczego nowego na siłę. Ale wiecie, nie mam nic przeciwko perfumowym prezentom, żeby nie było ;)

Znacie te zapachy? Lubicie?
Czy może macie zupełnie odmienny gust zapachowy?
Piszcie w komentarzach, czym Wy pachniecie na co dzień!

Nuxe, Huile Prodigieuse

Wtajcie poniedziałkowo! :)

Nadszedł ten czas, kiedy przychodzi mi się zmierzyć z legendą. W zasadzie mierzę się z tą legendą już od połowy czerwca, ale dziś przedstawię Wam efekty tego mierzenia ;) Dość żartów, przejdźmy do konkretów !



Suchy olejek Nuxe Prodigieuse to chyba sztandarowy produkt marki, bardzo popularny i zachwalany.
Ze świetnej recenzji u Czarnej Ines  [ w zasadzie mogłabym Was już teraz do niej wysłać i nic więcej nie pisać ;) ] dowiedziałam się, że co 6 sekund na świecie jest sprzedawana buteleczka tego suchego cuda, imponujące, prawda? Olejek powstał w 1991 roku, zawiera 98,1% składników pochodzenia naturalnego i zawiera 6 olejków roślinnychz ogórecznika, dziurawca, słodkich migdałów, kamelii, orzechów laskowych i orzechów makadamia ] oraz witaminę E. 



Posiadam wersję 50 ml, którą dostałam wraz z miniaturą suchego olejku z drobinkami i kremu do twarzy. Opłaca się polować na takie promocyjne zestawy [ koszt ok 50 zł ], bo w cenie samego olejku możemy wypróbować jeszcze inne produkty marki. Olejek mieści się w eleganckiej szklanej butelce ze złotą nakrętką, dozownik to taki korek niekapek [ dobrze to nazywam? ;) ], ma kolor złoto - żółty. Pachnie, moim zdaniem, NIEZIEMSKO. Wybaczcie, nie potrafię opisywać zapachów... Kiedy po raz pierwszy otworzyłam 3 ml próbkę olejki z apteki, wiedziałam, że muszę kupić pełnowymiarowe opakowanie. Zapach jest dla mnie jednym z najpiękniejszych kosmetycznych zapachów, serio! Łapię się na tym, że otwieram sobie olejek, żeby go tylko powąchać, często aplikuję kilka kropel na nadgarstki i za uszy zamiast perfum ;)
Olejek jest bardzo wydajny, używam go od połowy czerwca, a zużycie jest takie jak na zdjęciach [ robione 2 dni temu ;) ].



Olejek można z powodzeniem stosować holistycznie [ uczę się do obrony mgr, mądre słowa siedzą mi w głowie ;) ] - według producenta sprawdzi się na włosach, twarzy i skórze całego ciała. Przyznam szczerze, że na całe ciało jest mi go żal, taka sknera jestem ;) W taki sposób olejku użyłam raz i wrażenia miałam bardzo pozytywne, bo rzeczywiście fajnie nawilżył skórę i była miękka w dotyku no i ten zapaaaaach, mmmmm...
Najczęściej suchy olejek stosuję do twarzy, zamiast kremu na noc. Nie robię tego często, powiedzmy, że średnio 1 - 2 razy w tygodniu. Bardzo lubię efekt, jaki daje - moja skóra następnego ranka wygląda na wypoczętą, jest bardzo mięciutka, widocznie nawilżona i uspokojona - wszelkie niedoskonałości są mniej widoczne, jakby zaleczone. W tym miejscu zasadne jest [ ocho, kolejny mądry zwrot ;p ], żebym Wam napisała, że podobnie działają na moją skórę rybki A+E Dermogal - moja skóra lubi po prostu takie olejki i jeśli szukacie tańszej alternatywy do twarzy, rybki mogą tym być :)
Za radą Megdil zastosowałam olejek także do włosów. Na suche włosy na całej długości zaaplikowałam trochę olejku [ ilość ok łyżki stołowej, mam włosy mniej więcej do zapięcia stanika ;) ] i zostawiłam na całą noc. Po zmyciu wszystkiego szamponem [ aloesowym z Equilibrii, a jakże! ] i odżywce do spłukiwania włosy były piękne i wiecie co? Pachniały olejkiem! Cały dzień chodziłam zachwycona i wąchałam włosy ;) Olejek ładnie je odżywił, stały się elastyczne i takie śliskie w dotyku, zupełnie nie obciążone. Na całe włosy olejek użyłam jeszcze kilka razy i na pewno będę ten zabieg powtarzać, a często stosuję go do samych końcówek, znakomicie sprawdza się i w tej roli.



