Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bath&Body Works. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bath&Body Works. Pokaż wszystkie posty

Zużycia czerwcowe

Witajcie :)

Już nawet nie będę próbowała tłumaczyć tego opóźnienia blogowego - po prostu życie czasem bardzo niespodziewanie weryfikuje nasze plany. Z racji tego, że przez ostatnie kilka tygodni podjęłam dodatkowe role społeczne i mam na głowie 100% domowo rodzinnych obowiązków, doba drastycznie mi się skurczyła i nawet na sen nie mam więcej niż 5 godzin dziennie, a co dopiero na bloga ;) Wygospodarowałam jednak wczoraj trochę czasu przed północą i oto przychodzę do Was z kosmetycznymi śmieciami czerwca.



Rosyjski duet włosowy - szampon i odżywka na kwiatowym propolisie to moje sprawdzone włosowe kosmetyki. Na pewno jeszcze kiedyś do nich wrócę, jak to już bywało. Szampon Balea mango + aloes to mój święty graal, mam jeszcze w zapasie 3 opakowania [ dzięki Agata! ♥ ]. Suchy Batiste to również ulubieniec od dawna, ente opakowanie. Odżywka Petal Fresh świetnie się sprawdziła, była recenzja, polecam :)


Żel do mycia twarzy Effaclar służył mi codziennie przez, uwaga - 13 miesięcy! Świetny, wieloletni już ulubieniec, jeden z najwydajniejszych produktów, jakich używałam, bardzo dobry do mieszanej i tłustej cery. Cetaphil średnio się u mnie spisywał i w końcu przeterminował, nie żałuję. Żel Clarins służył mi przy podróżach, był bardzo przyjemny i skutecznie oczyszczał cerę. Peeling do ust Bomb Cosmetics był okej, ale dość sztucznie pachniał i ogólnie wolę Sylveco ;)


Kulka Nivea to coś, bez czego nie ma zużyć. Różany żel por prysznic Lirene był świetny, planuję powrót. Żel antybakteryjny BBW - uwielbiam, na pewno zaopatrzę się w kolejne duże opakowanie, żeby uzupełniać te torebkowe.Grejfrutowe masło TBS - kocham za zapach i lekką, ale nawilżającą konsystencję. No i żel do higieny intymnej Tołpa - kolejny ulubieniec, który regularnie pojawia się w łazience.


Wyrzutki i próbki - paleta Sleek Ultra Matts - lubiłam ją bardzo, ale ostatnio cienie zaczęły się mocno osypywać, czas się rozstać. Ogryzek cielistej kredki Max Factor - już planuję ponowny zakup. Płatki pod oczy Sesderma - cudo! ♥ Polecam wyjęte z lodówki, nic lepiej nie ożywia oczu po niewystarczającej ilości snu. Pasta do zębów Blanx okazała się fajna, kupiłam pełnowymiarowe opakowanie. Olejek do demakijażu MAC był okej, ale porównywalny do innych, tańszych olejków. 

To już wszystko, teraz trzymajcie kciuki, żebym w miarę szybko ogarnęła lipcowe zużycia ;)

Wielkie zużycia końcoworoczne | część I | włosy + pielęgnacja ciała

Dzień dobry wszystkim!

To, że czytacie dziś o moich grudniowych zużyciach, to istny cud - tyle razy już prawie wywalałam całe pudło do kosza, że naprawdę nie wiem, jak udało mi się zmobilizować, żeby jednak to uwiecznić na zdjęciach i jeszcze opisać ;) Wiedziałam, że w grudniu pokończyło mi się naprawdę bardzo wiele kosmetyków, ale żeby aż tak? Ma to przynajmniej taki plus, że w 2015 rok weszłam z mniejszym zapasem kosmetyków [ zużyłam w grudniu ponad 30 opakowań, a przybyło mi 12 kosmetyków, więc bilans nie jest zły ]. Od razu uprzedzam, że post zużycia podzieliłam na dwie części, dziś pierwsza, a w niej kosmetyki do włosów i pielęgnacji ciała. W następnym poście pokażę Wam kosmetyki do pielęgnacji twarzy oraz próbki.
No to do dzieła! :)


Planeta Organica, Macadamia Oil Hair Shampoo - szampon był częścią wygranej u Marty [ mogłam sama wybrać sobie dowolne rosyjskie kosmetyki w kwocie 150 zł :) ] i byłam go bardzo ciekawa. Świetnie się pienił i ładnie pachniał, dobrze oczyszczał włosy, ale przez to, że ma działanie nawilżające [ to znaczy ja tak przypuszczam ;) ], powodował u mnie szybsze przetłuszczanie się włosów. Niemniej polubiłam go, bo włosy nim wymyte wyglądały świetnie, ale już raczej nie wrócę. 

Batiste, dark and deep brown - moja ukochana wersja suchego szamponu Batiste. Wracam do niej regularnie i trochę panikuję, kiedy nie mam zapasu [ spokojnie, kilka dni temu uzupełniłam braki ]. Nie rozumiem tylko, dlaczego jest droższa od innych - czy to przez to, że psika na brązowo?

Khadi, henna Dark Brown - w końcu dojrzałam do henny i nie żałuję. Z pomocą Doroty wybrałam kolor i jestem naprawdę zadowolona, chociaż odrosty wciąż są jaśniejsze. Henna odżywiła mi włosy i nadała ich kolorowi trójwymiarowości, lubię to! Mam przygotowany post o hennie, potrzebuję jeszcze kogoś, kto zrobi zdjęcie poglądowe moim włosom, stąd opóźnienie ;)


Dove, Advanced Hair Series, Pure Care Dry Oil, szampon i odżywka - duet, który nie do końca się u mnie sprawdził i już do niego nie wrócę. Obstawiam, że to przez olej kokosowy w składzie. Opisywałam to duo na blogu.

Balea, szampon do włosów Mango + Aloe Vera - jeden z moich ulubionych szamponów ever! Mam już kolejną butelkę w użyciu i na pewno nie ostatnią. Nie dość, że szampon pięknie pachnie, świetnie się pieni, to jeszcze jest bardzo wydajny, nie obciąża włosów i porządnie oczyszcza :)


Loton, Oil Therapy, Macadamia Oil - ulubieniec, mam kolejną butelkę w zanadrzu :) Najczęściej używałam do włosów, kilka razy do ciała. Bardzo dobrze nawilża włosy i moim zdaniem pachnie różą :)

L'Oreal, Mythic Oil - olejek do zabezpieczania końcówek,który służył mi od czerwca, czyli równe pół roku. Świetny! Jego recenzja jest na blogu, więc zachęcam do przeczytania.

