Oszalałam w kwietniu, czyli ostatnie w tym miesiącu nowości ;)

I znów ja ;)

Ten miesiąc obfitował w stresujące i wymagające wzmożonej uwagi sytuacje [ przeprowadzka + cała tego otoczka, końcówka remontu i sprzątanie po nim, czego jeszcze notabene nie skończyłam, kilka egzaminów i ogólnie cięższy okres na studiach itd ], z których na szczęście wyszłam obronną ręką. 
Największym sukcesem jest zdanie dwóch najcięższych na moich studiach egzaminów, z czego tego gorszego na 5 [ nadal chodzę w szoku... ].
Jak wiadomo, sukcesy trzeba nagradzać :D Stąd moje szaleństwo kwietniowe, w moim mniemaniu, całkowicie usprawiedliwione!
Kwietniowe zakupy były do obejrzenia tutaj: KLIK, KLIK, KLIK, KLIK.

Dziś już ostatnia część i w maju nie będę Was zasypywać już tego typu postami:)


Jak pisałam kilka dni temu, mój pies, Kebab, uznał, że potrzebuję nowych pędzli do makijażu, gryząc mi doszczętnie 3. Psa posłuchałam i zamówiłam sobie nowe, których będę przed nim strzec jak oczka w głowie ;) Są to Foundation Brush z Real Techniques, Blending Brush z Elf'a i Angled Shadow Brush z nieznanej mi dotąd firmy Royal. Wszystko z Minti Shopu.
W ramach zdania tych najgorszych egzaminów zafundowałam sobie 2, wymarzone już od dawnego dawna Essie - moje pierwsze ever, więc cieszą mnie niesamowicie :) Kolory w cenach promocyjnych po 26 zł jeden, to : Too Too Hot i Mint Candy Apple, czyli takie klasyki.


Będąc z SP po Essie, nie mogłam przejść obojętnie koło soku z Aloesu w bardzo promocyjnej cenie 11,99 zł - od dawna chciałam go wypróbować zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie, dodając no do masek włosowych. Przy kasie okazało się, że mogę kupić szampon z Timotei 250 ml za 3,99 zł i miłą pani dorzuciła mi jeszcze miniaturkę tego samego szamponu :)

A podkład Revlon Pgotoready Airbrush dostałam od mojej przyjaciółki Zuzi [ dziękuję kochana raz jeszcze! :* ], która wylicytowała go na ebay'u, ale okazał się dla niej za jasny. Dla mnie jest jak najbardziej ok, dziś użyłam go po raz drugi i chyba się polubimy, choć muszę przyznać, że konsystencja pianki jest trochę uciążliwa [ ucierpiała już bluzka, lustro i dywanik w łazience ;) ] i nie współpracuje z pędzlem do podkładu..


Ulubiony ostatnio zmywacz do paznokci z Essence oraz 2 fenomenalne kremy do rąk od Anidy, które codziennie ratują moje łapki :)

Co sądzicie o moim szaleństwie kwietniowym?
Też nagradzacie się kosmetykami?

Farmona Herbal Care, Lniana odżywka do włosów - moja wielka miłość :)

Hej :)
Dotarło do mnie ostatnio, że od kilkunastu miesięcy mam swoją ulubioną odżywkę do włosów, do której regularnie wracam, a nie napisałam o niej jeszcze ani słowa - czas to zmienić!

Mowa o lnianej odżywce z linii Herbal Care Farmony, która podoba mi się w każdym calu - od opakowania, po działanie i skład :)



Odżywka mieści się w 200 ml tubie ze ślicznym design'em - jest czytelnie, ładnie i wpada w oko w drogerii :) Przez to, że "stoi na głowie", nie ma problemu z wydobyciem całego kosmetyku do końca. Konsystencję ma dość lejącą i to jeszcze bardziej ułatwia nam życie :)

Lniane cudo pachnie delikatnie i przyjemnie i zdecydowanie jest to zapach lnu [ dokładnie taki sam, jak w zrobionym z ugotowanych ziarenek żelu lnianym, który czasem nakładam na włosy po myciu  ].

