Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem do twarzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem do twarzy. Pokaż wszystkie posty

Norel | serum, krem i tonik z kwasami

   
Motywacyjnego kopa, którego dostałam przedwczoraj od Smarującej Agaty wciąż czuję na tyłku i to za jego sprawą [ kopa, nie tyłka rzecz jasna ] czytacie dzisiejszy post :)

Odkąd usłyszałam o firmie Norel, miałam chętkę na coś o nich. Najbardziej na tonik kwasowy, jak chyba każdy, bo to ich sztandarowy produkt. W ogóle marka wydaje mi się fajna - polska, profesjonalna, wszyscy chwalą - nic tylko brać. Tonik kupiłam na targach kosmetycznych jakieś półtora roku temu, potem przydarzył się krem do twarzy dostany na spotkaniu blogerek pod Lublinem, a na samym końcu serum, kupione na ostatnich targach kosmetycznych w listopadzie. Byłabym zapomniała - miałam jeszcze żel do mycia twarzy ze spotkania blogerek, ale dawno już go zużyłam i wyrzuciłam.


No i teraz najważniejsze - co ja sądzę o tych kosmetykach? Otóż mam odczucia mieszane, w kierunku negatywnych. Nie chce mi się dokładnie opisywać każdego z nich, będzie więc w kilku zdaniach.

Tonik kwasowy jest strzałem w 10, serio. Wiem, że teraz jest lepsze opakowanie, bo z pompką, kiedyś i ja będę je mieć. Na razie radzę sobie spokojnie z dozowaniem przez dziurkę. Tonik genialnie sprawdza się przy mojej tłustawej cerze i fajnie złuszcza to, co trzeba, bez jaszczurowatej wylinki. Jest na tyle delikatny, że można go stosować dość często [ ja mniej więcej co 3 dzień ], wklepuję go też pod oczy. Widzę ogólne wygładzenie i wyrównanie koloru, po prostu działa. Używam od połowy listopada 2014 i ledwo połowa za mną, nieźle.


Czego niestety nie można powiedzieć o kremie do twarzy. Jest to krem nawilżający z linii Sensitive, ma SPF 15. Ja wiem, że on nie do mojej cery, bo ani ona wrażliwa i naczyniowa, ale łudziłam się, że będzie dobrze nawilżał i nadawał się pod makijaż w okresie, kiedy mocniej się złuszczam [ w zimie oprócz toniku kwasowego stosuję też czysty kwas co 10 dni ]. Okazało się, że jest mega tłusty, przypomina mi konsystencją kremiki Ziai za 6 zł i prawie w ogóle się nie wchłania. No i makijaż nie trzyma się zbyt dobrze na nim. Powędruje chyba do Mamy albo koleżanki z wybitnie suchą cerą, może im będzie lepiej służył. Ogólnie używałam go może jakiś miesiąc.


Ostatnia rzecz to serum żurawinowe, napinające. Naczytałam się o nim peanów i listów dziękczynnych, a to się okazało dość byle jakie. Dawno się tak nie zawiodłam. Kosztowało chyba 50 zł, coś koło tego na targach. Po pierwsze nie podoba mi się zapach, który jest naprawdę sztuczny, nie wiem, co oni tam dodali. A działanie? Nijakie. Równie dobrze mogłabym serum nie używać. Jest żelowe i szybko się wchłania, a skóra po zastosowaniu jest taka sama jak przed. I nie pomogło tu systematyczne używanie od 14 grudnia, nie widzę napięcia, liftingu ani innych ujędrnień.

Jakoś mi odeszła ochota na dalsze poznawanie marki, nie dla mnie ona. A szkoda, bo interesowała mnie jeszcze ich nowa seria, Multivitamin się zwie, ale teraz żal mi kasy, bo jednak szanse są przeciwko mnie ;)

Kosmetyki z TkMaxx'a

Hej :)

Uwielbiam buszować po kosmetycznym dziale TkMaxx'a, przyznaję się bez bicia. Nie zawsze coś kupuję, ale najczęściej wychodzę z jakąś perełką. Koleżanki, które czasem mi towarzyszą w zakupach się dziwią, bo dla nich wszystkie te kosmetyki są zupełnie nieznane, nie kojarzą marek. Ja, od kilku lat pod wpływem blogów polskich i zagranicznych, jutubów także, jestem trochę w tym przeszkolona i potrafię wypatrzyć coś ciekawego. 


W ostatnim czasie złapałam tam kilka kosmetyków, mam je teraz w użyciu i pomyślałam sobie, że to ciekawy temat na post. Wyliczając, z TkMaxxowych półek zgarnęłam: odżywkę do włosów Yes to Carrots, krem do twarzy Sukin, antyoksydacyjne serum pod oczy Sukin, masło do ciała Soap & Glory, peeling do ciała Fresh Petals i duo lakierów Orly. Nie jest tego dużo, ale całkiem ciekawa gromada.


Yes To Carrots, odżywka do włosów - swego czasu te kosmetyki były dostępne w Sephorach, ale niestety je wycofali, teraz są już nie do dostania u nas. A szkoda, bo ostatnio na Instagramie mignęła mi seria kokosowa :( Odżywka ma pół litra, więc objętość godna, ma fajne wciskane zamknięcie, można ją postawić na głowie, a plastik jest miękki, więc nie ma problemu z wyciskaniem produktu. To fajowa codzienna odżywka, która, obojętnie od nakładanej ilości, nie obciąży włosów. Ładnie pachnie, wygładza włosy i jest po prostu przyjemna w użyciu. Teraz żałuję, że nie wzięłam jeszcze wersji ogórkowej, ale cóż - nie można mieć wszystkiego ;) Cena ; 34,90 zł / 500ml