Joico, K-PAK, olejek do końcówek - również świetny olejek, którego używałam przez Mythic Oil, ale niestety rozlał mi się w szufladzie :( Ostatnio wygrzebałam buteleczkę i okazało się, że było w niej jeszcze kilka kropli, które wystarczyły na parę aplikacji.



Dove, żel pod prysznic Purely Pampering - bardzo polubiłam ten żel, bo nie wysuszał skóry, miał miłą kremową konsystencję i naprawdę super zapach, taki ciepły i otulający.

Kamill, żel pod prysznic wanilia i marakuja - mocno średni żel, niewydajny i zapach niestety był mdły. Nie polecam i nie wrócę do niego.

Bath and Body Works, żel pod prysznic Paris Amour - nie polubiłam się z tą linią zapachową BBW, jest dla mnie duszący i sztuczny. Żelu próbowałam używać pod prysznicem, ale mnie drażnił, skończył więc jako mydło w płynie w tych piankowych dozownikach z BBW w łazience i kuchni :)



Tołpa, dermo intima, regenerujący płyn do higieny intymnej - mój ulubiony płyn, zużyłam już kilka butelek i na pewno będą kolejne. Kupuję zamiennie z Facelle, ale z tych dwóch wolę Tołpę, bo u mnie lepiej działa i jest bardziej wydajna.

Love2Mix Organic, Tropikalny peeling do ciała mangostan i marakuja - peeling, którego podstawową wadą jest opakowanie - tragiczne! Kto zamyka peeling w tubce z maleńkim otworkiem? Nie dość, że od początku ciężko wydobyć go z opakowania, to jeszcze nie jest jakimś wybitnym zdzierakiem, więc nie podbił mojego serca. Cieszę się, że ląduje w koszu.

Nivea, dry comfort, dezodorant - ulubiony od zawsze :)


Dove, Purely Pampering, balsam do ciała - z tej samej serii, co żel, który pokazywałam wyżej, bardzo miło się go używało. Balsam był całkiem gęsty i wydajny, dobrze się wchłaniał, nie mazał na skórze. Chętnie kiedyś powrócę :)

Caudalie, Divine Oil - fantastyczny produkt mojej ukochanej marki. Suchy olejek, którego można używać wszędzie i wszędzie spisze się wspaniale. Używałam go do twarzy, włosów, na całe ciało i jako perfumy. Świetne właściwości pielęgnacyjne i boski zapach sprawiają, że mam ochotę kąpać się w tym olejku, oczywiście mam już kolejną butelkę :)

Alverde, masło do ciała owoce jagodowe - masło przesłała mi Esy, Floresy, bo jej nie podeszło. U mnie niestety też negatywna opinia - masło ma kwaśny, nieprzyjemny zapach, a na skórze bardzo się maże, zostawia białe smugi i prawie się nie wchłania.

Bania Agafii, fitotermalna maska do ciała - porażka na całej linii, dawno nie miałam tak niemiłej przygody z jakimś kosmetykiem :/ Opisałam swoje wrażenia w poście, więc zainteresowanych tam odsyłam. No i nie polecam!


W dzisiejszej, pierwszej części zużyć grudniowych pokazałam Wam 20 pustych opakowań, w kolejnej będzie reszta, czyli pielęgnacja twarzy i próbki. Napiszcie, czy używałyście któregoś z tych kosmetyków, a może macie na nie ochotę? Jak Wasze zużywanie w grudniu? :)

Ulubieńcy września! | L'Oreal, Orly, Bath and Body Works i Bioré

Cześć! :)

Przed Wami czwórka kosmetyków, które we wrześniu podbiły moje kosmetyczne serce. Sprawdzają się nienagannie i naprawdę można na nich polegać! Ciekawe? Zapraszam do lektury :)


Bioré Body Foam, Charming Freesia
Pianka pod prysznic, który dostałam od kochanej Kasi Śmietasi jako pamiątkę z jej indonezyjskiej podróży. Powiem tyle - ostatnio przeszukałam cały Ebay w poszukiwaniu tego produktu! Fantastyczny kremowy żel o lekkiej konsystencji, którego wystarczy odrobinka, żeby mocno zapienić się na gąbce i zamienić w delikatną piankę. Pachnie idealnie - słodko, kwiatowo, ale w sam raz. A oczyszcza skórę jak czarne mydło! Zostawia ją gładką i aż skrzypiącą z czystości - uwielbiam i będę płakać, jak skończę to zaskakująco wydajne 100 ml opakowanie [ a koniec nieubłaganie się zbliża :( ]

L'Oreal Elseve, Sun Defense, maska do włosów
Maska, którą z ciekawości wrzuciłam Mamie do koszyka podczas szybkich zakupów w Biedronce [ wciąż lubię, jak Mama mi coś kupuje^^ ]. Na początku byłam z niej średnio zadowolona i nawet na którymś blogu pisałam, że dla mnie to gęstsza odżywka, nic nadzwyczajnego. Jednak przy dłuższym stosowaniu spisywała się coraz lepiej, a trzymana ponad 10 minut na włosach wyraźnie je wygładza i ogarnia sterczące baby hair. Ma miły zapach i jest gęsta, przez co też wydajna, zresztą wystarczy niewiele, by pokryć włosy. Są po niej mięsiste i błyszczące. Chętnie jeszcze kiedyś kupię, jak na nią trafię. Kosztowała chyba ok 14 zł.

Bath and Body Works, Sweet Pea, żel antybakteryjny
Dzięki Agacie skusiłam się na duże opakowanie tego żelu w warszawskim sklepie firmowym marki i nie żałuję. Za 29 zł dostajemy 225 ml żelu, czyli opłaca się bardziej niż małe, kieszonkowe opakowania. Genialny zapach i wygodna pompka. Bardzo lubię przelewać sobie żel do tubki torebkowej, w ten sposób mam wielokrotnie uzupełniany pojemnik - ach, jak ekonomicznie :D

Orly, Pure Porcelain
Jeden z lepszych zakupów lakierowych! Przepiękny kolor, który na każdych dłoniach będzie wyglądał bosko, fantastyczna trwałość [ najdłużej wytrzymałam 12 dni! ], którą doceniłam we wrześniu, kiedy w pracy siedziałam po 12 h i nie miałam już czasu na malowanie paznokci po powrocie do domu ;) Nie ma co tu dużo pisać - Pure Porcelain jest boskim kolorem i polecam go serdecznie!