Od Farmony: Odżywka zawiera wyjątkowo łagodne, naturalne składniki aktywne, które skutecznie pielęgnują włosy suche i łamliwe, poprawiając ich kondycję i wygląd. Ekstrakt z lnu nawilża i odbudowuje zniszczone włosy, przywracając im witalność, sprężystość, miękkość i blask. Opatentowana kompozycja mikronizowanych białek pszenicznych wnika w strukturę włosów, dogłębnie je odżywia i regeneruje, zwiększając odporność na uszkodzenia. Dodatkowo ceramidy i keratyna uelastyczniają i wzmacniają włosy, zapobiegając ich łamaniu i rozdwajaniu się, a naturalny prebiotyk inutec intensywnie nawilża, ułatwia rozczesywanie i zapobiega elektryzowaniu się włosów, przywracając im piękny, zdrowy wygląd.

Spektakularne efekty:
•    nawilżone, sprężyste i lśniące włosy
•    zmniejszona łamliwość i rozdwajanie się końcówek
•    większa odporność na uszkodzenia
•    piękne i zdrowe włosy 

Zdecydowanie powyższe obietnice producenta zostają spełnione, przynajmniej w przypadku moich włosów. Są bardziej miękkie w dotyku, sypkie i mam wrażenie nawilżone, bo nie puszą się tak bardzo i są podatne na stylizację. Wyglądają cały dzień na świeże i odżywione.

Skład: Aqua (Water), Glycerin, Cetyl Alcohol, Behentrimonium Chloride, Cetrimonium Chloride, Propylene Glycol, Linum Usitatissimum (Linseed) Seed Extract, Inulin, Lauryldimonium Hydroxypropyl Hydrolyzed Wheat Protein, Lauryldimonium Hydroxypropyl Hydrolyzed Wheat Starch, Hydrolyzed Keratin, Ceramide 3, Milk Lipids, Lactic Acid, Xanthan Gum, Disodium EDTA,Diazolidinyl Urea, Iodopropynyl Butylcarbamate, Parfum (Fragrance), Hexyl Cinnamal, Butylphenyl Methylpropional.  [Podkreślone składniki potwierdzają to, co widnieje w opisie producenta - brawo :) ]
 


Ja stosuję tę odżywkę, nakładając ją na włosy na 3 minuty [ tyle jestem w stanie ustać z głową w dół pod prysznicem ;) ] i spłukując letnią, a potem zimną wodą. Nie próbowałam używać jej bez spłukiwania, ale na pewno i w takim wariancie by się sprawdziła, bo jest niesamowicie lekka i chyba musiałabym nałożyć całą tubkę, żeby obciążyć włosy ;) Nie ma oszałamiającej wydajności, ale za efekt, jaki daje na włosach oraz niską cenę, wybaczę jej wszystko!

Ja zawsze kupuję ją w drogerii Mediq w Galerii Krakowskiej za 7,90 zł, ale wiem, że w internecie można ją znaleźć nawet za 6 zł i pewnie teraz, po wyprowadzce z Krakowa, będę zapasy uzupełniać internetowo :)

Znacie? Nie? To koniecznie poznajcie ;)





Dziękuję za 5000 odwiedzin!


Bielenda - karotenowe masło do ciała

Witajcie :)
Dziś słów kilka o maśle do ciała z Bielendy.
Kupiłam je ponad miesiąc temu w Hebe na promocji, w cenie 9,99 zł. Spodobało mi się mocno pomarańczowe opakowanie, które w tamtych ponurych zimowych czasach zdecydowanie rzucało się w oczy i cieszyło ;)

Masełko mieści się w 200 ml, plastikowym odkręcanym słoiczku z naklejką u góry. Przeznaczone jest do skóry pozbawionej blasku, zawiera roślinną witaminę A, witaminę E, algi Laminaria. Ma za zadanie ujędrniać i regenerować


Plusy:
+ ładne, wygodne opakowanie [ zostawię je sobie ]
+ delikatny, śmietankowy zapach
+ konsystencja [ gęsta, maślana ]
+ folia zabezpieczająca pod wieczkiem
+ przeszedł test suchego łokcia [ następnego dnia po wieczornym balsamowaniu, rano  moje łokcie nie były sucharkami]


Minusy:
- bardzo niefajny skład [ KLIK ] z parafiną na 3 [!] miejscu, potem milion parabenów i innych...
- pozorne nawilżenie, właśnie za sprawą parafiny
- maże się na skórze, zostawiając białe smugi
-długi czas wchłaniania, do 10 minut
- skóra nie jest ujędrniona, blasku też nie zauważyłam ;)


Mimo łatwości w używaniu i pozornie fajnych efektów raczej nie skuszę się już na żadne Bielendowe masło, chyba że zmienią skład :)
A Wy?

