Książkowo - co ostatnio przeczytałam #4

Witajcie poniedziałkowo! :)

Zgodnie z obietnicą, którą Wam dałam w poprzednim poście książkowym, dziś kolejna porcja przeczytanych ostatnio książek. Mam ten luksus, że nowości i większość interesujących mnie tytułów mam na wyciągnięcie ręki, stąd też ostatnio wzmożone czytelnictwo u mnie :) A lista książkowych chciejstw wciąż się wydłuża, więc takie posty będą się pojawiać w miarę regularnie, taką mam nadzieję :)

A tak apropos listy czytelniczej, to mam konto na portalu Lubimyczytać.pl, bardzo się z tą platformą polubiłam. Jeśli i Wy tam istniejecie, zapraszam, tutaj mój profil : KLIK


Stephanie Evanovich, Miłość w rozmiarze XXL - miłosna książka, typowo babska. Rzecz o młodej wdowie, która po śmierci męża zajada swoje smutki, aż do osiągnięcia rozmiaru XXL. W samolocie spotyka znanego trenera personalnego gwiazd, coś jak nasza Chodakowska i podczas rozmowy umawiają się na treningi. Ona trenuje pod jego eksperckim okiem, chudnie, układa sobie życie po stracie męża, a on dopiero po jakimś czasie uświadamia sobie, że mu na niej zależy. Na drodze do szcześliwego związku staje im jego reputacja i upodobania w kwestii kobiet, jest interakcja z przyjaciółmi, dramatyczne zwroty akcji w stylu  "nie mogę z nim być, powiedział o mnie coś złego!". Innymi słowy - typowa miłosna historyjka, jedynie konwencja trochę inna. Dobrze się czytało tę książkę jako taki "odmóżdżacz" przez kilka wieczorów. Jeśli potrzebujecie lekkiej, niezobowiązującej lektury, sięgnijcie po tę książkę :) Swoją drogą to prawie gotowy scenariusz filmowy, ciekawe kiedy Hollywood się za to zabierze ;)

Magdalena Kordel, Malownicze. Wymarzony Dom - ciepła i miła opowieśc o dziewczynie, która rzuca faceta dupka, głupią pracę i spontanicznie kupuje dom na wsi w Sudetach, z daleka od wielkiego miasta, rozpoczyna nowe życie. W książce przeplata się kilka historii, każda opowiedziana poruszająco, a całość maluje [ jak to w Malowniczem ;) ] obraz przyjacielskiego życia na wsi, gdzie wszcscy wszystkich znają mniej lub bardziej. Jest śmiesznie, momentami melancholijnie, nie ma przesady. Akcja wartka i wciągająca, kartki przewraca się z przyjemnością. Książka napawa optymizmem, napisana jest z humorem i zrozumieniem meandrów ludzkich uczuć i zachowań. Sczerze polecam!


Walerij Paniuszkin, Rublowka. Przewodnik po podmoskiewskim rezerwacie milionerów, miejscu gdzie władza i pieniądze są sąsiadami - znakomicie napisana książka - reportaż. Poznajemy osiedle miliarderów rosyjskich, ich styl i tryb życia, specyficzne zasady i reguły bogaczy. O tym, co i jak robią, jak się budują, ubierają, o Barvikha Luxury Village i dlaczego codziennie ruch uliczny wstrzymywany jest na 40 minut, przeczytacie w Rublowce. Warto, oj warto! Ja książkę przeczytałam w jeden dzień - pochłania jak najlepszy kryminał lub powieść fantastyczna, którą w pewnym sensie jest dla takiego zwykłego, szarego człowieka, jak ja ;)

Ruth Brandon, Wstydliwa historia piękna - prezent od przyjaciółki, która wiedziała, że od dawna mam ochotę na tę książkę. Utrzymana w reporterskim stylu relacja z powstania i rozwoju firmy L'Oreal na tle ówczesnych wydarzeń historycznych. Jest też trochę o Helenie Rubinstein, jednak to założyciel L'Oreala ma bardziej niechlubny życiorys i to o nim więcej w książce znajdziemy. Kolaboracja  z Niemcami i antysemityzm to tylko jedne z zarzutów stawianych założycielowi imperium kosmetycznego i jego następcom. Jak dla mnie książka zbyt mocno skupiona na politycznym aspekcie działania firm kosmetycznych, ale dowiedziałam się kilku ciekawych informacji i lektury nie żałuję. Jeśli interesuje Was taka tematyka, warto sięgnąć po tę pozycję, bo jest naprawdę rzetelnie napisana.