Znacie moich ulubieńców?
Co najlepiej sprawdzało się u Was we wrześniu? :)

Empties #22 | Na tle aloesu śmieci prezentują się całkiem fajnie ^^

Hej! :)


Wybiegałam się [ no dobra, nie biegałam, ale szliśmy żwawym krokiem ] jak szalona z Kebabem na niedzielnym spacerze [ zdjęciowy dowód jest ! ], to teraz zasłużyłam na blogową dawkę przyjemności, prawda?

Czas na post podsumowujący moje kosmetyczne zmagania we wrześniu. Na ośmiu aloesowych [ jeszcze żyje! ] zdjęciach zobaczycie kilkanaście kosmetyków, z którymi się żegnam. Z niektórymi na zawsze, z niektórymi nie - już nawet mają zastępstwo w postaci sobowtóra :)


Aussie, 3 minute Miracle Reconstructor
Wiązałam z tą odżywką duże nadzieje, ale rozczarowała mnie haniebnie. Obciążała włosy, szybciej się przetłuszczały i strąkowały. Zużyłam do golenia nóg. Jedyny plus to świetny zapach. Pisałam o niej.

Bioderma, Node Fluide - delikatny szampon do codziennego stosowania
Kupiłam w promocji Super - Pharm'u za 13,99 zł. Szampon o przedziwnej konsystencji wody wystarczył mi na 8 [ słownie: osiem ] użyć. Ciężko było go zaaplikować na włosy, dużo się wylewało i spływało z rąk przez konsystencję. Sam szampon nawet nieźle się pienił i bardzo dobrze oczyszczał włosy, ale zostawiał je mocno splątane, więc konieczne było użycie po nim jakiejś regenerującej maski. Nie był zły, ale też nie zawojował jakoś szamponowej sfery mojego życia.

Sesa
Miałam ochotę na ten olejek od dłuższego czasu, więc bardzo się ucieszyłam, kiedy udało mi się go dorwać. Niestety, spotkało mnie rozczarowanie. Olejek bardzo mocno pachnie kadzidlanymi perfumami [ zdarzało się, że zapach pozostawał na włosach nawet po ich umyciu ] i nie zauważyłam, żeby w jakikolwiek sposób poprawił stan moich włosów. Nakładałam czasem na skórę głowy i długość, czasem wyłącznie na skórę głowy, ale mam wrażenie, że nie robił nic. Baaardzo wydajny, na moje nieszczęście ;)


Intra, Fiore di Arancio, balsam do ciała
Bardzo dobry nawilżacz, dodatkowo ma ładny skład, ale naprawdę nie umiałam się przekonać do gorzkiego, cierpkiego zapachu.... Poświęciłam mu osobny post.

Dove, jedwabiście odżywiający krem do ciała
Tutaj zupełnie na odwrót - przemiła niespodzianka :) Krem okazał się świetnym codziennym nawilżaczem, pięknie pachniał, szybko się wchłaniał i był całkiem wydajny. Polecam serdecznie i sama będę chętnie wracała do niego, a jeśli chcecie poczytać więcej, zapraszam do wpisu.

Lumene, Arctic Spa, Body Butter
Bogate i gęste masło do ciała, które przez kilka miesięcy służyło mi do nawilżania dłoni i łokci przed snem. Całej serii kosmetyków Arctic Spa dostał się własny post, czytaliście?


Nuxe, Huile Prodiieuse, suchy olejek
Ten egzemplarz dostałam od Kasi Śmietasi [ cmok :* ] i zużyłam z wielką przyjemnością. Olejek świetnie u mnie sprawdza się w pielęgnacji całego ciała, twarzy i również włosów. Bardzo polecam, a łaknących więcej informacji zapraszam do wpisu o olejku.

Nuxe, Reve de Miel, krem do rąk
Prześwietny nawilżacz do dłoni, który pachnie swoim olejkowym sąsiadem ze zdjęcia, czyli bosko! Uwielbiam ten zapach i kiedy w Warszawie pożyczyłam kremu od Eska, Floreska, wiedziałam, że muszę go mieć. Szczęśliwym trafem dzień później natrafiłyśmy na niego w promocji i cóż... musiałam kupić ;) Bardzo się cieszę, że dzięki wygranej u Geometry of Nature [ chwaliłam się nią tutaj ] mam kolejne opakowanie w zapasie :)

Nivea, Dry Comfort, dezodorant w kulce
Czy ja w ogóle muszę cokolwiek pisać? ;)


Caudalie, The Vignes - woda toaletowa
Polubiłam ten ciepły, nieoczywisty zapach, piękną buteleczkę i z żalem wypsikałam ostatnie krople. Szerzej opisywałam ten i inne moje pachnidła w poście o tym, czym pachnę.

Clinique, Take The Day Off Cleansing Balm
Balsam do demakijażu, nad którym intensywnie myślałam przez wiele miesięcy i moje rozterki rozwiązała kochana Pani Eskowa, która podarowała mi swój prawie pełny egzemplarz, bo nie spełniał jej potrzeb. U mnie balsam sprawdzał się świetnie, dokładnie oczyszczał skórę z makijażu [ oczy również, ale lubił je zamglić, zresztą rzadko go do oczu używałam, bo przez większość czasu noszę przedłużane rzęsy ] i był naprawdę bardzo wydajny - używałam go codziennie od czerwca. Miał trochę woskowy zapach, co wraz z ceną jest dla mnie minusem. Nakładany na sucho, potem zwilżany, tworzył kremową emulsję, która rozpuszczała cały makijaż. Świetny wstępny krok do demakijażu twarzy. Niemniej cenę uważam za wygórowaną, bo balsam właściwości pielęgnacyjnych nie posiada, więc jeśli najdzie mnie jeszcze kiedyś ochota na podobny produkt, zainwestuję w balsam z TBS, który jest o ponad połowę tańszy :) A, balsam oczyszczający nie zapchał mojej cery i nie powodował uczuleń, nie ściągał skóry.