Nowości kosmetyczne i domowe z ostatnich kilku tygodni :)

Hej :)
Dziś jest bardzo pozytywny dzień - spotkałam się z moją przyjaciółką, która od wielu miesięcy mieszka w Anglii i właśnie po raz pierwszy wróciła do PL. Na szybko wypiłyśmy kawę i pozamianiałyśmy się kosmetykami, ale to jeszcze nie koniec, bo porywam ją do siebie na całe 2 dni i będziemy nadrabiać :)
To ona jest sprawczynią niektórych tutaj pięknych zdobyczy :)


Na pierwszy rzut idą lakiery do paznokci - mój pierwszy GR z serii Paris - jaśniutka pistacja o numerku 225 oraz, także pierwszy różowiutki Smart Girls Get More 158. Weszłam w posiadanie topa przyspieszającego wysychanie Poshe - wybrałam go ze względu na to, że miał nie śmierdzieć i nie gęstnieć tak szybko jak SV.


Zamówienie z internetowej zielarni: rosyjski szampon na łopianowym propolisie oraz balsam na kwiatowym propolisie - uwielbiam tę serię, miałam już wcześniej cedrowy szamon i brzozowy balsam. Kupiłam też szampon Barwy Ziołowej z pokrzywą do mocniejszego oczyszczania, woreczek suszonej lawendy i bosko pachnący olej kokosowy do zrobienia domowego peelingu kokosowo mandarynkowego [ KLIK ].


Tutaj zakupy z Natury : genialnie pachnący bawełniany żel - oliwka pod prysznic z Lirene, tonik Melisa, Zel antycellulitowy + balsam odżywczy do ciała z Tołpy [ razem na promocji za 19,99 zł ].


Oilmedica to mój włosowy hit ostatnich miesięcy [odkryty dzięki Hexxanie --> KLIK], mimo, że nie zużyłam nawet 1/4 pierwszej buteleczki, nie wahałam się z zakupem, kiedy zobaczyłam ją w promocji :) Lniana odżywka Herbal Care z Farmony to także mój ulubieniec, nie wiem, ile już tybek zyżyłam. Dezodorant Nivea to konieczna konieczność, ta wersja to nowość na stres, zobaczymy ;)


Te pięknoty dotarły do mnie z Anglii, od kochanej Zuzi [ dziękuję:* ]. Bronzer w odcieniu Sun Shine [ mam nadzieję, że się polubimy mimo brokatu ], róż do policzków w odcieniu Peach Melba [ już go kocham! ] i sypki puder w odcieniu Natural Translucent.


Kolejne angielskie skarby : róż do policzków w musie Maybelline Dream Touch Blush o numerku 07, korektor Collecion 2000 Light 2 i wymarzony lakier Barry M Ridley Road 304 z wykończeniem ala cement [ textured nail ].


Domowe nowości : 4 kieliszki do owarzystwa dla samotnego niebieskiego kupiłam w Home&You [ aktualnie jest fajna promocja 4 w cenie 3 ]. Chę ich więcej :)


Coś, czemu nie mogłam się oprzeć - silikonowy piesek - łapka do gorących rzeczy :) Uielbiam go za wygląd i cenę - 4,90 zł :D


Oraz scenka rodzajowa z dziś: mój pies uznał, że potrzebuję nowych pędzli do makijażu i zakomunikował mi to nader wyraziście ;)

Już nie mogę się doczekać testowania moich nowości, zwłaszcza tych z Anglii :)
A Wam coś wpadło w oko?