Soap and Glory, Righteous Butter, masło do ciała - kiedy jakoś przed Świętami zobaczyłam w TkMaxxie kosmetyki tej firmy, chciałam wziąć wszystkie! Ale potem opamiętałam się, bo niewiele z nich znałam - były jakieś chusteczki do demakijażu, krem pod oczy, wyszczuplające balsamy i coś jeszcze. Zdecydowałam się na coś, co kojarzyłam i nie żałuję - masło ma  g e n i a l n y  zapach ♥ Udało mi się też wybrać niemacane ^^ Świetnie nawilża na długi czas, ma mega gęstą konsystencję, doprawdy masłowatą i bardzo żałuję, że już pół słoiczka za mną. Cena: 44,90 zł / 300 ml 

Petal Fresh, peeling do ciała - peelingi bardzo lubię, kiedy więc zobaczyłam ten dość duży słoik ze znajomej mi firmy [ miałam od nich odżywkę do włosów i była całkiem niezła ], capnęłam od razu. Ten peeling to taki codzienniak, bo drobinki [ pumeks i zmielona ziarna czegośtam ] są malutkie i zatopione w rzadkiej masie, ale przyjemnie masuje skórę. Nie jest to wielkie zdzieranie, oj nie, ale naprawdę przyjemne. Skóra jest potem odczuwalnie wygładzona i nie przesuszona. Zapach intrygujący, ale delikatny. Cena: 34,90 zł / 500 ml


Sukin, antyoksydacyjne serum pod oczy - wielki, jak na swoje przeznaczenie, bo aż 30 ml kosmetyk. Miał lekką konsystencję, funkcjonalne opakowanie z pompką, nie uczulał i nie podrażniał. Używałam go chyba równe pół roku [ taki jest też termin przydatności ] i nie zużyłam całości, ale i tak nieźle mi poszło. Przy regularnym stosowaniu [ w moim przypadku na noc ] zauważyłam, że skóra pod oczami jest lepiej odżywiona, delikatnie wygładzona i szybciej dochodzi do siebie, jeśli za krótko spałam [ always! ]. To nie cudotwórca, ale miło się go używało. Cena: 34.90 zł / 30 ml

Sukin, Rose Hip, nawilżający krem do twarzy - kupiłam razem z serum pod oczy, ale zaczęłam używać dopiero niedawno. To kolejny kosmetyk o wielkiej pojemności i stosunkowo krótkim czasie zużycia - 120 ml na pół roku. Challenge accepted :D Krem pachnie bardzo delikatnie, ma lekką, jakby wodnistą konsystencję i nie potrzeba go wiele, żeby dobrze nasmarować skórę. Szybko się wchłania, nie pozostawia białych smug i wysycha na półmatowo, podoba mi się to. Najlepsze jest jednak to, że jest doskonałą bazą pod makijaż, zauważyłam naprawdę dużą różnicę w trwałości tapety odkąd go używam, a nie zmieniłam nic oprócz kremu w ostatnim czasie. Cena: 34,90 zł / 120 ml

Orly, zestaw dwóch lakierów do paznokci Glitterbomb i Taffy - jestem łasa na lakiery Orly, przyznaję. Podobają mi się ich buteleczki i łatwość, z jaką się nimi maluje [ lakierami, nie buteleczkami ]. Mam kilka w kolekcji i wszystkich używam. Przygarnęłam więc i te dwa, logiczne przecież. Brokat zawsze się przydaje, zwłaszcza, że chwilę przed zakupem tej pary wywaliłam do śmieci zgluciały top Circus Confetti z Essence, potrzebowałam zamiennika. Nudziak jest dość przezroczysty, bo to chyba lakier do frencza, ale 4 warstwy [ tylko dla cierpliwych :p ] wyglądają bardzo ciekawie. Cena: 34,90 zł / dwupak

A Wy często kupujecie kosmetyki w TkMaxxie?

SYNCHROLINE | THIOSPOT ultra | krem do twarzy z filtrem SPF 50+

Cześć :)

Dzisiaj będzie o ochronie przeciwsłonecznej. Jest ona dla mnie bardzo ważna, z racji tego, że jestem bladziochem z mnóstwem pieprzyków i piegów, na które muszę uważać [ dzięki, Tato! ]. Nie opalam się w ogóle, zawsze na dłuższą słoneczną ekspozycję reaguję czerwoną, spaloną skórą, która potem się łuszczy, o brązowej opaleniźnie mogę pomarzyć ;) Ale nie ma tego złego, nie lubię leżeć plackiem na słońcu ;) Niemniej muszę odpowiednio zabezpieczać skórę codziennie, w tym też skórę twarzy. Tutaj jeszcze z innych względów - przede wszystkim, żeby ograniczyć starzenie się skóry i być zawsze piękną i młodą [ hłe, hłe, mówiłam Wam, że znalazłam u siebie w czerwcu aż 5 siwych włosów? Memento mori..... ], a także zapobiegać przebarwieniom. Od czerwca stosuję przepisany przez dermatolog krem na trądzik [ Epiduo, na pewno kojarzycie ] i przy nim obowiązkowa jest mocna ochrona przeciwsłoneczna. W związku z powyższym, bohater dzisiejszego posta idealnie wpasowuje się w moje letnie potrzeby :)


Mowa o kremie z filtrem Synchroline. Ach, zanim przejdę do właściwej recenzji - kosmetyk ten pochodzi ze współpracy z marką, czyli #dostaneniekupione. Zdecydowałam się na współpracę, bo oferta marki mnie interesuje, a kontakt z firmą od początku był na poziomie [ żadnego walenia na Ty, szeregu wymagań na dzieńdobry ]. Ale bez bulwersu proszę, opinia jest jak najbardziej niezawisła :)

Krem przychodzi zapakowany w kartonik, wszystko jest na nim ładnie opisane. W środku poręczna, smukła tubka, wygodny aplikator, a opakowanie na tyle miękkie, że nie ma problemu z wyciśnięciem produktu. Wadą jest jednak to, że praktycznie nie da się postawić tubki na zakrętce, bo jest lekko półokrągła. 