Znacie te tytuły?
Co ciekawego u Was do czytania? Może mi coś polecicie?

Ja zmykam na ciuchowe zakupy, bo dziś dzień wolny ^^

Zoya, Rue ♥


Cześć! :)

Jaki piękny weekend mamy! Właśnie [ no dobra, nie tak właśnie, ale byłam jeszcze na zakupach w Naturze ;) ] wróciłam z pracy, odsapnę trochę i wybieram się na spacer z Kebsem, bo aż żal nie skorzystać z takiej słonecznej pogody! :)

Dzisiejszy post będzie o pięknotce, która skradła moje serce. Mowa o lakierze firmy Zoya z kolekcji Naturel, którą najchętniej skompletowałabym całą, gdyby nie wysokie ceny. No może bez jednego egzemplarza ;)

Rue to piękny nudziakowy kolor, w zależności od światła wpadający w beż lub delikatnie rozbielony wrzos. Niesamowicie podoba mi się, jak wygląda na paznokciach, świetnie współgra z moją skórą. Kolor jest niebanalny, niepowtarzalny i naprawdę uniwersalny, więc z ochotą po niego sięgam, dodam, że dość często ostatnio :)

Rue świetnie kryje po 2 warstwach, nie ma mowy o prześwitach. Pędzelek jest cienki, początkowo się tego obawiałam, bo wolę szersze, ale niesłusznie - żadnych problemów z aplikacją nie ma. Rue cechuje świetna wytrzymałość, noszę ją zazwyczaj do 6 dni bez żadnych uszczerbków, jedynie końcówki się minimalnie ścierają. Świetny wynik.

Lakier kupiłam za niestety wygórowaną ceną 43 zł w sklepie Maani.pl, ale o ile przy zakupie biłam się z myślami, tak teraz nie żałuję ani jednej złotówki na niego wydanej. Jakość idzie w parze z kolorem, łatwością aplikacji i trwałością, co w sumie daje naprawdę świetny produkt. Co tu dużo mówić - chcę więcej! Zaopatrzyłam się już w wymarzony piasek Carter, a w przyszłości na pewno kupię niejedną buteleczkę od Zoya :)

Wybaczcie nieciekawe zdjęcia - miałam na dniach zrobić nowe, z lepszym tłem, ale niestety połamałam paznokcie i teraz mają długość zerową, co nie wygląda dobrze na zdjęciach ;)






Jak się Wam podoba Zoya Rue? 
Piękna, prawda? :)

Moje kremy do rąk | Anida, Caudalie, The Secret Soap Store

Witajcie! :)

Chciałabym Wam dziś przedstawić trójkę kremów, które dbały o moje dłonie przez ostatnie kilka miesięcy. W zasadzie to wciąż dbają, bo żaden jeszcze się nie skończył ;) Każdą z poniższych pozycji bardzo lubię i mogę spokojnie polecić - nie zawiedziecie się. A jeśli macie problem z wyborem, proponuję wyliczankę ;)


Anida, krem do rąk i paznokci, wosk pszczeli i olej makadamia 100ml / 3,99 zł - kremowy ulubieniec, to już nie wiem która tubka z kolei. Na zdjęciu jeszcze stara wersja kremu. Pisałam o nim już szerzej [ TUTAJ ] i zdanie podtrzymuję, jest takie samo w przypadku obydwu wersji produktu, które różnią się tylko nieznacznie składem. Świetnie nawilża skórę dłoni, nie lepi się, dłonie są gładkie, ma ładny kremowo - słodki zapach i całkiem ładny skład z olejem makadamia na drugim miejscu. Jest dość lekki i płynny, ale nie wpływa to na jego wydajność. Używam go również do pielęgnacji skórek Ja w ten krem zaopatruję się w Naturze, można go znaleźć również na doz.pl