DIY cukrowy peeling kokosowo - mandarynkowy z lawendą

Cześć!
Wiosna nastraja motywująco, mnie również kreatywnie i kilka dni temu [ owszem, fakt, że nie miałam internetu też sprzyjał ;) ] własnoręcznie zrobiłam pierwszy peeling do ciała. Pierwsza wersja była lawendowo - mandarynkowa [ pokazana tutaj --> KLIK ], dziś powstał peeling kokosowo - mandarynkowy z lawendą.  Inspiracją był dla mnie wpis u Ema Mija.

Poniżej przedstawię Wam proces tworzenia, naprawdę prosty, powiedziałabym wręcz, że banalny, bo wystarczy wszystko pomieszać ;)

Składniki potrzebne:

- olej kokosowy
- kawałek masła shea [ na moim zdjęciu w plastikowej miarce ]
- cukier trzcinowy [ lub biały ]
- nasiona malin
- suszona lawenda
- olejek jojoba
- gliceryna
- olejek zapachowy mandarynkowy
- szczypta albo dwie soli
- słoiczek na peeling
- miska i coś do mieszania

Jak widzicie, u mnie trochę różności weszło, ale można jak najbardziej zrobić wersję basic [ czyt. dla leniuszków ;) ], używając wyłącznie tych składników, które podkreśliłam powyżej :) 


Tworzenie:

1. W misce mieszamy ok 4 łyżek oleju kokosowego z kawałkiem masła shea


2. dodajemy ok 10 łyżek cukru trzcinowego i mieszamy


3. Dodajemy łyżkę nasion malin, 10 kropli gliceryny, łyżkę olejku jojoba, na oko / nos olejek mandarynkowy


4. Strzepujemy suszoną lawendę i mieszamy


5. Przekładamy do szklanego słoiczka, posypujemy z góry warstwą lawendy, żeby było pięknie i dajemy do lodówki na ok 1 h, żeby wszystko ładnie zastygło :)



Voila, gotowe :)

Ja jeszcze nakleję wydrukowaną etykietkę tak jak widziałyście na zdjęciu pierwszego peelingu, żeby było jasne, co jest w środku ;) Myślę, że taki peeling należy zużyć do 2 miesięcy od zrobienia, bo nie ma w nim żadnej chemii konserwującej.


Prawda, że proste?
Spróbujecie?

NOTD: rozbielona pomarańczka, czyli Inglot 663

Hej :)
Dziś przedstawię Wam lakier, który ostatnimi czasy bardzo polubiłam za łatwą aplikację i bardzo optymistyczny, pastelowy kolor.


Inglot 663 z oddychającej serii ma kolor pomarańczowy, w buteleczce widoczny jest delikatny, złoty shimmer, który na szczęście [ bo ja preferuję kremowe wykończenie ] przy malowaniu kompletnie znika i nie jest zauważalny.


Czytałam gdzieś, że ta seria lakierów Inglota podbija kraje arabskie - przez to, że formuła lakieru oddycha, czyli dopuszcza powietrze, kobiety nie muszą zmywać lakieru z płytki na czas modlitw, kiedy to całe ciało musi być czyste i mające dostęp do powietrza :) a modlitw dziennie jest, jeśli się nie mylę, 5 ;)




Jak Wam się podoba taki kolor?
Macie lakiery z tej serii Inglota?



Co potrafi zrobić człowiek przez sześć dni bez internetu

Witajcie po przeprowadzkowej przerwie :)

Jesteśmy już w miarę zadomowieni w nowym mieszkanku, jest jeszcze kilka rzeczy do dokończenia, ale ogólnie przyzwyczailiśmy się do nowego porządku świata :) Pies hasa szczęśliwy z pokoju do pokoju, my szalejemy w kuchni - było już ciasto z muesli i cytrynowiec,  a ja planuję na jutro babeczki kakaowe z płatkami owsianymi. 