Krem ma lekką, ale treściwą konsystencję i wyraźny, biały kolor. W porównaniu z innymi filtrami, których już używałam, dość mocno bieli i pozostawia uczucie lepkości. Bielenie zanika po kilku minutach od nałożenia, lepkość też się zmniejsza. W sumie nawet nie mogę się przyczepić do tego delikatnego klejenia się, bo zauważyłam, że lepiej aplikuje mi się podkład mineralny na taką skórę. 


W kwestiach makijażowych, bo to przecież ważne - krem naprawdę mocno się świeci i to niestety nie znika po odczekaniu chwili, a nawet dwóch. Zazwyczaj przed nałożeniem podkładu, "osuszam" jeszcze twarz bibułkami matującymi i dopiero wtedy aplikuję podkład. Wtedy świecenie się trochę ogranicza, ale wciąż przebłyskuje. Po podkładzie mineralnym i pudrze prep+prime z MACa jest dobrze, nic się już nie świeci. Niestety  po jakichś 5 godzinach konieczne jest przypudrowanie twarzy. Skąd wiem, że to wina tego kremu? Sprawdziłam, kilka razy używając innego filtra - problem nie pojawił się. Nie przeszkadza mi to bardzo, bo jestem przyzwyczajona do poprawek, ale warto o tym wspomnieć. No i przez to świecenie nie zdecydowałabym się chodzić wyłącznie z filtrem na twarzy w dni bez makijażu.

Krem nakładam na uprzednio nawilżoną serum [ obecnie Caudalie z serii Polyphenol C15, to już moje drugie opakowanie, kocham tę serię ♥ ] skórę. Zrezygnowałam z kremu na dzień, zresztą mojej skórze tego wcale nie brakuje, bo czuję, że serum + filtr to wystarczająca dawka pielęgnacji na rano.  



Co do ochrony, to naprawdę muszę go pochwalić. Jest wysoka i bardzo dobra. Zresztą, jeśli już sięgać po filtry, to od razu po najwyższe - takie jest moje zdanie. Obawiałam się, że przy używaniu Epiduo, które jednak jest bardzo mocnym chemicznym niszczycielem [ wiem, że wiele dziewczyn obawia się używanie tego kremu w lecie, ale moja dermatolog zapewniła mnie, że przy odpowiedniej ochronie przeciwsłonecznej nie ma się czego bać ], na skórze pojawią się przebarwienia albo inne stwory. Krem Synchroline do tego nie dopuścił, do tego wciąż jestem blada jakbym przez ostatnie miesiące w bunkrze siedziała ;) Zresztą od kilku lat nie opalam twarzy, bo uważam za nieekonomiczne posiadanie kilku odcieni podkładów, haha ;)
Co ważne [ bo wiem z autopsji, że z tym przy filtrach jest różnie ], krem nie zapycha, nie powoduje podrażnień i nie wysusza skóry - plus!
Wydajność jest moim zdaniem przeciętna, wiadomo, że kosmetyku z filtrem trzeba jednak nałożyć trochę więcej niż standardowego kremu do twarzy. Krem Synchroline służy mi dzielnie od 27 maja, codziennie, z pojedynczymi wyjątkami. Szacuję, że wystarczy jeszcze na około tydzień używania.

Poniżej kilka informacji producenta o całej linii Thiospot i moim kremie:



Krem przypadł mi do gustu, bardzo dobrze spisuje się na mojej skórze i chroni ją podczas ekspozycji słonecznych. Drobne niedogodności typu świecenie można spokojnie zniwelować, więc jeśli szukacie dobrego filtra na lato, spokojnie możecie sięgnąć po Synchroline [ do znalezienia np w Superpharmach, ostatnio kilka razy widziałam ich produkty w promocji ] :)


A jak jest z Waszą ochroną przeciwsłoneczną?

Niedzielna relacja zakupowa | LUSH, Sukin

Witajcie :)


Dziś taki spontaniczny post zakupowy, bo okazało się, że niedziela stała się niespodziewanie dniem kosmetycznych nabytków :D Pojechaliśmy z Narzeczonym do kina na film Avengers: Age of Ultron [ swoją drogą uważam, że to jeden ze słabszych filmów Marvela, niby zatrzęsienie bohaterów na raz, akcja jakaś jest, ale po pierwsze film trwa zdecydowanie za długo, a po drugie niektórzy aktorzy sprawiali wrażenie znudzonych graniem. Niemniej fajnie było wybrać się do kina, no i czarny charakter - Ultron, był bardzo dobrze wykreowany - wieeeelki plus za świetny głos Jamesa Spadera, który gra Reddingtona w serialu Blacklist, kojarzycie?  ], a po kinie miałam chwilkę na szybką rundkę po TkMaxxie. Ja bym nie skorzystała, ja?! No więc pobiegłam jak zwykle na dział z kosmetykami i udało mi się wygrzebać kilka fajowych nowości!


Markę Sukin kojarzyłam wcześniej z wielu zagranicznych filmów na YT, zawsze była zachwalana. To marka z Australii, opiera swoje receptury na bogactwie natury, co odzwierciedla się w składnikach. Kiedy więc zobaczyłam kilka produktów do wyboru, a potem okazało się, że mają superowe składy z aloesem na początku, nie wahałam się, zwłaszcza, że i ceny były całkiem przyjazne - za każdy kosmetyk zapłaciłam 34.99 zł :) Duże pojemności [ odżywka do włosów 500 ml, krem do twarzy 120 ml, serum pod oczy 30 ml ], śliczna szata graficzna, porządne opakowania [ w przypadku serum pod oczy i kremu do twarzy są szklane ] i fajne ceny skłoniły mnie do zakupów. Dostępny był też żel do mycia twarzy, ale jego nie przytuliłam, bo z tej kategorii mam dość duże zapasy ;) Jeśli kosmetyki się sprawdzą, na pewno o nich za niedługo usłyszycie, bo już od dziś wskakują do mojej pielęgnacji.