Caudalie, Creme Gourmande, krem do rąk i paznokci 75ml / ok 50 zł - krem dostałam jako gratis przy zakupie innych produktów marki w mojej ulubionej aptece. Miałam już kilka jego malutkich próbek, więc wiedziałam, czego się spodziewać, a gratis w postaci tego kremu bardzo mnie ucieszył. Krem ma lekką konsystencję, błyskawicznie się wchłania, zostawiając skórę jedwabiście miękką i nawilżoną na kilka godzin. Pachnie świeżo, lekko cytrusowo, jest to jakby mocniejsza wersja zapachu, który znam już z toniku, płynu micelarnego i pianki do mycia twarzy. Znakomicie nawilża skórki i większą część opakowania zużyłam właśnie do ich pielęgnacji ;) Skład również w porządku. Krem można kupić w aptekach zwykłych i internetowych, czasem pojawia się też na allegro.

The Secret Soap Store, krem do rąk 20% masła shea, Pomarańcza 70ml / 21 zł - w paczce od Naomi z Mikołajek, które urządziła Hexx, znalazłam próbkę tego kremu do rąk i to popchnęło mnie do zakupu :) Przed Świętami znalazłam w galerii stoisko marki i bez wahania kupiłam ten krem. Na początku zapach skojarzył mi się z pomarańczą i goździkami, a potem Kurka napisała mi, że dla niej to zapach Orbit dla dzieci i wtedy mnie olśniło, że rzeczywiście! ;) Krem jest gęsty, bardzo treściwy i znakomicie pielęgnuje dłonie. Bardzo lubię go nakładać na noc. Świetnie nawilża, ma naturalny skład i jest bardzo wydajny. Z chęcią przetestuję inne wersje TSSS :)


Jak widzicie, jest tutaj trójka niepokonanych - każdy krem bardzo lubię i myślę, że będę do nich wracać, bo są świetne. Różnią się cenami, pojemnością, konsystencją i zapachami, ale każdy jest świetny i spisuje się na moich dłoniach.

Muszę Wam też napisać, że każdy krem przeszedł crash test - testował je także dwuletni Aleksander Wspaniały, z którym przy każdym spotkaniu uskuteczniamy zabawę pt " hamujemy sobie łapki kjemikiem ".  Oczywiście łapki to kwestia sporna, bo nierzadko kremik lądował na podłodze / spodenkach / buzi. Na łapkach każdy kjemik spisywał się świetnie, co do podłogi i spodenek brak danych, na buzi tylko Caudalie wywołało zaczerwienienie, podejrzewam, że to przez Dimethicone, który tylko w tym kremie z całej trójki występuje.

Tutaj jeszcze zdjęcie z kremowania skórek - bardzo lubię ten sposób i dbanie o skórki [ kremowanie, olejowanie ich ] weszło mi w nawyk, co mnie bardzo cieszy i na pewno też przyczynia się w pewnym stopniu do dobrego stanu moich paznokci.



Skład AnidaAqua, Macadamia, Ternifolia Seed Oil, Caprylic/Capric Triglyceride, Ceteareth-20(and)Cetearyl Alcohol, Glycerin, Beeswax, Mineral Oil, Tocopheryl Acetate, D-panthenol, Polyacrylamide(and)Hydrogenated Polydecene(and)Laureth-7, Allantoin, Benzyl Alcohol, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Parfum, Hexyl Cinnamal, Lilial, Limonene

Skład CaudalieAqua (Water), Glycerin*, Cetearyl Alcohol*, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil*, Glyceryl Stearate*, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter Extract*, Tocopheryl Acetate*, Dimethicone, Sodium Cetearyl Sulfate*, Persea Gratissima (Avocado) Oil*, Caprylyl Glycol, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Palmitoyl Grape Seed Extract*, Potassium Sorbate, Parfum (Fragrance), Phytosterols*, Sodium Hydroxide, Carbomer, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil*, Sodium Carboxymethyl Betaglucan, Tocopherol*, Sorbitan Oleate*, Ascorbyl Palmitate, Limonene, Linalool, Geraniol.

Skład The Secret Soap Store: Aqua, Shea Butter, Ceteareth - 20, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Glycerin, Avocado Oil, Urea, Parfum, D - panthenol, Acrylamide/Sodium Acrylate Copolymer, Trideceth - 6, Tocopheryl Acetate, Ascrobyl Palmitate, Lecithin, Benzoic Acid, Dehydroacetic Acid, Phenoxyethanol, Polyaminopropyl Biguanide, Ethylexylglycerin, d - Limonene, Cinnamal, Linnalool, Benzyl Alcohol, Eugenol.