Odwiedziłam już, a jakże, lokalne drogerie i zrobiłam malutkie zakupy na dzieńdobry, odkryłam świetny targ tuż koło domu, a w kamienicy obok sklep spożywczy, w którym panie na oczach klientów wyciskają świeże soki z owoców [ tylko cena mnie powstrzymuje od codziennego ich picia ;) ]. Innymi słowy - zmiana miasta zdecydowanie na lepsze :)

Dopiero dziś udało nam się po wielkich perypetiach [ np po południu stałam wychylona z okna trzymając dwie anteny do polepszenia sygnału ] załatwić internet i od kilku godzin siedzę przed komputerem, nieśmiało próbując nadrobić zaległości ;)

A teraz kilka faktów z ostatnich dni:
- oparłam się zakupowi kolejnego różu do policzków [ z limitowanki essence breaking down za 11 zł ]
- przez 2 dni nie używałam kremu pod oczy, bo nie mogłam go znaleźć w pudłach i myślałam, że nabawię się jakichś starczych zmian na powiekach, ale wszystko okej ;)
- zrobiłam własnoręcznie cukrowy peeling lawendowo - mandarynkowy [ niestety nie wiem, czy dobrze działa, bo był na prezent, ale już zabieram się za robienie kolejnego:) ]



- przeżyłam podróż rozklekotanym busem do Krakowa
- zwiedziłam najbliższe sklepy w nowym mieście, co zaskutkowało kupnem czarnych lordsów z mini ćwiekami
- uśmiałam się z lokalnej "galerii handlowej", porównując ją do krakowskich molochów ;)
- zrobiłam pyszny rosół [ jedyna zupa, którą toleruje mój chłopak ]


 - zaczynam każdy dzień zdrowym śniadankiem z nowalijkami i moimi ostatnio ulubionymi kiełkami brokułowymi :)


Piszcie, co u Was, a ja już zabieram się za blogowe odgrzebywanie:)
Miłej nocy!

Empties #2 + przeprowadzkowy chaos

Hej :) 
Dziś przychodzę do Was ze zrobionymi na szybko zużyciami. 



Tak, jak ostatnio: mała legenda:
Produkty, które zaznaczam na czerwono, są moim zdaniem kompletnymi niewypałami, te na zielono przekonały mnie do siebie, a te na niebiesko są przyjemnymi produktami, które mogę polecić, ale ja do nich nie wrócę :)



1. Maska Stapiz  Repair & Shine, 1 l - moja ukochana maska o zapachu poziomek / gumy balonowej, która niesamowicie odżywia i wygładza włosy!  KUPIĘ PONOWNIE

2. Possibility, żel pod prysznic, szmapon i płyn do kąpieli w jednym, 525 ml - męczyłam się z nim strasznie, na początku zapach mi się spodobał, potem miałam go już dość - sporadycznie nalewałam do wanny, a zużyłam jako mydło do rąk. .. NIE KUPIĘ

3. John Frieda - szampon rozświetlający, 250 ml - strasznie obciążał mi włosy, szybciej się przetłuszczały, były oklapnięte - miał w sobie jakieś dziwne brokatowe drobinki, które chyba miały zapewnić to rozświetlenie. Zdecydowane nie! . NIE KUPIĘ

4. Lirene, antycellulitowy peeling myjący, 200 ml - zwyklaczek, fajnie, mocno ścierał, lubiłam go również za energetyczny, pomarańczowy zapach.  KUPIĘ PONOWNIE


5. Woda termalna Avene, 150 ml - latem używałam do odświeżania twarzy w upały, zużyłam do zraszania nałożonej na twarz czarnej glinki. Pod koniec zepsuł jej się atomizer, ale udało mi się wykorzyatać ją do końca.  KUPIĘ PONOWNIE

6. Pasta do zębów Colgate MaxWhite, 125 ml - całkiem fajnie odświeżająca pasta, zwyklaczek.  KUPIĘ PONOWNIE

7. Synergen, peeling do twarzy do skóry wrażliwej, 100 ml - przed korundem był to mój ulubiony peeling, ostatnio znalazłam go w zapasach i postanowiłam zużyć. Nie nadaje się do skóry wrażliwej, bo drobinki z plastiku są wyjątkowo ostre, ale ja lubiłam go z moją tłustą skórą. . NIE KUPIĘ

8. Masło do ciała Scottish Fine Soaps Au Lait, 100 ml - kupiony w TkMaxxie razem z żelem pod prysznic, bardzo lubiłam jego zapach i to, że się szybko wchłaniał, ładnie nawilżał, ale jego normalna cena jest za wysoka. . NIE KUPIĘ