Le'Maadr, woda micelarna do demakijażu
Kupiłam na promocji w SP za 6.99 zł, bo Esek polecała. Niestety, płyn średnio się u mnie sprawdził, bo kiepsko zmywał makijaż oczu, a ja oczy zmywam zawsze micelem. Oprócz tego nie podszedł mi zapach, więc już się nie spotkamy ;)


Bielenda, dwufazowy płyn do demakijażu oczu
Niby okej, ale ja jednak nie lubię dwufazówek, więc nie zużyłam do końca. Czasem robił pandę i generalnie spowodował [ on + kiepski tusz ] powrót do przedłużanych rzęs - co za wygoda! :) Więcej o bielendowym płynie już czytałyście.

Cattier, glinka żółta
Fantastyczna glinka, chyba moja ulubiona. Świetnie oczyszcza twarz, zmniejsza pory, wygładza skórę i reguluje wydzielanie sebum. Mogłabym ją nakładać codziennie :) Szczerze polecam, tym bardziej, że na doz.pl jest w cenie 4,19 zł :)

Himalaya, Sparkly White, pasta do zębów
Nudna jestem, ale w kategorii past nic się nie zmienia od wielu miesięcy i zmian nie planuję ;)


Biały Jeleń, Probiotic, emulsja do higieny intymnej
Jestem na nie. Wodnista konsystencja i nijakie działanie. Jakoś z Białym Jeleniem się nie lubię, miałam już kiedyś żel do twarzy i również było to rozczarowanie... Z radością wróciłam do regenerującego płynu z Tołpy.

Nuxe, kremowy żel pod prysznic
Dorwałam go razem z kremem do rąk, który widzieliście wyżej, na promocji w warszawskim SP. Świetny, super wydajny żel pod prysznic o relaksującym, delikatnym zapachu. Nie wysusza skóry w żaden sposób, świetnie się pieni i przyznam się, że często po nim opuszczałam balsamowanie ;) Polecam, ja dzięki wygranej, o której pisałam Wam wyżej, cieszę się kolejną tubką tego wspaniałego kosmetyku :)


Skin Food, Aloe Sun BB Cream
Azjatycki krem BB, którego używałam przez ostatnie kilka miesięcy praktycznie codziennie. Bardzo wydajny, świetnie dobrany jasny kolor, nie ciemniał na skórze, nie zapychał i wyglądał super naturalnie, kryjąc przy tym wszystko, co tego wymagało :) Znakomicie sprawdzał się w upały, a puder i róż lub bronzer trzymały się na nim bez zarzutu, miał świeży zapach. Być może kiedyś jeszcze do niego wrócę.

Bath and Body Works, żele antybakteryjne
Zużyłam dwie wersje: Sweet Tangerines i Sweet Pea. Obydwa zapachy bardzo polubiłam, żele zresztą też - są wydajne, poręczne i nie kleją rąk, czego chcieć więcej? :) Sweet Pea uzupełnię, bo kupiłam duże opakowanie, więc buteleczki nie wyrzucam.

Bobbi Brown, bibułki matujące
Poleciła mi je Megdil i jestem jej za to bardzo wdzięczna. Bibułki to fajny gadżet, którego nie używam codziennie, jednak pod ręką lubię mieć. Zwłaszcza od kiedy wpadłam na to, żeby matowić nimi cerę przed nałożeniem podkładu - ściągam ze skóry ewentualną tłustą warstewkę po kremie do twarzy i podkład / krem BB trzyma się znacznie lepiej. Sprawdzają się też na powiekach przed nałożeniem bazy - wtedy makijaż oka na moich tłustych powiekach jest pancerny :) Na pewno odkupię, mam je nawet na liście zakupowej na ten miesiąc :)


Botanical Choice, Nose Pore Strips
Płatki oczyszczające na nos, które dostałam od Kasi Śmietasi już dawno temu :) Bardzo je polubiłam, zawsze co nieco wyciągały z nosa. Wrócę do nich, zwłaszcza, że chyba są dostępne w Hebe :)

Clarins, maseczka do okolic oczu
Tę maseczkę w próbkowej wersji 5 ml wygrałam wraz z innymi ciekawymi kosmetykami u Addicted To Makeup. Wystarczyła mi na ponad miesiąc, ale nie używałam jej jako maseczki, a kremu na noc, bo wyczytałam, że tak też można. Fajnie napinała skóę pod oczami i mocno ją nawilżała.

Gąbka Konjac i Calypso
Konjac służy mi codziennie rano, w duecie z pianką do twarzy świetnie ją oczyszcza i delikatnie masuje, uwielbiam od wieeeelu miesięcy i nie planuję zmiany w tym temacie - już mam nową. Calypso również na stałe wpisała się do mojego dbania o twarz  -znakomicie zmywa się nią maseczki, żel do mycia twarzy i wszelkie peelingi.

Sampar, Lierac i Locherber
Próbki, które mnie niczym nie zachwyciły.


To już wszystkie moje zużycia kosmetyczne ubiegłego miesiąca.
Poszło całkiem nieźle, nie narzekam :)
A jak u Was?
Pozbyłyście się wielu śmieci? ;)

P.S. Zapraszam do zakładki wyprzedażowej, pojawiła się tam mała aktualizacja :)

Czym pachnie magdanawakacjach? | Caudalie, Calvin Klein, The Body Shop, Davidoff, Bath and Body Works, Nuxe

Dzień dobry bardzo! :)
A w sumie dobry wieczór bardzo, ale i tak pewnie większość z Was przeczyta ten post rano ;)

Ostatnio na wielu blogach widzę i czytam posty pokazujące zbiorczo, czego dana blogerka używa do twarzy, ciała albo włosów. Bardzo podobają mi się takie całościowe posty, przegląd aktualnie używanych kosmetyków. Sama noszę się z zamiarem stworzenia takich u siebie, ale póki co skupiłam się na moich zapachach, poczytacie?