Znacie te kremy do rąk?
Który jest Waszym ulubieńcem?

___

P.S. Dziś wybraliśmy się z Kebsem na działkę! Co prawda było to tylko 40 minut, ale tak bardzo Kebab nie wybiegał się przez ostatnie dwa miesiące! Był dziki szał, kopanie ryjkiem liści, zataczanie pętli wokół drzew, harcowanie z patykiem i wiele innych atrakcji ^^ Teraz piesełko padło i leży zaśnięte u moich stóp ;)





Książkowo - co ostatnio przeczytałam #3

Cześć! :)

Pora na kolejną odsłonę serii czytelniczej. Poprzednie znajdziecie pod etykietą książki.

W ostatnich tygodniach wygospodarowałam sobie trochę więcej czasu na czytanie, bo okazało się, że mam bardzo mocno przemęczone oczy, zrezygnowałam więc z części czasu, który spędzałam przed ekranem na rzecz książek. Odwiedziłam znów bibliotekę w swoim mieście [ wbrew pozorom bardzo dobrze zaopatrzoną! ], kupiłam kilka książek oraz dostałam. Dzięki chorobie spędziłam kilka niewymagających dni w łóżku, co również pomogło mojemu czytelnictwu ;) 

Do rzeczy jednak! 

Przed Wami przegląd książek,które ostatnio przewinęły się przez moje ręce :) Żeby post nie był przydługi, dziś pokażę Wam tylko [ a może aż? W końcu w 2012 roku aż 60% mieszkańców naszego kraju nie miało książki w ręce... ] 8 pozycji, kolejne z dotąd przeczytanych będą w następnym poście serii.



Monika Szwaja, Anioł w kapeluszu - ciepła historia o zwyczajnym życiu wielu ciekawych, nierzadko doświadczonych przez los osób, których ścieżki splatają się ze sobą w różne dziwne sposoby. Jest chłopiec, którego matka obciąża miliardem obowiązków i przez to doprowadza do jego skrajnego wycieńczenia, jest owdowiała pani profesor, która układa życie na nowo nad morzem, jest też pies, Masza, która dopełnia całej historii. Myślę, że warto sięgnąć po tę książkę - lekka lektura, doprawiona humorem i specyficznym językiem, a daje do myślenia i optymistycznie nastraja :)

Min Anchee, Cesarzowa Orchidea - Bardzo lubię nie tylko azjatyckie kosmetyki, ale również książki i filmy, których akcja tam się rozgrywa, szczególnie osadzone w historycznych czasach. Książka przedstawia cesarzową Cixi, jedną z siedmiu żon cesarza Xianfenga. Akcja w większości dzieje się w Zakazanym Mieście, opisując je szczegółowo, wraz z niepojętymi dla nas zwyczajami i obrządkami. Przedstawia życie wielu kobiet, intrygi i aktualną sytuację polityczną. Czyta się lekko i przyjemnie, książka wciąga. Z przyjemnością sięgnę po kolejną część, Ostatnią Cesarzową.



Lauren Weisberger, Zemsta ubiera się u Prady - Mam sentyment do filmu "Diabeł ubiera się u Prady", oglądałam go kilka razy, wręcz uwielbiam rolę Meryl Streep. Kiedy przeczytałam w jakiejś gazecie, że ukazała się kontynuacja pierwszej książki, wiedziałam, że przeczytam ;) Była asystentka Mirandy [ tytułowego diabła ], po wielu latach zakłada własne czasopismo, które potem spółka Mirandy chce przejąć. To tak w skrócie cała fabuła. Lubię książki przenoszące w świat bogatych i możnych Nowego Jorku, fajnie jest się na chwilę oderwać od rzeczywistości i ta książka to zapewnia. Przeczytałam ją w 3 wieczory.