9. Fitomed, szampon do włosów koloryzowanych z herbatą i henną, 250 ml - całkiem fajny szampon, pachniał herbatą i w przeciwiństwie do odżywki z tej serii, był dość wydajny, używałam go około 2 miesięcy na zmianę z innym szamponem. . NIE KUPIĘ


10. Yves Rocher, maseczka rewitalizująca z wyciągiem owocu granatu, 50 ml - nie wiem, skąd ją miałam, ale wiem, że na pewno nie kupię tego cuda już nigdy - nie robiła kompletnie nic z moją twarzą, ostatecznie zużyłam ją mieszając z nią korund do peelingu ;) . NIE KUPIĘ

11. Korres, rem nawilżający z dziką różą, 40 ml - dzielnie chronił moją twarz w zimie, świetnie nawilżał, wchłaniał się błyskawicznie, więcej o nim tu --> KLIK  KUPIĘ PONOWNIE

12. Alterra, krem pod oczy z orchideą, 15 ml - używałam na noc, fajny, treściwy krem, ładnie nawilżał i chronił delikatną skórę pod oczami w zimie  KUPIĘ PONOWNIE

13. Gosh, tusz do rzęs wydłużajązy, 10 ml - taki sobie zwyklaczek, jednak zepsuło się mu opakowanie, więc idzie do kosza. Nic specjalnego z rzęsami nie robił, ale tragedii też nie było . . NIE KUPIĘ

13. Anatomicals, masło do ciała z zielonym imbirem i bergamotką, 200 ml - świetne masełko, pisałam o nim wczoraj --> KLIK  KUPIĘ PONOWNIE

14. Nivea, dezodorant w kulce Dry comfort, 50 ml - mój ulubiony, chroni zawsze i wszędzie, n-te opakowanie  KUPIĘ PONOWNIE


15. LRP Lipikar Syndet - używałam jako żel do mycia twarzy, całkiem przyjemy produkt, 15 ml starczyło mi na 3 dni 

16. Lierac, serum rozświetlające Luminescence, próbka 8 ml - męczyłam się z tym ponad miesiąc, strasznie zły produkt - zostawiał białe mazy na twarzy z dziwną perłową poświatą - skóra wyglądała na chorą, a nie rozświetloną... . NIE KUPIĘ

17. Flos Lek, żel do powiek i pod oczy ze świetlikiem i chabrem bławatkiem, 15 ml - żel, który uwielbiam, świetnie łagodzi zmęcone oczy, zmniejsza opuchliznę i działa kojąco.  KUPIĘ PONOWNIE

18. Colgate Max Fresh, jakaś podróżna próbka - zwyklaczek ;)


Poniżej moje pakowanie - ogarnianie kosmetyków jest rzeczą straszną i uświadamiającą mój postępujący zakupoholizm ;)


I w części opróźniona szafa:


Teraz już pożegnaliśmy stare mieszkanie i witamy nowe, ja głównie na kolanach, myjąc podłogi...

Trzymajcie kciuki, żebym wytrwała z tą przeprowadzką ;)
Znacie produkty z moich zużyć?

Anatomicals - masło do ciała bergamotka + zielony imbir

Hej :)
Dziś przedstawię Wam masło do ciała, którego namiętnie używałam prawie codziennie przez ostatnie 2 tygodnie :)

Mowa o kolejnym produkcie Anatomicals - maśle do ciała z bergamotką i zielonym imbirem.
Moim wyborem powodowało ciekawe opakowanie [ jak większość z tej firmy ] i nieznane dotąd zapachy - imbir kojarzę, ale zielonego nie wąchałam, a z bergamotką nigdy nie miałam "na żywo" do czynienia :) Podobają mi się również napisy i gry słowne na ich produktach - tutaj mamy do czynienia ze zwrotem smother superior. W angielskim wyrażenie mother superior oznacza matkę przełożoną, a zmiana pierwszego słowa na smother [ z ang. udusić ], całkowicie zmienia znaczenie ;)

Producent obiecuje nam: Bogaty skład zawierający masło kakaowe i miód dogłębnie odżywia i nawilża Twoją skórę. Relaksujące właściwości zapachowe bergamotki i zielonego imbiru wprowadzą Cię w stan ukojenia i spokoju. Lekka formuła masła sprawia, że produkt wchłania się błyskawicznie pozostawiając skórę miękką i wygładzoną.