Nie jestem zapachowym snobem, nie kolekcjonuję drogich buteleczek [ głównie dlatego, że mnie na to nie stać ], mój zapachowy gust jest bardzo nieokreślony i nigdy nie wiadomo, co mi się spodoba. Niemniej mam wytyczone pewne ramy i zazwyczaj strzałem w dziesiątkę są wszelkie orzeźwiające, owocowe lub kwiatowe [ róża, heloł! ] aromaty. Ale nie tylko, bo czasem i mocniejsze zapachy, bardziej ziemiste niż owocowe, podbijają moje serce. No to skoro ustaliliśmy, że mam niesprecyzowany gust zapachowy, przejdźmy do prezentacji ^^


Calvin Klein, Eternity - na początek mój zapach życia. Serio! Eternity to mój najukochańszy aromat. Pierwszą buteleczkę dostałam nastolatką będąc, od kuzynki Taty z Australii. Jaka to była egzotyka, wyobraźcie sobie! Piękny zapach, pierwsze w życiu prawdziwe perfumy, w sumie nic dziwnego, że przepadłam ;) Od tamtej pory buteleczek Eternity większych i mniejszych miałam już kilka i wciąż powracam. To jedyny aromat, który kupiłam więcej niż raz. Widoczny na zdjęciu egzemplarz upolowałam okazyjnie na Truskawce, płacąc za 100 ml 87 zł [ standardowa cena na douglas.pl to 329 zł ]. Nuty zapachowe Eternity to: szałwia, frezja, nuty zielone, cytrusy, nagietek, jaśmin, fiołek, goździk, lilia, narcyz, róża, konwalia, heliotrop, piżmo, paczula, drewno sandałowe, ambra. Całość jest pociągająca, nieoczywista, na mojej skórze rozwija się cudownie, nawet Narzeczony kojarzy ten zapach ze mną i nie prycha, jak się nim psikam ;)

Caudalie, Thé des Vignes - woda zapachowa mojej ulubionej [ nie ukrywajmy tego dłużej ;) ] marki kosmetycznej. W pięknym, tłoczonym w kiść winogron flakonie, mieści się mocny, głęboki zapach połączenia białego piżma, neroli i imbiru. Mieszanka zmysłowa i bardzo kobieca. Niestety zapach jest stosunkowo nietrwały, utrzymuje się do 3 godzin. Wybaczam mu to, bo jest wyjątkowy, ale bez dużej promocji nie wrócę do niego szybko, bo kosztuje ponad 100 zł. Niemniej jeśli macie gdzie, koniecznie powąchajcie!

Davidoff, Cool Water Wave - lekki, orzeźwiający zapach, przywodzi na myśl beztroskie wakacje nad brzegiem morza :) Kwiatowo - liściasty, tak bym go opisała. Na orzeźwiający aromat składają się: arbuz, mango, passiflora, guawa, piwonia, frezja, heliotrop, czerwony pieprz, irys, drzewo sandałowe i ambra wraz z piżmem. Miałam niedawno dużą butlę [ zakupioną okazyjnie w SuperPharmie ], teraz używam mniejszej, którą swego czasu wygrałam wraz z innymi dobrami u Pączka w pudrze :)


Bath & Body Works, Sweet Pea - mgiełka do ciała, ponoć najpopularniejsza wśród zapachów firmy [ informacja od ekspedientki, więc ziarno prawdy w tym musi być ;) ]. Nie dziwi mnie to wcale, bo zapach jest słodki, ale nie przesłodzony, orzeźwiający, ale nie duszący, po prostu radosny i w sam raz na letnie dni :) Nuty zapachowe tej groszkowej mgiełki to: pachnący groszek, wodnista gruszka, jagoda Logan, rabarbar, cyklamen, frezja, malina i piżmo.

The Body Shop, Pink Grapefruit - mgiełka do ciała o absolutnie jadalnym i najwierniejszym na świecie zapachu różowego grejfruta! Za każdym razem, kiedy się psikam, czekam podświadomie na tę lepkość soku owocowego ;) Na szczęście jej nie ma, a genialny zapach świeżego, lekko kwaśnego, orzeźwiającego grejfruta towarzyszy mi przez kolejną godzinę. Nie czepiam się trwałości, bo to tylko mgiełka, zresztą uwielbiam moment psikania i mogłabym to robić non stop ;) Mgiełkę dostałam od kochanej Ines Beauty, która miała mi pomóc w zakupie, a zasponsorowała go w całości i jeszcze przysłała moc kosmetycznych dodatków! :)


Caudalie, Divine Oil - suchy olejek do ciała, który może Was zdziwić w tym zapachowym zestawieniu, bo to przecież pielęgnacja ;) Ale nie tylko, jak się okazuje. Ten cudowny olejek, na który ochotę miałam baaardzo długo, pachnie tak obłędnie, że kiedy zaaplikuję go na skórę, nie psikam się już niczym, a zapach trwa i trwa przez cały dzień. Łapię się na tym, że wącham dekolt w ciągu dnia ;) Opakowanie luksusowe - drewniany korek, szklana, masywna butelka, również z wytłoczoną kiścią winogron [ jak przy wodzie zapachowej ]. Oprócz wspaniałych właściwości pielęgnacyjnych, Divine Oil pachnie cudnie, a to dzięki tym oto składnikom: olejkowi hibiskusowemu, arganowemu, sezamowemu i winogronowemu. Mam większą, 100 ml butelkę i cieszę się, że wybrałam większą pojemność, przyjemność starczy mi na dłużej. 

Nuxe, Huile Prodigieuse - znów suchy olejek do ciała, którego zapach również jest dla mnie obezwładniająco piękny. No uwielbiam go na swojej skórze po prostu! :) To już druga moja buteleczka tego olejku [ doczekał się nawet własnego opisu na blogu :) ], ta pochodzi od Kasi Śmietasi, której nie podszedł zapach [ nie wiem, jak to możliwe, ale ja się cieszę ^^ ]. To suche cudo składa się z olejków: z ogórecznika, dziurawca, słodkich migdałów, kamelii, orzechów laskowych i orzechów makadamia. Mieszanka niepospolita i bardzo charakterystyczna. Ja uwielbiam ♥


To już wszystkie moje zapachy. Gromadka mała, ale dla mnie w zupełności wystarczająca i na tyle różnorodna, że na razie nie poszukuję niczego nowego na siłę. Ale wiecie, nie mam nic przeciwko perfumowym prezentom, żeby nie było ;)

Znacie te zapachy? Lubicie?
Czy może macie zupełnie odmienny gust zapachowy?
Piszcie w komentarzach, czym Wy pachniecie na co dzień!