Dorota Wellman, Paulina Młynarska, Kalendarzyk Niemałżeński - Zbiór listów wymienionych między autorkami. Bardzo kobiece i wcale nie błahe tematy. Czyta się świetnie, jak rozmowę między przyjaciółkami. Poruszają tematy wszelakie, dużo jest o jedzeniu, roli kobiet w dzisiejszych czasach, rodzinie, karierze, a całość podana lekko, ale z charakterem. Polecam! :)



Anna Ficner - Ogonowska, Alibi na szczęście, Krok do szczęścia, Zgoda na szczęście, Szczęście w Cichą Noc - Czterotomowa historia pewnej miłości. Opisana z dbałością o każdy szczegół, wątek i detal. Postacie są realistyczne, wiele w życiu przeszły i targają nimi różne uczucia. Główna bohaterka, Hanka, straciła jednego dnia 3 najważniejsze dla niej osoby i próbuje się pozbierać po tej tragedii. Poznajemy ją i jej otoczenie na przestrzeni wielu miesięcy i wydarzeń. Zdecydowanie warto przeczytać, dawno nie miałam styczności z tak prawdziwymi i wzruszającymi historiami. Nic nie jest przesadzone, a ciepła i dająca nadzieję atmosfera wyczuwalna jest na każdej kartce :) Pierwszy tom wypożyczyłam z biblioteki, ale kolejne 3 zamówiłam przez internet, bo wprost nie mogłam się doczekać sięgnięcia po kolejne części, to chyba o czymś świadczy? ;) Na serię zwróciłam uwagę dzięki wpisowi u Agublog. Ostatni tom dodatkowo ma kilka świątecznych przepisów kulinarnych i już wiem, że na pewno spróbuję zrobić ciasto drożdżowe!

Znacie te tytuły?
Co Wy ostatnio czytacie?

Podkład Rimmel, Stay Matte

Dzień dobry! :)

W ulubieńcach grudnia i stycznia [ KLIK ] pokazałam Wam podkład Rimmel Stay Matte. Dalej używam go nieustannie i już pół tubki za mną :) Podkład udało mi się wygrać u Malowajki, oddawała go, bo Jej nie podpasował. 


Podkład znajduje się w 30 ml tubce z zakrętką. Nie jest to moje ulubione rozwiązanie, ale pasuje do konsystencji podkładu, bo wydaje mi się, że ze względu na konsystencję pompka mogłaby się zacinać. Podejrzewam, że nie obędzie się bez rozcinania tubki, żeby wydostać resztki, ale jestem już do tego przyzwyczajona, więc nie przeraża mnie to ;) Szata graficzna jest całkiem ładna i przyjemna dla oka, wszystko jest czytelne. 

Mój odcień to 100 Ivory i idealnie pasuje do mojego koloru skóry. Jest totalnie neutralnym kolorem, bez żółtych i różowych tonów, co bardzo mi odpowiada. Może sprawiać na początku wrażenia odrobinę ziemistego, ale szybciutko dopasowuje się do koloru skóry i w ciągu dnia nie ciemnieje na twarzy.


Od producenta:  podkład Rimmel Stay Matte zapobiega świeceniu się cery, a dzięki zastosowaniu mikrosferycznych pudrów skóra jest jedwabiście gładka i miękka. Lekka, kremowa formuła podkładu wyjątkowo łatwo rozprowadza się na skórze, a w połączeniu z emulgatorami żelowymi płynnie i równomiernie łączy się ze skórą bez rolowania się i efektu maski. Matowe wykończenie zawdzięcza opatentowanej japońskiej formule żelu pielęgnacyjnego. Zawarty w podkładzie kaolin zapewnia matową, lecz promienną cerę. Zawiera bardzo lekki matujący puder, wszystko po to, by stworzyć nieskazitelne, jedwabne, wolne od błyszczenia się wykończenie makijażu, które utrzymuje się cały dzień, pozostawiając skórę świeżą i naturalnie matową. [ źródło ]

Podkład Rimmel Stay Matte bez problemu kupimy w każdej drogerii z szafą Rimmela, cenowo także jest bardzo przystępny, bo w promocji kosztuje około 14 zł, czyli naprawdę niewiele :) Jest kilka odcieni do wyboru, widziałam też wiele testerów, więc można sobie na spokojnie sprawdzić kolor przez zakupem.