Okrągłe, zakręcane opakowanie mieści 200 ml masła, czyli standardowo.
Masło ma, jak na swoją nazwę, dość rzadką konsystencję, spodziewałam się, że będzie bardziej zbite, treściwsze. Wg mnie jest to bardziej balsam, nazwa masło jest trochę na wyrost. 
Zapach, jak zwykle w przypadku produktów Anatomicals, jest intensywny, intrygujący i wypełnia opakowanie po brzegi :) wyczuwam imbir, ale reszta jest dla mnie nieznana. Całość jest niezmiernie świeża, jakby odrobinę kwaskowata i absolutnie uzależniająca :) Na początku musiałam się do zapachu przyzwyczaić, mój chłopak też, ale teraz go bardzo lubię, również za to, że długo utrzymuje się na skórze.


Od balsamów i maseł do ciała oczekuję, obok ładnego zapachu, szybkiego wchłaniania się i dobrego nawilżenia. Ten egzemplarz wchłania się bardzo szybko, pozostawiając skórę bardzo przyjemną, gładką w dotyku, jakby aksamitną. Rozsmarowuje się całkiem łatwo, nie zostawia smug. Dość dobrze nawilża, choć nie przeszedł testu suchego łokcia [ rano sprawdzam, czy nasmarowane poprzedniego wieczoru łokcie, czyli największe suchcielce na moim ciele, są gładkie, czy znów suche, chropowate ], ale za to winę zwalam na przedłużający się sezon grzewczy, którego moja skóra ma już serdecznie dość...
Czasem, jeśli miałam ochotę na zabawę, dodawałam do porcji masła kilka kropel gliceryny, żeby zwiększyć nawilżenie - nie wpływało to na tempo wchłaniania, a łokcie były bardziej zadowolone ;)


Skład: dość długi, ale zawiera  masło shea, kakaowe, miód, ekstrakt z aloesu i sezamu.

Cena: 19,90 zł [ KLIK ], ja kupiłam na promocji za 11 zł :)

Masło jest warte polecenia, na pewno świetnie się sprawdzi w cieplejszym okresie, choć i teraz dawało radę :) Przy następnej promocji w ich sklepie chyba wypróbuję inne warianty masła.

A wy znacie to masło?
A może macie jakieś swoje typy? Chętnie poczytam!


Wiosenny rozgardiasz: kosmetyki, przeprowadzka i makijaż :)

Cześc!
Dziś tylko w kilku słowach, bo pędem powinnam wracać do pakowania i organizacji przeprowadzki :) Okazało się, że już w weekend, czyli duuużo wczesniej, niż oczekiwaliśmy, możemy się przenosić do nowego mieszkanka :) I wczoraj zaczęła się akcja pakowania i przewożenia części ubrań, butów, elektroniki. Dziś z Mamą mojego chłopaka buszowałyśmy po Ikei bite 4 godziny, szukając drobnych elementów wykończenia, naczyń, dywaników, wieszaków, stojaków, firanek -  hitem dnia zostały szklanki z flamingami [ na byle jakim zdjęciu z komórki poniżej ]. Niestety nie pokażę Wam Ikeowych zdobyczy, bo pojechały od razu do nowego mieszkania ;)



W końcu przyszła wiosna i kupiłam kilka nowalijek : rzodkiewki, cebulkę, szczypiorek, same dobra! Powstała papajka [ u mnie w rodzinie od zawsze używamy tego określenia na biały serek wymieszany z jogurtem naturalnym z dodatkiem pokrojonych papryki, szczypiorku, cebuli, rzodkiewki - dodatki opcjonalne ] oraz rosół z wielką ilością mojej ukochanej marchewki :)


Udało mi się w końcu zrobić normalne, ostre zdjęcia mojemu oczku :) stąd też poniższe zdjęcia, na których możecie zobaczyć moje dwa najświeższe nabytki z Inglota w akcji: miętowy matowy cień 345 oraz matowy szaro - brąz [ nie wiem, jak nazwać ten kolor ;) ] o numerku 358, podobno odpowiednik cienia Velour z MACa, ale ja się na tym nie znam ;) Wybaczcie niesforną grzywkę, nie chciała się głupia dać wyprostować!



