Empties #16 | zużycia czerwcowe

Cześć :)

Dziś przychodzę do Was z postem lekkim i przyjemnym, podsumowującym. Zawsze cieszy mnie ilość śmieci kosmetycznych, które produkuję w miesiąc, macie podobnie? ;)

Nie przedłużając, zapraszam Was na prezentację opakowań po kosmetykach, które udało mi się zużyć lub po prostu wytypować do wędrówki na śmietnik, bo wybiła ich godzina ;)


Odżywka piwna do włosów z rosyjskiego [ grudniowego ] pudełka PinkJoy. Porażka na całej linii, to zdecydowanie najgorsza odżywka, jakiej mi było dane używać... Śmierdziała [ pamiętam, że na początku zapach mi się spodobał, potem diametralnie się to zmieniło... ] , obciążała i strąkowała włosy, nawet do golenia nóg niezbyt się nadawała...

Suchy szampon Shauma to włosowy powrót. Akurat wykończyłam Batiste i potrzebowałam czegoś na szybko, więc sięgnęłam po sprawdzony już, bawełniany suchcielec firmy Schwarzkopf. Bardzo dobrze działa, ślicznie pachnie, więc jeśli nie macie pod ręką Batiste, spokojnie możecie sięgnąć po ten egzemplarz :)

Specjalny balsam i szampon aktywator wzrostu Bania Agafii - duet, który bardzo dobrze spisywał się na moich włosach - szampon dobrze zmywał oleje i mocno się pienił, a balsam wystarczająco odżywiał kosmyki, nie powodując obciążenia i oklapu. Dodatkowo ta seria ma bardzo przyjemny zapach, który zdecydowanie umilał mycie włosów. Planuję powrót :)


Pasta do zębów Himalaya Herbals w wersji Sparkly White to jedyna pasta, której używam od kilku miesięcy i tak pozostanie na bliżej nieokreśloną przyszłość. To chyba wystarczająca rekomendacja, prawda? :)

Krem nawilżający matujący Ziaja 25 + [ w końcu mieszczę się w grupie docelowej^^ ] towarzyszył mi i mojej cerze przez trzy miesiące. Był bardzo dobrym kremem pod makijaż, nie podrażniał i nie spowodował wysypu pryszczy. Ładny, nienahalny zapach i szybkie wchłanianie to jego zdecydowane atuty. Myślę, że jeszcze kiedyś do niego powrócę.

Serum do twarzy Absolute Organic to absolutny niewypał, nad którym już się rozwodziłam i więcej miejsca na blogu na niego tracić nie będę. Nie polecam...

Płyn micelarny z Bourjois to moje odkrycie [ wiem, jestem 100 lat za blogerami, ale lepiej późno niż wcale, co nie? :D ] w dziedzinie miceli. Płyn niedrogi, dobrze zmywa, nie szczypie w oczy. Zatrzask jest trochę do bani, bo mi się po kilku użyciach naderwał, ale to tylko szczegół i pewnie do Bourjois będę powracała.

Siarkowa Moc, krem do twarzy. Staruszek, przeleżał w szufladzie prawie rok i zaschło mu się ;) Używałam go przez jakieś 3 miesiące i potem odstawiłam na rzecz jakiegoś innego mazidła, a on popadł w całkowite zapomnienie, a szkoda. Pamiętam, że krem świetnie ujarzmiał moją mieszaną cerę.


Dry Comfort to moja ukochana wersja dezodorantów z Nivea. Tutaj kulka i spray, który kupiłam z ciekawości. Niestety spray'ów nie lubię, duszę się od zapachu, a Kebab, jeśli jest w pobliżu - kicha ;)

Caudalie, Zeste de Vigne, żel pod prysznic. Żel pachniał bardzo letnio i orzeźwiająco, podobał mi się, ale był dość niewydajny i musiałam wylać dużo na gąbkę, żeby zaczął się pienić. Nie ma mydła i szkodliwych chemikaliów, stąd pewnie jego "niepienistość", ale że ja nie mam skóry bardzo nietolerancyjnej na chemię w żelach, nie będę do niego wracać. Cena trochę odstrasza, bo to aż 50 zł, ale ja swój egzemplarz dostałam jako gratis do zakupów, więc nie bolało.

Organic Shop, peeling do ciała Sycylijska Pomarańcza. Świetny zdzierak o obezwładniającym zapachu świeżej pomarańczy. Opisywałam już jego walory na blogu.


On Line, mydło do rąk o zapachu kwiatów lotosu. Produkt dostałam na bocheńskim spotkaniu blogerek. Mydło jak mydło, całkiem wydajne, ale zapach był niebiański, chyba przez niego myłam ręce częściej niż powinnam ;) Wydajna butla, z chęcią kiedyś kupię.