No i teraz mój największy grzech..... Lush! Siostra Narzeczonego spędzała długi weekend w Pradze. I żyłabym w błogiej niewiedzy, gdyby nie jej "uprzejmy" telefon, że właśnie jest w Lushu i jak bym coś chciała, to następnego dnia mi podejdzie;) Dostałam małpiego rozumu i chyba ponad godzinę buszowałam na firmowej stronie i zastanawiałam się, co wybrać. Stanęło na żelu pod prysznic It's raining men [ 500 ml ] oraz na czyściku do twarzy Ultrabland [ 95 ml ]. Baaardzo się cieszę z tych nabytków, które dziś trafiły do moich rąk, jedyne, co mnie nie do końca zadowala, to ich horrendalne ceny... Wydaje mi się, że Lush w Czechach jest dużo droższy od tego z Anglii. Za obydwa kosmetyki zapłaciłam w przeliczeniu na złotówki 185 zł, czyli całkiem sporo. Mam jednak głęboką wiarę i nadzieję, że okażą się superzajebiste i warte tego wydatku :) Trzymajcie kciuki, żeby tak było!


Zafundowałam sobie niedzielną kosmetyczną rozpustę, ale przecież należało mi się! Po pierwsze w nagrodę za znalezienie nowej pracy, po drugie z okazji wiosny/lata, po trzecie na poprawę humoru, a po czwarte "bo tak" ! :)

Ulubieni w grudniu :)

Witajcie :)

Grudzień minął mi szybko, pod znakiem pracy i ogólnego zmęczenia materiału. W ogóle nie poczułam atmosfery Świąt, nawet nie zdążyłam zamontować u nas w domu choinki i żadnych ozdób... Ale koniec z narzekaniem, ma być o tym, co się sprawdziło :D

Kosmetycznie trzymałam się raczej sprawdzonych produktów, niewiele nowości wprowadziłam do użytku, stąd też grono ulubieńców jest dość liche, to tylko 4 produkty. Za to warte uwagi, więc czytajcie!:)


Yves Rocher, mleczko do ciała karmelizowana gruszka - gdyby nie post Smarującej Agaty o świątecznych nowościach z YR, nie zwróciłabym uwagi na tę limitkę. Także dzięki Agatko! :* Poszłam do salonu, powąchałam tester i od razu capnęłam butelkę mleczka do ciała dla siebie. Teraz dumam jeszcze nad wodą perfumowaną z tej serii :) Mleczko przyjemnie się rozprowadza, szybko wchłania, a zapach utrzymuje się na skórze przez jakąś godzinę - lubię to. Karmelizowana gruszka rzeczywiście pachnie gruszką, ma lekko kwaskowatą nutkę, ale ogólnie jest słodka. Co tu dużo mówić - lećcie powąchać do salonu, póki możecie! :) Ja już zaopatrzyłam się w świeczkę z tej serii i prawie całą wypaliłam^^. Mleczko kosztuje bez promocji 19,99 zł. Ma 400 ml i niestety jest bez pompki, podobno można ją dokupić osobno, ale sory, bez pompki też da się żyć ;)

Bourjois, 123 Perfect CC Cream - kupiłam jakieś dwa albo trzy miesiące temu i od tamtej pory często po niego sięgałam, a już w grudniu praktycznie nieprzerwanie. Świetny, blady kolor [ 31 Ivory ], naprawdę mocne krycie i fakt, że nie podkreśla suchych skórek [ a tych mam dużo, bo się kwaszę ] jak szalony, czynią z niego ulubieńca :) Odpowiednio zagruntowany [ w sensie przypudrowany ;) ] utrzymuje się cały dzień, czasem jedynie z nosa się ściera szybciej. Kupiłam za 26 zł w promocji w Super Pharm.

Isana Med, Urea Shampoo - kupiłam z czystej ciekawości i z powodu ceny - kosztował 2,99 zł. Okazało się, że to bardzo przyjemny szampon oczyszczający! Nie ma silikonów, zawiera mocznik, świetnie radzi sobie ze zmywaniem olejów i oczyszczaniem włosów. Lubi splątać kosmyki, ale od czego są dobre odżywki? Dla mnie to świetny i tani szampon, na pewno będę do niego wracać.

Kiehl's, Ultra Facial Moisturazer - emulsja nawilżająca, którą znalazłam w świątecznej paczce od Irenki. Marka Kiehl's od dawna mnie interesowała, z chęcią więc zaczęłam używać tego produktu. Potrzebowałam czegoś, co będzie w stanie poradzić sobie z "wierzchnią" suchością mojej skóry, która pojawia się przy stosowaniu kwasów i okazało się, że ta emulsja świetnie się spisuje. Używam jej na noc po zastosowaniu toniku z kwasem i rano zamiast kremu. Konsystencją przypomina mi Cetaphil, ale wchłania się dużo szybciej. Zużyłam już ponad pół buteleczki [ 30ml ], mam nadzieję, że wystarczy na kolejny miesiąc :)

Wpadło Wam coś w oko?
A może znacie te kosmetyki? :)

Ulubieńcy | MAJ '14

Dobry wieczór wszystkim :)

Końcem każdego miesiąca nastaje czas podsumowań, nie zabraknie ich i u mnie. Zacznę od przedstawienia Wam kosmetycznych ulubieńców kończącego się już maja.