Podkład rzeczywiście jest mocno matujący i kryjący. Powiedziałabym nawet, że krycie jest lepsze niż w przypadku Revlon Color Stay. U mnie sprawdza się znakomicie, bo bardzo lubię efekt zmatowienia cery, a ostatnio mam trochę do ukrycia [ zabawę sponsorował Redermic R ] ;) Podkład jest bardzo gęstym musem i wystarczy niewielka ilość, żeby pokryć całą twarz. Optymalna ilość dla mnie to tyle, ile na zdjęciu poniżej. 

Najpierw nakładam podkład palcami w kilka miejsc na twarzy, potem rozcieram pędzelkiem [ flat top Hakuro H50S ] - taki sposób aplikacji nie zostawia żadnych smug, a całość jest dobrze i równomiernie roztarta. Efekt matu jest mocny, ale nie tępy, a podkład nie tworzy maski [ oczywiście nałożony w rozsądnej ilości ]. Ja potem przypodrowuję jedynie strefę T oraz obszar pod oczami, żeby utrwalić tam korektor. 

Podkład Rimmel Stay Matte utrzymuje się na mojej twarzy optymalnie, czyli zazwyczaj jest to około 7 / 8 godzin, w zależności od humorów mojej skóry [ czasem ma spoko dzień, a czasem zamienia się w fabrykę połysku ;) ] ściera się z nosa. Czasem trochę bardziej podkreśla pory, ale to zależy od stanu mojej kapryśnej skóry, więc mu to wybaczam. Czytałam o tym, że lubi podkreślać suche skórki, ale że ich nie posiadam, nie wypowiem się w temacie. Wiele osób pisało też, że jest tępy i bardzo widoczny na twarzy. Wiadomo, wszystko zależy od upodobań w kwestii podkładów i wykończenia oraz od sposobu i ilości nakładanego produktu. U mnie nałożony w niewielkiej ilości sprawdza się doskonale i wpasowuje w obecne potrzeby makijażowe :)

Przez swoją matującą i pudrową formułę może podkreślać zmarszczki i zbierać się w załamaniach skóry, ja na szczęście nie mam jeszcze z tym większych problemów, więc nie narzekam. 

Co do zapychania [ w tym temacie nic nie pobije Redermica R ;) ], to zauważyłam, że jeśli przez kilka dni pod rząd używam podkładu, to rzeczywiście powstaje trochę niedoskonałości, ale wystarczy zrobić np. weekendową przerwę w stosowaniu podkładu i potem wszystko jest okej, więc po prostu nie używam go dzień w dzień, zresztą lubię różnorodność :)


Jestem z podkładu bardzo zadowolona, świetnie się u mnie spisuje i myślę, że sięgnę jeszcze po niego po wykończeniu obecnej tubki, bo doskonale się u mnie sprawdza. 

Znacie podkład Rimmel Stay Matte?
Jaka jest Wasza o nim opinia?

Mini recenzja mini saszetki - odżywczy szampon do włosów Bania Agafii :)

Witajcie serdecznie! :)

Dziś czas na kolejną saszetkową mini recenzję. Pisałam już o saszetkowym ziołowym peelingu do ciała [ KLIK ], a dziś będzie o odżywczym szamponie do włosów. Jak wiecie, bardzo lubię dbać o swoje włosy i z ciekawości wciąż próbuję nowych kosmetyków. Tak jest również w kwestii szamponów - bo chociaż znalazłam już swojego ulubieńca w tej kwestii [ aloesowy szampon Equilibrii ], to lubię poznawać inne dostępne pozycje.


Szampon odżywczy do włosów Bania Agafii przeznaczony jest do włosów suchych i osłabionych. Zawiera olejek amarantowy, olejek z nasion żurawiny błotnej,olejek z pierwiosnka, żeń - szenia, olejek cedrowy i z białego syberyjskiego lnu. Za 100 ml saszetkę zapłaciłam w sklepie internetowym Kalina 3,30 zł.

Szampon jako jedyny z całej gromadki źle zniósł podróż do mnie - saszetka z jednej strony była nieszczelna i trochę produktu się rozlało. Nie przeszkadza mi to jednak w aplikacji, a szampon dzięki temu mankamentowi poszedł od razu w ruch :)



Pachnie bardzo delikatnie, odrobinę mydlano, zapach nie utrzymuje się na włosach. Jest bardzo rzadki i to chyba jego jedyny minus. Świetnie się pieni już przy pierwszym myciu - ja zawsze myję włosy dwa razy, zaskoczyło mnie to. Piana jest puchata i jest jej bardzo dużo. Już po pierwszym myciu można poczuć, że włosy są bardziej miękkie. Po wymyciu i spłukaniu całej piany włosy są bardzo czyste, aż skrzypią, uczucie miękkości nadal się utrzymuje, a kosmyki nie są splątane. Standardowo używam odżywki. Włosy są świeże 2 dni, nie są klapnięte i dobrze się układają.