So Lait, mleczko do ciała po opalaniu. Staroć, wygrzebany z czeluści łazienkowej szuflady ;) Pamiętam, że w zeszłym roku spisywał się całkiem dobrze, kiedy spaliłam sobie nieopatrznie łydki na słońcu. Był to chyba produkt własnej marki Marionnaud, więc już nie do kupienia.

Kiwi,Foot Silk, Niewidzialna jedwabista ochrona stóp. Dałam się nabrać w CnD w Rossmanie ;) Spray, który oprócz tego, że ładnie pachniał, nie robił nic, bo baletki i tak mnie obtarły ;)

Anida, krem do rąk z woskiem pszczelim i olejem makadamia. Jeden z ulubionych kremów do rąk, niezmiennie u mnie i niezmiennie polecany wszem i wobec :)


Próbka jedwabistego filtru Vichy była okej, ale zdecydowanie wolę wersję matującą, którą mam już w pełnym wymiarze. Krem ochronny do twarzy z JMO dobrze działał i szybko się wchłaniał, ale zapach do końca mi nie podpasował. Mini hibiskusowy kremik do rąk z OPI był świetnym nawilżaczem na szybko i do tego fenomenalnie pachniał, chętnie zaopatrzyłabym się w większą butlę, gdyby nie zbójecka cena ;) W próbkowym pudełeczku z TBS było rumiankowe masło do demakijażu, które wypadło całkiem dobrze! Masełko było wydajne [ mała ilość wystarczyła mi na 5 użyć ], ładnie pachniało i rzeczywiście zmywało makijaż.

To już wszystko, co uzbierałam w czerwcu, myślę, że wynik całkiem dobry :) Oczywiście róznowaga w przyrodzie musi być zachowana, toteż nabyłam kilka nowości, żeby echo nie odbijało mi się w łazience, same rozumiecie ;) Te pokażę w ciągu najbliższych dni.


Jak tam Wasze zużywanie w czerwcu?

Namiastka wakacji - jaskrawe paznokcie :) | Essie, Lights + Sally Hansen, Pacific Blue

Witajcie w niedzielny wieczór! :)

Niedawno wróciliśmy z krótkiego wypadu za miasto. Pojechaliśmy do domku na wsi, gdzie zresetowaliśmy / zrestartowaliśmy akumulatory i spędziliśmy czas na dogadzaniu sobie i psu. Był slow food [ Narzeczony ponad godzinę piekł kiełbaski na grillu, więc to przecież slow food, prawda? :D ], leżing na tarasie, huśting na ogrodowej huśtawce i ogólny nicnierobiening ;) Zabraliśmy piesło nad rzekę i smarowaliśmy filtrami [ Narzeczony jakoś to przeżył, ale krzywił się bardzo, zwłaszcza, kiedy paciałam go białą mazią po twarzy ;) ]. Dajcie znać - chcielibyście weekendowy post zdjęciowy? :) 

Żeby nie było, nie obijałam się tak całkowicie - zabrałam ze sobą całe mnóstwo kosmetyków i urządziłam im sesję zdjęciową. Dziś pierwsza tura wyjazdowych zdjęć - paznokcie. 


Zabrałam ze sobą dwa kolory - Essie w odcieniu Lights i Sally Hansen, Pacific Blue, bo nie umiałam w domu wybrać jednego. Koniec końców postawiłam na połączenie tych dwóch, wydaje mi się, że całkiem nieźle to wyszło.


Essie Lights to prawdziwa bomba kolorystyczna - intensywna, żarówiasta i do tego barbiowa! Nie wyobrażam sobie innego różu, który lepiej oddawałby osobowość i styl najsłynniejszej lalki świata ;) Kolor ten mam już od zeszłego lata i dotąd, wliczając dzisiejszą prezentację, użyłam go dwa razy. Na ten kolor po prostu trzeba mieć nastrój! ;)


Pacific Blue od Sally Hansen to z kolei iście smerfny kolor [ coś za bardzo bajkami mi zalatuje ten manicure, nie macie wrażenia? ;) ], który uwielbiam na paznokciach o każdej porze roku. Rozweselający, super kryjący już po pierwszej warstwie - kolor idealny :)


Całość jak zawsze na bazie z Bell Bio2 Vitamin Booster i przykryta warstewką ulubionego Seche Vite. Liczę, że przetrwa spokojnie do 5 dni!




Soczyste połączenie kolorystyczne idealnie pasowało mi do wolnego i słonecznego weekendu! Mam nadzieję, że wniesie ze sobą trochę słonka w rozpoczynający się tydzień i tak szybko nie zapomnę o wspaniałym relaksie na wsi :)


Co sądzicie o takim połączeniu? Wakacyjnie?
Co u Was gości aktualnie na paznokciach?