Siódemka ostatnio patronuje moim postom [ pamiętacie siedmiu wspaniałych z kategorii usta? ], ale o ile w poprzednim poście była to liczba zamierzona, tak dziś zadecydował o niej przypadek ;) 

Pierwszym ulubieńcem jest płyn micelarny z Bourjois, po który w maju sięgnęłam pierwszy raz. Micel pozytywnie mnie zaskoczył, wyśmienicie się sprawuje i zmywa z twarzy wszystko, nie podrażniając skóry i nie pieniąc się na niej. Woda toaletowa Caudalie w wariancie The des Vignes [ białe piżmo + neroli + imbir ] całkowicie podbiła moje serce i używam jej codziennie od dnia zakupu. Zapach jest mocny i świeży, nawet Narzeczonemu się podoba [ a to nie lada wyzwanie! ] Aloe Sun BB Cream od Skin Food towarzyszył mi przez cały maj - świetny odcień, wystarczające krycie, ładny zapach i filtr SPF 20 PA+ składają się na bardzo dobry produkt i nie żałuję, że po zużyciu kilku próbek skusiłam się na pełnowymiarowe opakowanie :) Effaclar Duo + to powrót po latach. Produkt tak skuteczny, jakim go zapamiętałam, zauważalnie poprawia stan mojej cery. Nie widzę różnic w działaniu przy tym nowym, podobno ulepszonym składzie, więc bez obaw. Teraz zaskoczenie miesiąca: Ziaja, jaśmin w kremie, krem pod oczy 50+ [ bynajmniej nie SPF ;) ]. Krem poleciła mi Egri.Hempe i z ciekawości kupiłam go, nie było mi żal, bo to tylko 10 zł. Stosuję go grubą warstwą na noc i jestem bardzo zadowolona - dobrze nawilża, jest treściwy i nie podrażnia oczu. Odżywcza pomadka z peelingiem Sylveco szturmem wdarła się w moją pielęgnację ust i szybko z niej nie zrezygnuję - dzięki niej mogę nosić mocne kolory na ustach bez zamartwiania się o ich wygląd. Na koniec powtórka [ serio, nie zrobiłam tego celowo! ] z rozrywki, czyli produkt, który pojawił się w poprzednich ulubieńcach - to chyba o czymś świadczy? Mowa o różu do policzków Catrice z edycji limitowanej Rocking Royals, w którym po prostu świetnie się czuję :)

Znacie moich ulubieńców? 
Coś zachęciło Was do bliższego poznania? 
A może u Was któryś z mojej siódemki się nie sprawdził? 
Napiszcie w komentarzach! :)

Redermic R - dziękuję !

Dziękuję za super przystępną cenę 129 złotych.
Dziękuję za 3 miesiące męczarni co trzeci dzień.
Dziękuję za brzydki, chemiczny zapach.
Dziękuję za pozostawienie mojej twarzy w kompletnej ruinie, z której nie mogę jej podnieść po 2 miesiącach od odstawienia. 



Dziękuję, że nie dajesz o sobie zapomnieć po tak długim czasie.
Dziękuję za zaczerwienienia i podrażnienia występujące losowo podczas kuracji.
Dziękuję za to, że byłeś u mnie bombą z opóźnionym zapłonem.
Dziękuję za każdą podskórną gulę na linii żuchwy - niektóre są ze mną do dziś!



Dziękuję za to, że spełniłeś jedynie cząsteczkę zapewnień producenta. Zresztą, kogo to obchodzi, jak działałeś? Ważne, że to robiłeś!
Dziękuję za to, że magicznie sprawiłeś, że każdy podkład warzy mi się na twarzy, o tym właśnie marzyłam na wiosnę!
Dziękuję za przebarwienie na prawym policzku, które pojawiło się pomimo rygorystycznego stosowania filtrów [ SPF 50 ]
I na koniec dziękuję sobie za wytrwałość, bez której nie osiągnęłabym powyższych spektakularnych efektów kuracji!



A tak na serio - jak to było z tym Redermikiem R?
Niestety, właśnie tak, jak piszę - beznadziejnie! Z zaparciem używałam go przez 5 miesięcy, bez większych widocznych efektów. Owszem, zauważyłam spłycenie zmarchy między brwiami, ale po odstawieniu kremu wszystko wróciło do normy, czyli zmarcha jak była, tak i jest. To, co podobało mi się w Redermicu R, to fakt, że jakby wyciągał zaskórniki [ zwłaszcza te na nosie ] bliżej powierzchni skóry i kiedy stosowałam plastry na nos, działały one bardziej skutecznie. Niestety i ten efekt zniknął po odstawieniu kremu. Czyli efektów długofalowych brak. To znaczy tych pozytywnych, bo negatywne się świetnie utrzymują, na moje nieszczęście...



Ja Redermiku R nie polecam, zupełnie nie sprawdził się na mojej cerze. 
Miałyście do czynienia z tym gagatkiem?




Caudalie, Vinosource - krem sorbet nawilżający

Witajcie w Nowym Roku! :)


Jak spędziłyście Sylwestra? My z Narzeczonym bardzo przyjemnie - w piżamach! Najpierw, jak co roku, upiekliśmy ciasto [ tym razem padło na piernik ], potem wykąpaliśmy psa [ nawet pysk ma wyszorowany... szczoteczką do zębów! ;) ] i oglądaliśmy seriale. O północy obejrzeliśmy sztuczne ognie. Kebab najpierw przyszedł do otwartego okna, popatrzył, posłuchał i po chwili  z pogardą zdecydował, że jednak mu się to nie podoba i z godnością poszedł się położyć w przedpokoju ;)

Postanowiłam Nowy Rok zacząć od recenzji. A jeśli recenzja, to czemu nie opisać produktu mojej ulubionej marki, który mnie zachwycił? Przedstawiam Wam krem sorbet nawilżający od Caudalie.


Krem jest z linii pielęgnacyjnej Vinosource, przeznaczony do ceru suchej i wrażliwej, ale ja z moją mieszaną skórą pokochałam go po kilku próbkach i wiedziałam, że spotkanie z pełnowymiarowym opakowaniem nas nie ominie :) I tak, jakiś czas później, dzięki informacji od koleżanki blogerki [ Cocaron, dzięki raz jeszcze! ], zdobyłam go okazyjnie na allegro, za ok. 50 zł. Cena regularna tego kremu to, w zależności od apteki, ok. 90 zł.