Ostatni punkt dzisiejszego posta to zamówienie ze sklepu z półproduktami NaturVitChem. Jest to nowy sklep z niesamowicie przystępnymi cenami :) Wczoraj mieli darmową wysyłkę, więc z kilkoma koleżankami złożyłam zamówienie [ okazało się, że przyszalałyśmy i zamówiłyśmy za taką kwotę, że i w zwykłym terminie miałybyśmy darmowego kuriera;) ]. Zamówiłam:
- glinkę białą 5,70 zł
- hydrolat z zielonej herbaty 7 zł
- hydrolat różany 7 zł
- ekstrakt z aloesu 6,10 zł
- ekstrakt z zielonej herbaty  3,10 zł
- błoto z Morz Martwego  7,90 zł
-olej jojoba 5,90 zł
- olejek zapachowy mandarynkowy [ brak na zdjęciu ] 5,50 zł
Dostałyśmy tez kilka gratisów do zamówienia : próbki hydrolatów, olejek zapachowy, kwas hialuronowy :)
Polecam ten sklep - szybka i bezproblemowa obsługa, cieawe gratisy i bardzo szybka dostawa :)




Hydrolat różany, o boskim, totalnie naturalnym i obłędnym zapachu róży, przelałam sobie do atomizera z Sephory, który specjalnie do tego celu kupiłam kilka dni temu - spodobał mi się dołączony lejeczek, który ułatwił mi przelanie płynu :) 30 ml atomizer z mini lejeczkiem to koszt 10 zł, ja zapłaciłam 8 zł, bo trwa teraz promocja -20% na wszystko w Sephorze :)


Mam nadzieję, że spodobał Wam się taki chaotyczny wpis ;)
Jakie jest Wasze ulubione wiosenne jedzonko?
I czy zamawiacie półprodukty? Gdzie?

:)

NOTD: słoneczniki od Diora, czyli Dior Vernis 118 Acapulco

Cześć :)
Dziś chcę Wam pokazać bardzo letni, wakacyjny wręcz kolor lakieru. Dostałam go od mojego chłopaka w ubiegłe wakacje i od razu bardzo się polubilśmy :)
Mowa o lakierze Diora w odcieniu 118 Acapulco z letniej kolekcji 2012 roku. 


Lakier znajduje się w 10 ml kwadratowej buteleczce ze srebrną plastikową nakrętką z inicjałami projektanta. Nakrętka jest ściągana i wtedy pokazuje się nam czarny trzonek pędzeleka - fajny, wygodny patent. Sam pędzelek jest dość szeroki, ale nie przeszkadza to w aplikacji - trzeba jedynie uważać, żeby nie nabrać za dużo lakieru.


Aplikacja bezproblemowa, lakier nie zalewa skórek, ale jest gęstszy niż to zazwyczaj bywa - czytałam, że żółte kolory tak po prostu mają. Nakładany solo potrzebuje aż 4 warstw, żeby dać prawie pełne krycie [ jestem maniakiem na tym punkcie ;) ], więc ja tym razem zdecydowałam się położyć go na białą bazę.


Niestety, biała baza nie była najlepszym rozwiązaniem. Miałam tylko jeden biały lakier - jakiś staruszek z miniaturek H&M, który smużył niesamowicie, nakładał się beznadziejnie i nie chciał schnąć :(  Z tego powodu żółty Dior nie jest nałożony idealnie równo, a że jeszcze obydwa lakiery nie chciały ze sobą współpracować, widać białe końcówki [ zdjęcia robione 3 dnia po nałożeniu ].


Ostatecznie na paznokciach znajduje się warstwa Nail Tek Foundation II,  jedna warstwa biełego H&M [ który po całej przygodzie wylądował w koszu za karę ! ] i 2 warstwy Diora Acapulco + Seche Vite



Jak Wam się podoba taki wakacyjny lakier?
:)