Empties #20 | Śmieci co niemiara! :)

Hej, hej! :)

Uwierzycie, że to już dwudziesty post ze zużytymi kosmetykami na blogu? Tak, tak, to oznacza dwadzieścia miesięcy blogowania, nieźle :)
Lipiec jaki był, każdy widział, u mnie oznaczał dużo pracy i zmęczenia, ale były też i miłe momenty i chwile wytchnienia, kiedy miałam czas na zużywanie rozpoczętych buteleczek i słoiczków. Oto efekty :) :


EcoSpa, olej z pestek moreli - zużyłam w całości do olejowania włosów i w tej roli sprawdzał się bardzo dobrze. Po całonocnym seansie z tym olejem włosy były odżywione i mocne. Miał delikatny zapach, nie do końca przyjemny, ale w niczym nie umniejsza to jego właściwościom :)

Balsam myjący do włosów z betuliną - po zużyciu całej butelki wciąż mam mieszane uczucia... Z jednej strony balsam bardzo dobrze mył włosy, radził sobie z olejami i mocno oczyszczał włosy i skórę głowy, ale z drugiej plątał kosmyki i zostawiał na nich wyczuwalną warstewkę [ nie było to oblepienie, coś jak taka warstwa ochronna, nie wpływało źle na wygląd włosów po wysuszeniu ] i był niewydajny [ tak lejącej konsystencji nie widziałam dotąd w żadnym szamponie... ]. Włosy po nim wyglądały dobrze, były odbite od nasady, ale nie wiem, czy ten efekt wart jest "zabawy" z balsamem...

Aloesowa odżywka do włosów Garnier Ultra Doux - jednym słowem:  porażka. Pisałam już o tym niewypale, kto chce, niech poczyta :)

Planeta Organica, marokański balsam do wlosów - dobra, średniogęsta konsystencja, mocny perfumowany zapach, który zostaje na włosach, wydajna [ 15/16? użyć na moich włosach za łopatki ], zmiękcza włosy, są potem sypkie i błyszczące, długo zachowują świeżość. Nie obciąża włosów przy nasadzie, bo nakładałam od samego czubka głowy ;) Fajna odżywka do codziennego stosowania, możliwe, że kiedyś do niej powrócę.



Le Petit Marseiliais, żel pod prysznic mandarynka i limonka - przyjemny żel, bardzo dobrze się pienił i rzeczywiście miał świetny zapach, możliwe, że wypróbuję inne wersje zapachowe :)

L'Occitane, różany żel pod prysznic - dostałam w Warszawie od Eska Floreska i uwielbiałam! Zapach różany genialnie oddany, żel mały, ale wydajny, cudo :)

Tołpa, Dermo Intima, regenerujący płyn do higieny intymnej - ulubieniec, to już druga butelka, którą zużyłam. Szalenie wydajny, jedno opakowanie [ 195 ml ] wystarcza mi na 3 miesiące codziennego używania. Ma mocny ziołowy zapach, który na początku mi przeszkadzał, teraz go polubiłam. Na pewno jeszcze wrócę.

Bath & Body Works, pianki do mycia rąk o zapachu Sweet Pea i Sea Island Cotton - obydwie pachniały świetnie i bardzo dobrze myły dłonie, jedynie wydajność i cena nie zachęcają do ponownych zakupów ;) Buteleczek nie wyrzucam, wleję do nich jakiś żel pod prysznic i rozcieńczę z wodą, będę miała pianki DIY :)


Caudalie, maska nawilżająca do twarzy - świetna, kojąca maska, która nadaje się do każdej cery oraz w okolice oczu, niedawno ją recenzowałam.

Effaclar Duo + - nowa wersja mojego kiedyś ukochanego kremu. Spisywał się dobrze, tak jak zapamiętałam, ale chyba moja cera się zmieniła na przestrzeni tych kilku lat, bo pod koniec tubki miałam wrażenie, że już się przyzwyczaiła do działania kremu. Nie kupiłam więc kolejnej tubki, ale kiedyś może to zrobię.

Caudalie, woda winogronowa - cóż tu rzec? Jestem od niej uzależniona i tyle! ;)

Caudalie, pienka oczyszczająca do twarzy - kolejny produkt, z którym z żalem się rozstałam. Pianka dzielnie służyła mi [ uwaga! ] ponad pół roku! Otwarłam ją jeszcze w grudniu zeszłego roku! Przez ten czas nie zmieniła swojego wspaniałego działania, zapachu i konsystencji. Obecnie mam inną piankę, ale do tej na pewno powrócę zaraz po wykończeniu tej innej, bo jednak nie ma porównania ;)

Caudalie, maska oczyszczająca do twarzy - mój hit i ukochaniec. Wszystkie zachwyty są dostępne do poczytania na blogu :)

Caudalie, Vinosource, krem pod oczy - lekki krem, który świetnie się spisuje pod makijaż, nie podrażnia oczu i świetnie nawilża delikatną skórę. Używałam go co rano przez prawie 5 miesięcy. Szerszą opinię znajdziecie na blogu :)


Pharmaceris, balsam do ciała z SPF 50 - pozostałość po poprzednim lecie, zapodział się gdzieś w szufladzie ;)

Essence, zmywacz do paznokci - swego czasu mój wielki ulubieniec, ale teraz niestety mocno wysusza mi paznokcie, więc powrotu nie planuję... Szkoda :(

Himalaya Herbals, Sparkly White, pasta do zębów - ulubiona i niezmienna :)

Holika Holika, Baby Silk Foot - skarpetki nawilżające dostane od Eska Floreska :* Ciekawy produkt, gdyby działał lepiej, kupowałabym regularnie ;) Niestety, nawilżenie utrzymuje się tylko przez jeden dzień.

Rillo, emulsja zapobiegająca nadmiernej potliwości - ciekawy produkt, rzeczywiście hamował pocenie się [ w te upały było ciężko ;) ], nie podrażniał skóry pod pachami. Dziwi mnie tylko krótka data ważności od otwarcia [ 2 miesiące ], bo nie da się w tym czasie zużyć całości. Ja wyrzucam ok 1/3 opakowania.