Krem sorbet gości w mojej łazience od początku października i znakomicie wpisał się w codzienną poranną pielęgnację twarzy. Mieści się w 40 ml tubce z miękkiego plastiku i ma wygodny dozownik, przez który łatwo wycisnąć odpowiednią ilość kremu. Całość stoi na zakrętce, więc nie ma problemów z wyciśnięciem, choć podejrzewam, że za jakiś czas i tak rozetnę tubkę - nie znoszę marnowania kosmetyków, zwłaszcza tych świetnych ;) 

Szata graficzna, jak przystało na Caudalie - skromna, ale ładna. Na tubce są wszystkie najważniejsze informacje - pojemność, sposób aplikacji, termin przydatności po otwarciu. Krem pod zakrętką był zafoliowany, więc mamy pewność, że przed nami nikt do niego się nie dobierał. Przy zakupie znajduje się w kartoniku z dokładnym opisem i składem, ale moja wersja, kupiona na allegro, przyszła bez kartonika [ podejrzewam, że stąd niska cena ].


Krem sorbet, zgodnie z nazwą, ma bardzo lekką konsystencję, odrobinę puchatą, jakby wodno - żelową. Po rozsmarowaniu na skórze staje się przezroczysty i idealnie wchłania w skórę. Od razu czuć nawilżenie i rozluźnienie skóry - niweluje nawet najdrobniejsze uczucie ściągnięcia, skóra staje się miękka, a wszelkie suche skórki znikają. Doskonale łagodzi podrażnienia i uspokaja skórę. Idealnie nadaje się pod makijaż, który można nakładać już parę minut po aplikacji kremu. Nie powoduje szybszego świecenia się skóry i jest niekomodogenny.

Krem sorbet, jak każdy produkt Caudalie, nie zawiera parabenów, olei mineralnych, SLSów, ftalanów, składników pochodzenia zwierzęcego. Skład jest całkiem przyjemny i choć nie znam się na tym za bardzo, widzę, że jest woda winogronowa i masło shea na początku :)

Skład: Aqua (Water), Vitis Vinifera (Grape) Fruit Water*, Dicaprylyl Ether*, Glycerin*, Butyrospermum Parkii (Shea Butter) Extract*, Hexyldecanol*, Hexyldecyl Laurate*, Behenyl Alcohol*, Glyceryl Stearate*, Erythritol, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Parfum (Fragrance), Tocopherol*, Lecithin*, Caprylyl Glycol, Mannitol*, Sodium Benzoate, Xanthan Gum, Palmitoyl Grape Seed Extract*, Vitis Vinifera (Grape) Juice*, Sodium Hydroxide, Glycine Soja (Soybean) Sterols*, Butylene Glycol, Sodium Citrate, Citric Acid, Chamomilla Recutita (Matricaria) Flower Extract*, Sodium Carboxymethyl Betaglucan, Sodium Phytate*, Potassium Sorbate, Biosaccharide Gum-1, Sodium Hyaluronate, Homarine Hcl, Glyceryl Caprylate*, Acetyl Tetrapeptide-15. 

*Plant Origin.



Ja kremu sorbetu Caudalie używam aktualnie na serum, które dodatkowo nawilża i chroni skórę [ It's Skin VC Effector ], ale na początku stosowania aplikowałam go solo i sprawdzał się równie dobrze, więc myślę, że jest świetną pozycją nie tylko na ciepłe miesiące. Idealnie działa na moją skórę podczas kuracji kremem Redermic R z La Roche Posay, zaczęłam go mocno doceniać dopiero przy tej kuracji. Redermic R potrafi naprawdę nieźle wysuszyć skórę [ ostatnio mam dziwny stan - skóra jest sucha, a jednocześnie bardzo szybko się przetłuszcza... ] i podnieść jej wrażliwość. Raz użyłam innego kremu na dzień i pamiętam, że po kilku godzinach uczucie suchości i podrażnienia było nie do zniesienia, twarz była zaczerwieniona. Szybko zmyłam twarz i nałożyłam potulnie sorbet - cera się odwdzięczyła praktycznie momentalnie :)



Pomimo tej sorbetowej konsystencji krem jest bardzo wydajny - szacuję, że będzie ze mną jeszcze co najmniej miesiąc, co da ponad 4 miesiące użytkowania - jak dla mnie całkiem nieźle, bo wcale go sobie nie żałuję :) Jest wystarczający na zimę [ o ile to, co aktualnie mamy za oknem, można nazwać zimą... ], zapewnia optymalne nawilżenie, nawet wrażliwej i suchej cery. Krem nie posiada filtra przeciwsłonecznego, co mnie akurat nie rusza, bo i tak stosuję osobne filtry przez cały rok.

Krem można stosować na dzień i na noc, ja używam go tylko rano, na noc nakładam Redermic R naprzemian z olejami.



Krem jest wart uwagi i jeśli macie suchą skórę i poszukujecie nawilżenia - przyjrzyjcie się mu! Jeśli, podobnie jak ja, jesteście w trakcie kuracji kwasami / innymi wysuszającymi specyfikami i szukacie ukojenia i nawilżenia - nie wahajcie się! :) Ja na pewno powrócę do tego kremu w przyszłości!


Miałyście do czynienia z sorbetem Caudalie?

