MOJE LAKIERY ZOYA || Rue, Jana, Carter, Geneviev, Louise, Tiana

Witajcie serdecznie! :)

Od dłuższego czasu już nie rzucam się jak wygłodniały wilk na wszystkie lakiery do paznokci w zasięgu wzroku / drogerii, wyleczyłam się z tego. Owszem, zdarzają się zakupy pod wpływem chwili, ale już rzadko. Skupiam się na markach i kolorach, które najbardziej mi odpowiadają pod względem konsystencji, trwałości i ogólnie pojmowanej jakości. Sentymentem darzę Essie, Golden Rose z serii Rich Color, upodobałam sobie też OPI i China Glaze. Do tego grona lakierów, którym mogę zaufać, od kilkunastu miesięcy zalicza się też marka Zoya. 




Ciekawostki
  • Założycielką marki jest rosyjska pianistka, Zoya.  
  • Wszystkie lakiery Zoya biorą nazwy od damskich imion
  • Marka ma w ofercie ponad 300 kolorów
  • W asortymencie są również odżywki do paznokci, zmywacze, top coat i rozcieńczacz, a także szminki
  • Lakiery Zoya nie zawierają formaldehydu, toluenu, DBP i kamfory.

Zaczęło się od zauroczenia idealnym, ale nieoczywistym nudziakiem - Rue. Potem była fascynacja i gorączkowe poszukiwania Carter, a następnie, przy okazji wykorzystania Agni i jej wyjazdów na targi kosmetyczne w Warszawie, nabyłam 3 kolory - Geneviev, Louise i perełkę z tegorocznej kolekcji wiosennej - Tianę. Odkąd zainteresowałam się Zoyą, miałam też na uwadze piękny taupe o imieniu Jana. Całkiem niedawno udało mi się zdobyć ten kolor na allegro w bardzo przystępnej cenie, polecam więc pobuszować w sieci :)

Moja skromna kolekcja liczy sobie 6 buteleczek. Każda ma 15 ml, unikalny kształt z wygodną nakrętką . Pędzelki są cienkie, ale maluje się nimi bezproblemowo. Każdemu lakierowi wystarczą dwie warstwy do idealnego krycia. 

Teraz kilka zdjęć Zoya na moich paznokciach, niestety nie udało mi się znaleźć żadnego zdjęcia Jany [ na zbiorczym zdjęciu to buteleczka najbliżej prawej strony ]... Rue pokazywałam już szerzej ponad półtora roku temu.
Od góry: Rue, Carter, Geneviev bez lampy, Geneviev z lampą, Louise, Tiana.









Przyznaję, ceny tych lakierów nie należą do najmniejszych, bo jest to około 40 zł za buteleczkę, ale uważam, że są tego warte. Można znaleźć unikalne kolory, jakość bez wyjątku jest świetna, lakiery nie glucieją i naprawdę długo utrzymują się na paznokciach. Teraz będę chyba myśleć nad jakimś różem bądź czerwienią :)


Znacie lakiery Zoya, macie jakieś w swojej kolekcji?

ZIELONA GLINKA | Fitokosmetik

Hej, hej!

Zanim zacznę pisać o fajowej glince, mały apdejt : żyję, mam się dobrze, tylko moja organizacja czasu trochę mniej. Pracuję nad tym, ale dopóki efekty nie będą widoczne w aktywności blogowej, zapraszam serdecznie na Instagrama [ przycisk po prawej stronie ], tam zawsze mam chwilę, żeby wrzucić coś nowego [ w ostatnich dniach same zakupy, ale wiecie, było po wypłacie itepe ;) ]. Już po apdejcie, mogę przejść do meritum. A w tym przypadku to fajowa rosyjska glinka do twarzy od firmy Fitokosmetik. Ja dostałam ją na czerwcowym [ PÓŁ ROKU TEMU, serioooo?! ] spotkaniu blogerek pod Lublinem, od przemiłej Asi, która w Lublinie ma sklep w rosyjskimi kosmetykami [ Organika, przy ulicy Wieniawskiej 8 ]. Od razu mówię, że zazdroszczę tym z Was, które mogą się tam wybrać, też bym chciała!


Glinka, którą dostałam, to glinka syberyjska zielona z dodatkiem ziół, o działaniu odżywczym. Ma poprawiać napięcie skóry. Te zioła z nazwy to siedmiopalecznik, mącznica lekarska i rumianek. W saszetce dostajemy 75 gramów, co przy regularnym używaniu raz w tygodniu spokojnie powinno wystarczyć na jakieś trzy miesiące. 


Uwielbiam glinki, naprawdę. Ta tutaj nie stanowi wyjątku. Nic tak świetnie nie wygładza skóry i nie zmniejsza porów jak glinki, a przynajmniej ja jeszcze dotąd na taki kosmetyk nie natrafiłam. Używanie glinek może wydawać się upierdliwe, bo przecież nie możemy pozwolić na ich zaschnięcie na twarzy, ale to kwestia przyzwyczajenia. Ja siadam sobie z książką i co kilka minut psikam twarz wodą winogronową Caudalie i tak spędzam sobie przyjemnie 15 minut. 


Glinki tej używam nie tylko na twarz.Od czasu do czasu [ znaczy się, jak sobie przypomnę, czyli około dwóch razy w miesiącu ;) ] sypię też trochę glinki [ około łyżki stołowej ] do porcji szamponu do włosów, mieszam je ze sobą i myję włosy. Dziwne? Może, ale ja to uwielbiam. Włosy są potem świetnie oczyszczone ze wszystkiego, co na nich się osadziło, nie ma nawarstwionych olejków, środków do stylizacji. Zauważyłam też, że są lekko uniesione przy nasadzie - same plusy! 


Taką glinkę możecie kupić za około 5 złotych, w zależności od sklepu. Powinna być dostępna w większości sklepów oferujących kosmetyki zza wschodniej granicy. Ja bardzo polecam, jeśli nie tę, to koniecznie jakąś inną glinkę, bo różnica jest widoczna już po pierwszym użyciu, obojętnie, czy to na włosach czy twarzy :)


Też lubicie glinki ? Jakie są Wasze ulubione?