Dior, Dior Addict Lipstick w odcieniu 414 Casual Gold - szminka, którą miałam około 3 lat. W zasadzie bardziej nabłyszczający balsam niż szminka, bo koloru dawała niewiele - ot, delikatny nudziak z jeszcze delikatniejszym złotym pyłkiem. Na ustach prezentowała się bardzo ładnie i naturalnie, nie wysuszała ust, wręcz odwrotnie :)

MAC, Blot Powder - moje życie już nigdy nie będzie takie samo. Serio! Ledwo skończyłam Blota i sięgnęłam po inny puder [ Bourjois, Healthy Mix ], już zatęskniłam za Blotem i jego niewidocznością na twarzy, drobniutkim zmieleniem i transparentnością. Planuję powrót!

Seche Vite - ulubiony top do paznokci, do którego w kółko wracam [ mam już of kors następną buteleczkę w użyciu! ], a dzięki Seche Restore mogę zużyć do ostatniej kropli :)


JMO, honey & hibiscur hair reconstructor - świetny produkt, który głęboko odżywia i wygładza włosy - jestem nim zachwycona i w użyciu mam kolejne saszetki! :)

Bath & Body Works, żel antybakteryjny o zapachu Sweet Pea - fajny, ale miałam wrażenie, że mało wydajny. Niemniej zapach uwielbiam i cieszę się, że kupiłam duże opakowanie tego żelu - teraz mogę do woli uzupełniać to kieszonkowe opakowanie :)

Bania Agafii, białą glinka myjąca do włosów i ciała - zużyłam w całości do włosów, glinka fantastycznie oczyściła włosy na długości i u nasady, cieszę się, że mam drugie opakowanie w szufladzie :)

Reszta to próbki, które nie zrobiły na mnie większego wrażenia i cieszę się, że się ich pozbywam ;)

Uffffff, w końcu! Ten post to istny tasiemiec! W trakcie pisania musiałam sobie zrobić przerwę na obiad i potem na lodowy deser ;)



Piszcie szybko w komentarzach, czy znacie któreś z tych kosmetyków i jak tam Wasze denko lipcowe! :)

Czerwcowe zakupy | lepiej późno niż wcale ;)

Witajcie! :)

Tak, mija połowa lipca, a ja o czerwcowych zakupach, dobrze widzicie ;) Wyznaję jednak zasadę jak w tytule posta, wiecie - co się odwlecze itd ;) W czerwcu wpadło mi w ręce dość sporo pielęgnacji, czyli to, co tygryski lubią najbardziej :) Zapraszam do oglądania :)


Na początku czerwca w Naturze była promocja na odżywki do włosów i dwie powyższe kupiłam za niecałe 6 zł. Garnier Ultra Doux z aloesem to porażka, którą już Wam opisywałam, a Shauma Moc Keratyny jeszcze czeka na swoją kolej. Olejek do włosów Sesa zagościł u mnie, bo od dawna miałam ochotę na indyjski olejek, a ten udało mi się kupić w całkiem okazyjnej cenie, chyba 20 zł. Używam go już od czerwca na skórę głowy, ale muszę uprzedzić, że zapach jest mocny i bardzo długo utrzymuje się na włosach.


Pozostając we włosowych tematach, zaopatrzyłam się poprzez Atelier Bernady w Krakowie w sprawdzone już przeze mnie szampon i balsam do włosów na kwiatowym propolisie z Receptur Babuszki Agafii. Mają boskie zapachy i świetnie działają, no i wielka pojemność za małą cenę to ich zdecydowane atuty :) Za każdą z 600 ml butli zapłaciłam około 15 zł [ nie pamiętam dokładnie ]. Następnie saszetki z miodowo hibiskusowym rekonstruktorem John Masters Organics. Cudo, którego zapragnęłam po recenzji Megdil. Kupiłam sobie kilkanaście saszetek [ każda po 10 ml ] po 1,90 zł w internetowym sklepie Naturnika, bo wyszło mnie to zdecydowanie taniej niż pełnowymiarowe opakowanie [ które kosztuje około 120 zł ]. Używam i jestem zachwycona ♥


Teraz czas na łupy z The Body Shop. Podczas pobytu w Warszawie, wraz z Eskiem i Agatą wesoło brykałyśmy po Złotych Tarasach, czego skutki możecie teraz podziwiać ;) Nie mogłam nie kupić znanego mi już [ dzięki Agacie, btw ;) ] cudownego brzoskwiniowego żelu pod prysznic Vineyard Peach [ 15 zł z 25 zł ] i nie skusić się na apetycznie pachnący żel Passionfruit [ 12,50 zł z 25 zł ]. Marakuja okazała się na tyle cudowna, że nie mogłam odmówić sobie masła do ciała z tego samego wariantu zapachowego [ 39 zł z 69 zł ]. Mniam!


Ciąg dalszy warszawskich zakupów, czyli Bath & Body Works. Pierwszy raz byłam w tym sklepie, fajne przeżycie, mnóstwo zapachów i podobał mi się patent z umywalką, przy której możemy wypróbować pianki do rąk. Wybrałam dość dużo rzeczy, ale u mnie została tylko część, bo resztę rozdałam rodzinie i przyjaciołom :) Od lewej - pianki do mycia rąk Sweet Pea i Sea Island Cotton [ każda po 14,50 zł z 29 zł ], duży żel antybakteryjny o zapachu Sweet Pea [ 29zł, bez promocji, ale i tak się opłacał, bo ma 225 ml  ], mgiełka do ciała o zapachu Sweet Pea [ 37 zł z 69 zł ] oraz dwa małe żele antybekteryjne - Sweet Pea i Sweet Tangerines [ każdy po 7,99 zł ] . Chyba już się zorientowałyście, który zapach podbił moje serce? ;)


Tu też Warszawa i spontaniczne wejście do Superpharmu [ Bo Esy chciała Essie - to wszystko przez Nią! ;) ], które zaowocowało kupnem świetnego kremu do rąk z Nuxe o zapachu słynnego suchego olejku firmy [ 29,99 zł ], żelu pod prysznic [ 14,99 zł - w takiej cenie miałam go nie wziąć?! ] i ulubionej emulsji matującej z filtrem SPF 50 z Vichy [ w promocji za 44,24 zł z 58,99 zł ].