Podsumowując, olejek sprawdza się u mnie wyśmienicie, lubię po niego sięgać głównie ze względu na zapach, który naprawdę jest dla mnie prześliczny ♥ Żałuję, że w Polsce nie jest dostępna woda toaletowa/perfumowana? Prodigieuse, która podobno pachnie dokładnie tak samo. Why, oh why? :( 
Czy wrócę do olejku? Myślę, że jak się skończy, to nie pobiegnę od razu po nową buteleczkę, ale na pewno się jeszcze spotkamy, może doradzę go komuś jako prezent dla mnie :)

Nie ma co ukrywać, że suchy olejek Nuxe jest chyba trochę przereklamowany i wydaje mi się, że płacimy za jego popularność, niemniej jednak uważam, że jest świetnym produktem. Przyznaję też, że moja opinia nie jest obiektywna, bo po prostu zakochałam się w jego zapachu, ale przecież kosmetyki są po to, żeby nas cieszyć :)

Jestem ciekawa, jakie są Wasze doświadczenia z tym olejkiem?
Miałyście, macie, zamierzacie mieć?
Piszcie!

Yves Rocher, suchy olejek do ciała Monoi de Tahiti

Witajcie :)

Dzisiaj będzie o suchym olejku od Yves Rocher. W ramach oswajania się z firmą poczyniłam pod koniec czerwca zakupy w ich salonie, z którego wyniosłam między innymi tytułowy olejek, sztuk dwie. Skorzystałam z obowiązującej wtedy promocji 2 w cenie 1 i za 39 zł otrzymałam dwie buteleczki suchego olejku Monoi de Tahiti.


Olejek znajduje się w plastikowej butelce z atomizerem, o pojemności 125 ml. Buteleczka jest z pomarańczowego przezroczystego plastiku, ma bardzo ładne, wakacyjne etykietki, z tyłu dodatkowa naklejka z polskimi informacjami. Jak pisałam wyżej, jedna buteleczka kosztuje 39 zł w normalnej ofercie, ale warto polować na promocje. Podejrzewam, że za niedługo będą wyprzedawać ten olejek, bo to chyba wersja limitowana na lato.

Zapach jest boski - do tego stopnia, że nie wahałam się capnąć od razu dwóch sztuk olejku ;) Przywodzi na myśl wakacje w ciepłych krajach, słoneczne beztroskie dni, jest ciepły a zarazem kwiatowy. Jeśli macie okazję, koniecznie powąchajcie go sobie w salonie YR! Ja nie od dziś lubię zapach monoi - swego czasu Sephora miała linię kąpielową o tym właśnie zapachu. Teraz czaję się na olejek monoi z BU.


Olejek stosuję od czasu do czasu zamiast balsamu po wieczornym prysznicu oraz na włosy. Po prysznicu wcieram olejek w ciało i odczekuję kilka minut przed założeniem piżamy, żeby się trochę wchłonął. Nie należy go nakładać za dużo, bo jednak pozostawia tłustą powłoczkę. Po wchłonięciu skóra jest mięciutka i delikatnie nawilżona [ moja skóra na ciele nie jest problemowa, nie potrzebuje mega nawilżenia ], a co najwazniejsze, ślicznie pachnie jeszcze następnego ranka :) Ostatnio zaczęłam nakładać go również na włosy, mam za sobą już 3 takie zabiegi i jestem także zadowolona - po zmyciu oleju włosy są sypkie i takie mięsiste, ale bez jakichś spektakularnych efektów. Najbardziej jednak podoba mi się to, że do następnego mycia [ 24h ] włosy autentycznie pachną prawie tak intensywnie, jak olejek :) Czuję ten zapach w ciągu dnia i od razu mam lepszy humor.


Moim zdaniem, jako taki lekki, letni nawilżacz, olejek powinien się sprawdzić. Nie ma co oczekiwać od niego cudów, bo tego nie zapewni, ale jest przyjemnym dodatkiem w pielęgnacji ciała, gównie ze wględu na zapach :)

Niestety ma i minusy. Dotyczą one nie samego olejku, ale opakowania... Bardzo się ono tłuści podczas używania i etykiety się nieestetycznie odkejają [ widać na zdjęciu poniżej ], nie podoba mi się to. Dodatkowo atomizer niestety nie jest najlepszym pomysłem, bo olejek psika na nas bardziej zwartym strumieniem niż mgiełką, przez co nie jest super wydajny...


Ja mimo wszystko bardzo się polubiłam z tym olejkiem, podejrzewam, że to wszystko przez zapach ;) Jest to obok różanego, jeden z moich najulubieńszych zapachów w kosmetykach!


Miałyście ten suchy olejek? Jak wrażenia?