P.S. Podsumowań roku nie będzie! Nie, bo nie! ;)

SIQUENS MedExpert, krem przeciwko niedoskonałościom skóry

Hej :)

Dziś kilka słów o kremie do twarzy, którego używam codziennie od końca kwietnia.
Krem do twarzy Siquens MedExpert przeciwko niedoskonałościom skóry znalazłam w jednym z GlossyBoxów dawno temu. Leżał grzecznie i czekał na swoją kolej, jakoś nie przyciągał mnie do siebie opakowaniem ani marką - nie ma rzucającej się w oczy szaty graficznej, ot zwykła tubka, a firma nie była mi wcześniej znana. Teraz żałuję, że tak późno się za niego zabrałam ;)


Krem znajduje się w odkręcanej tubce o pojemności 30 ml, oryginalnie zapakowany jest w kartonik [ oczywiście wyrzuciłam już dawno ;) ]. W środku jest biały krem o lekkiej konsystencji i przyjemnym, delikatnym zapachu. 

Od producenta: Siquens MedExpert krem przeciwko niedoskonałościom, dzięki zawartości NDGA, kwasu oleanolowego oraz ekstraktu roślinnego bogatego w protoberberyny, a także właściwościom osmotycznym i hamującym aktywność 5 - alfa – reduktazy, wszechstronnie walczy z niedoskonałościami skóry, likwidując przyczyny ich powstawania oraz redukując już istniejące.
Krem działa przeciwzapalnie i przeciwbakteryjnie*, normalizuje wydzielanie sebum, zwęża pory, redukuje zaskórniki i krostki. Dzięki kompleksowi minerałów (Ca, Cu, Mg, Zn) poprawia wygląd skóry,  zapewnia jej odpowiednie nawilżenie i przyspiesza regenerację. Nie podrażnia i nie wysusza.
Zawiera formułę DermoSekwencyjną ™ umożliwiającą stopniowe uwalnianie substancji czynnych i aktywne działanie kremu przez cały dzień lub noc.  
Nie zawiera parabenów ani parafiny. Przebadany dermatologicznie.



Bardzo spodobało mi się, że nie ma w nim parafiny i innych olejów mineralnych - mnie takie rzeczy zapychają niestety. Używam go codziennie rano i bardzo lubię go nakładać - ma przyjemną, jedwabistą konsystencję, szybko się wchłania, zostawiając skórę ładnie gładką i nawilżoną. 
Świetnie współpracuje z moim filtrem - nic się nie roluje, nie spływa. Wstarczy naprawdę mała ilość, żeby rozprowadzić go na twarzy, przez co jest jednym z moich najwydajniejszych kremów - to lubię :) 
Nie zmniejszył mi porów i nie zredukował zaskórników, ale nie oczekiwałam tego od niego. Rzeczywiście daje sobie radę z moją mieszano - tłustą skórą i mam dużo mniej niespodzianek na twarzy. 
Według mnie dla mojej młodej skóry ten krem jest bardzo dobrym dziennym kremem - odpowiednio nawilża i rzeczywiście przeciwdziała niedoskonałościom. Myślę, że kiedy się skończy, z przyjemnością do niego wrócę po wykorzystaniu zapasów :)



Chciałam Wam jeszcze donieść, że w Douglasach można natrafić na fajne trio miniatur z Biothermu: piankę do mycia twarzy 20 ml, tonik 30 ml i żel nawilżający 20 ml za 29 zł.
Są też zestawy miniatur z linii przeciwstarzeniowej za 45 zł, pisała o nich Czarna Ines.
Produkty w sam raz na wakacyjny wyjazd :)


Znacie kosmetyki Siquens? Może macie coś innego z tej firmy godnego polecenia?
 Miłego deszczowego wieczoru! :)


Jak doprowadzić się do stanu używalności, czyli poranna pielęgnacja twarzy w 5 krokach :)

Hej :)
Dziś przedstawię Wam mój codzienny rytuał budzący - bez tych zabiegów nie jestem w stanie w pełni się obudzić ;) Poniżej kilka mini recenzji moich ulubionych produktów i jeden, który jest dodatkowy - dołożyłam i używam go wyłącznie dlatego, że mam go już dość i chcę go wyrzucić ;)

Zaczynajmy!

Oto cała gromadka poranna:


A teraz po kolei:


KROK 1
oczyszczenie


Do mycia twarzy używam ostatnio namiętnie micelarnego żelu Be Beauty z Biedronki. Rano zmywam nim z twarzy resztki olejku / kremu nocnego i ewentualne paproszki z poduszki ;)Sprawdza się świetnie, o czym pisałam kilka dni temu [ KLIK ]. 

pojemność: 150 ml
Cena: ok 5 zł

KROK 2
tonizowanie


Polubiłam się z chusteczkami nawilżającymi do twarzy tak bardzo, że zastąpiłam nimi tradycyjny tonik. Miałam wcześniej chusteczki z serii Yes to blueberries, ale się skończyły i szczęśliwie natrafiłam na te aloesowe chusteczki z Alterry. Nie zawierają alkoholu, są przeznaczone do skóry suchej i wrażliwej. Mają wyczuwalny zapach, bardzo charakterystyczny dla produktów Alterry, ja go osobiście lubię. Chusteczki są mocno nasączone, jedna w zupełności wystarcza, żeby przetrzeć twarz, szyję i dekolt. Naklejka zaklejająca dostęp do chusteczek jest mocna i wytrzymała, więc nie ma mowy o ich wysychaniu w opakowaniu. Starczają na prawie miesiąc codziennego porannego używania - jest ich w opakowaniu 25 szt. Zaopatrzyłam się w kolejne 2 opakowania, bo akurat były na promocji w Rossmanie.
Na plus: nie zawierają syntetycznych barwników, silikonów, olejów mineralnych, emulgatorów, substancji zapachowych i konserwujących.

Skład: Aqua, Coco - Glucoside, Glycerin, Aloe Barbaensis Leaf Extract, Citric Acid, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Parfum, Linalool, Geraniol

zawartość: 25 chusteczek
Cena: 3,29 zł

KROK 3
oczy

Do pielęgnacji tej delikatnej części twarzy używam dwóch produktów, które w duecie spisują się u mnie idealnie - nawilżają, zmniejszają cienie i poranną opuchliznę.