Zmywacz z Essence [ tak, już pusty ;) kosztował 6 zł ], który był moim ulubieńcem, jednak zauważyłam, że ta butelka przesuszała mi paznokcie i płytka zaczęła się rozdwajać, więc już do niego nie wrócę. Seche Vite to mój must have, zamawiam na allegro, można go tam znaleźć za kilkanaście złotych :) Coby SV smutno w kopercie nie było, za 5 zł dorzuciłam róż z Astora w odcieniu 008 Brown Berry- świetny, zimny kolor, którego używam czasem jako bronzera.


To już wszystkie moje czerwcowe kosmetyczne nowości, jestem z nich zadowolona, głównie z warszawskich łupów :) 

EDIT: Fail, zapomniałam o moim najpiękniejszym nabytku! Chodzi o szminkę z MAC w odcieniu Brave, na którą namówiły mnie dziewczyny w Warszawie! Po prostu mam ją zawsze w torebce i używam codziennie, same rozumiecie ;)

Wpadło Wam coś w oko? 
Znacie te kosmetyki?

Ulubione w czerwcu :)

Cześć! :)

Czerwiec był miesiącem kosmetycznego zadowolenia. Oprócz felernej aloesowej odżywki do włosów z Garnier Ultra Doux nie miałam żadnych zawodów pielęgnacyjnych i makijażowych, wręcz odwrotnie - na nowo polubiłam kilka kosmetyków, które po krótszej lub dłuższej nieobecności powróciły do mojej łazienki i odkryłam kilka zupełnie wcześniej nieznanych, a godnych uwagi, produktów :) Te, które zyskały moje największe uznanie w czerwcu, zobaczycie w dzisiejszym poście :)

Z niekosmetycznych ulubieńców jest jedna rzecz, a w zasadzie wydarzenie - wyjazd do Warszawy! Magiczne spotkanie z Eskiem, Floreskiem i Smarującą Agatą na długo zapadnie mi w pamięć! ♥


La Roche Posay, Effaclar, żel do mycia twarzy. Postanowiłam do niego wrócić po latach używania i to był świetny pomysł! W duecie z kremem do twarzy Effaclar Duo moja cera już prawie wróciła do siebie po straszliwej przygodzie z Redermikiem R :) Żel świetnie oczyszcza, ściąga pory i ujarzmia tłuste partie mojej mieszanej skóry. Dodatkowo jest niesamowicie wydajny - to, co widzicie na zdjęciu, to zużycie z prawie półtora miesiąca! :)

Mgiełka do ciała z Bath & Body Works o zapachu Sweet Pea. Podobno najlepiej sprzedający się zapach marki. Ja się nie dziwię, jest świetny - świeży, energetyzujący i bardzo pozytywny :) Psikam się nim co rano, odkąd wróciłam z Warszawy! Kupiłam w sklepie firmowym za 37 złotych.

Vichy, Capital Soleil, emulsja matująca z SPF 50. Dwa słowa - ukochany filtr! Sprawdza się fenomenalnie, nie bieli, nie zostawia tłustej warstwy, rzeczywiście matuje, a moje skóra go kocha :) Recenzowałam go już w zeszłym roku, wtedy używałam wersji SPF 30. Obecny egzemplarz kupiłam w SuperPharm w promocji za 44,24 zł.

Nuxe, Reve de Miel, krem do rąk. W Warszawie moja skóra, zwłaszcza dłoni, bardzo źle zareagowała na tamtejszą wodę - dłonie zaczęły mi się nieestetycznie łuszczyć :( Z pomocą przyszła mi Agata, która użyczyła mi kremu do rąk z Nuxe. Użyłam raz i przepadłam, jako, że jestem zwolenniczką zapachu suchego olejku firmy, a krem do rąk jest z tej samej linii i pachnie i d e n t y c z n i e ! :) Szczęśliwym trafem był na promocji w SuperPharm'ie [ 29,90 zł ] i kupiłam go bez wahania. Krem świetnie nawilża, wystarczy odrobina i nie pozostawia tłustej warstwy. Lof, lof!


Essie w odcieniu Watermelon, który wygrałam już kilka miesięcy temu u Anne Mademoiselle, zdecydowanie umilał mi czas w czerwcu. To żywy, mocny i naprawdę wakacyjny odcień! Miałam go na paznokciach w kończącym się miesiącu dwa razy, a dziś wieczorem planuję nałożyć kolejny :)

Lefrosch, Pilarix mini, krem mocznikowy. Cudo! Krem dostałam podczas bocheńskiego spotkania blogerek i prawdę powiedziawszy, nie wiedziałam, jak go ugryźć ;) Ale potem poczytałam ulotkę i doszłam do wniosku, że skoro jest do suchych partii ciała, w tym stóp, to może tam go spróbuję? I to był strzał w dziesiątkę, bo po kilku aplikacjach moja słoniowa skóra na stopach zaczęła przypominać ludzką :D Nie jest idealnie i pewnie nigdy nie będzie, ale ten krem zrobił więcej, niż niejeden drogi specyfik do stóp. Z pewnością będę do niego wracać :)

L'Oreal, Mythic Oil. To wspaniały olejek do włosów, który podarowała mi jakiś miesiąc temu Lipstick And Kids. Stosuję go na mokre, osuszone ręcznikiem włosy. Aplikuję pompkę na końce [ od ucha w dół ] i czasem drugą pompkę na grzywkę i górne partie włosów. Nie przetłuszcza, nie strąkuje włosów. Wygładza je pięknie, baby hair mniej odstają, włosy są mięciutkie, same się układają tak, jak lubię, a dodatkowym bonusem jest przyspieszenie wysychania! Nakładam Mythic Oil na włosy i chodzę z nim kilkanaście minut zanim zacznę suszyć suszarką i do tego czasu włosy mam już prawie wyschnięte, a to niezły wyczyn, bo moje włosy same schną do dwóch godzin! :) Jestem zachwycona i na razie nie przewiduję zmian w tym obszarze ;)

MAC, pomadka w odcieniu Brave. Namówiły mnie na nią w Warszawie Dziewczyny [ Agata i Esek ] i nie żałuję! Uwielbiam ją szaleńczo i zawsze przy sobie [ na sobie, w sensie -  na ustach, też! ] noszę! Genialny odcień, w którym czuję się świetnie ♥


Ulubieńcy czerwca bardzo pielęgnacyjni, ale w sumie w makijażu niewiele się ostatnio zmienia, wciąż używam tych samych produktów. Jak jest u Was?
Podzielcie się ze mną swoimi ulubieńcami w komentarzach!