Pierwszym produktem jest moje odkrycie z okresu wakacji - Brightening Eye Roller z Yes to Blueberries - jagodowy roll on rozświetlający. Używam go od sierpnia codziennie rano, a zostało mi jeszcze pół opakowania - jest bardzo wydajny! Po tak długim stosowaniu widoczne są efekty - mam ogólnie coraz mniejsze cienie pod oczami, skóra jest po nim przyjemnie napięta, no i przede wszystkim metalowa kulka aplikująca świetnie chłodzi okolice oczu po przebudzeniu. Stosuję go pod oczy i na powieki. Ma specyficzny zapach , którego nie jestem w stanie porównać do niczego, jagody to to na pewno nie są ;) W 99% jest z naturalnych składników, bez parabenów i SLSów. Kupiłam go w Seporze.

Skład [żródło]: WATER, VACCINIUM CYANOCOCCUS (BLUEBERRY) FRUIT JUICE, GLYCERIN, ALOE BARBADENSIS LEAF EXTRACT*, ACACIASENEGAL GUM, HYDROLYZED RHIZOBIAN GUM, ORYZA SATIVA (RICE) BRAN EXTRACT*, ARCTOSTAPHYLOSUVAURSI (BEARBERRY) LEAF EXTRACT*, AESCULUS HIPPOCASTANUM (HORSE CHESTNUT) SEED EXTRACT, PRUNUS AMYGDALUS DULCIS (SWEET ALMOND) OIL, LEUCONOSTOC FERMENT FILTRATE, SUPEROXIDE DISMUTASE, LECITHIN*, SOYBEAN PEROXIDASE, GLYCERYL CAPRYLATE, XANTHAN GUM, PHENETHYL ALCOHOL.

pojemność: 14,7 ml
cena: 99 zł / ja na promocji kupiłam go za 29 zł


Drugi produkt to żel do powiek i pod oczy ze świetlikiem i chabrem bławatkiem z Flos - Lek'u. Uwielbiam wszystkie żele tej firmy, ostatnio padła akurat na ten, bo miałam podrażnione oczy od pracy przy komputerze, a ten jest dedykowany dla osób pracujących przy monitorze. Jest to przezroczysty żel o prawie niewyczywalnym świeżym zapachu, świetnie wchłaniający się, doskonały pod makijaż. Ja często wkładam go na kilka minut do lodówki, żeby dodatkowo działał chłodząco :) Uwielbiam te żele, nie jestem w stanie zliczyć zużytych opakowań. Są też wersje w słoiczkach, ja jednak wolę te w tubce ze względu na bardziej higieniczną aplikację, Na plus: działanie, wydajność i niska cena.

Skład [żródło] : Aqua, Pentylene Glycol, Propylene Glycol, Centaurea Cyanus Flower Extract, Euphrasia Officinalis Extract, Panthenol, Butylene Glycol, Chamomilla Recutita Flower Extract, Bisabolol, Glucose, Salvia Officinalis Leaf Extract, Althaea Officinalis Root Extract, Triethanolamine, Carbomer, Decylene Glycol.

Pojemność: 15 ml
Cena: ok 8 zł


KROK 4
serum

Jest to krop opcjonalny, zazwyczaj nie stosuję takich specyfików, ale aktualnie próbuję zużyć poniższego delikwenta, na którego moją jedyną reakcją jest: bleh...


Mowa o serum rozświetlającym korygującym niedoskonałości Luminescence od Lierac'a.
Produkt był w którymś BlossyBox'ie. Nie robi kompletnie nic wartego uwagi. Jest w postaci bardzo lejącego się płynu, przy aplikacji przelewa się przez palce... Po nałożeniu zostawia dziwną perłową poświatę na twarzy [samo opakowanie jest opalizujące w perłę, nie udało mi się tego uchwycić na zdjęciu] i wybiela twarz do tego stopnia, że wyglądam na chorą... Nie zauważyłam żadnego nawilżenia, a korygowanie niedoskonałości można między bajki włożyć. Jedyną przyjemną rzeczą jest zapach, który mi się spodobał i tylko dla niego używam tego produktu. Na szczęście po nałożeniu kremu serum już nie widać. Używam, żeby zużyć, nie polecam nikomu i nigdy nie kupię!

Skład do zobaczenia na stronie producenta: KLIK

pojemność: 8 ml - próbka, normalny produkt - 30 ml
cena: ok 160 zł

KROK 5
nawilżanie


Od ponad miesiąca używam kremu Wild Rose 24-hour moisturiser marki Korres i jestem zachwycona! Nigdy nie miałam aż tak nawilżającego kremu, który nie zapychałby mnie albo nie pozostawiał tłustej warstwy na twarzy. Ten jest ideałem. Bardzo wydajny, świetnie nawilża, zapomniałam z nim, co to suche skórki. Twarz po użyciu jest gładka i miła w dotyku :) Bardzo szybko się wchłania, idealny pod makijaż, nic się na nim nie smuży - ani zwykły podkład ani krem BB. Zawiera wit C, ma niwelować drobne zmarszczki i przebarwienia. Na plus: naturalny skład bez silikonów i parabenów, w 85,1 % naturalny  - cały skład dostępny na stronie producenta tutaj -> KLIK.
Ja używam kremu na dzień i na noc i wciąż mam ponad pół opakowania - jest wydajny. Odstraszać niestety może cena, która oscyluje w granicach 130 zł, ale warto polować na okazje - ja swój egzemplarz kupiłam na Stawberry.com za 30 zł z darmową przesyłką - data ważności kremu była tylko do maja br.

pojemność: 40 ml
cena: ok 130 zł / ja na promocji kupiłam go za 30 zł



Co sądzicie o mojej porannej pielęgnacji?
Też macie swoich ulubieńców do budzenia się?
Używałyście któregoś z wymienionych produktów?