Szampon doskonale radzi sobie z olejami - za każdym razem miałam je na głowie przed myciem i nie miał najmniejszych problemów ze zmyciem olejowej warstewki.


Skład: Aqua, Sodium Coco-Sulfate ,Organic Amaranthus Caudatus Seed Oil, Organic Oxycoccus Palustris Seed Oil , Coco-Glucoside (and) Glyceryl Oleate, Sorbitane Caprylate, Organic Primula Vulgaris Oil, Organic Panax Ginseng Oil, Organic Pulmonaria Officinalis Oil , Organic Pinus Palustris Oil , Organic Linum Usitatissimum (Linseed) Seed Oil , Parfum, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Benzyl Alcohol, Citric Acid, Parfum.

Szamponu użyłam już 3 razy i wystarczy mi go jeszcze na jedno użycie. Bardzo spodobał mi się ten produkt i myślę, że będę do niego wracać, zwłaszcza, że cena jest śmieszna ;)

Miałyście do czynienia z tym saszetkowym szamponem?
Może macie swojego rosyjskiego ulubieńca do mycia włosów?

Zapraszam na Facebook'a! :)

HexxBOX – Poznaj i testuj z 1001pasji ! Rimmel Scandaleyes Waterproof Kohl Kajal | 013 Purple i 005 Nude

Cześć, cześć! :)


Kiedy na początku grudnia okazało się, że Hexx wyróżniła w swoim konkursie moją pracę, bardzo się ucieszyłam. Z wyróżnieniem wiązała się też przemiła nagroda, na którą składały się 3 kosmetyki do makijażu. Dziś będzie o dwóch z tej trójki, czyli o kredkach do oczu Rimmel Scandaleyes Waterproof Kohl Kajal w odcieniach 013 Purple i 005 Nude.

Z kredkami do oczu Rimmel'a nie miałam dotąd styczności, więc z radością zabrałam się za testowanie od razu po otrzymaniu paczuszki. Pierwsze testy przebiegły pomyślnie, byłam zaskoczona trwałością i pigmentacją tych kredek. Omówię je Wam każdą z osobna.



Rimmel Scandaleyes Waterproof Kohl Kajal 013 Purple - ciemny, matowy fiolet. Kolor bardzo mocno napigmentowany, wystarczy jedno przejechanie kredką po skórze, żeby zostawić wyraźną linię. Po nałożeniu dość łatwo się rozciera, bo kredka jest miękka, można nadbudować warstwy dla jeszcze intensywniejszego efektu. Kredka przypadła mi do gustu jako eyeliner - używam jej za każdym razem do robienia kreski na górnej powiece. Świetnie wygląda, bo nieoczywisty [ w sensie, że nie czarny ;) ] kolor ładnie podkreśla kolor mojej tęczówki. Nie byłam dotąd przekonana do fioletów w makijażu oczu, wciąż mam opory przed za bardzo fioletowym makijażem, ale sama kreska w tym kolorze bardzo ładnie się komponuje. Preferuję mocniejsze, grusze kreski na powiece, a ta kredką świetnie się je maluje. Jeśli jednak jesteście fankami bardzo cienkich kresek, może to nie być kredka dla Was.

Rimmel Scandaleyes Waterproof Kohl Kajal 005 Nude - matowy, kremowy nudziak. Widziałam w tej kredce zastępcę mojej ukochanej kredki do linii wodnej z Max Factora, niestety nie stała się nim. W zasadzie kredce nie mam nic do zarzucenia, bo pigmentacja jest fenomenalna, jak i w przypadku fioletu, maślana miękkość pozwala na swobodne malowanie, trwałość również na plus. Jedyne, co mi w niej przeszkadza, to kolor... Jak na mój odcień skóry, kredka jest po prostu zbyt żółta, wpada w pomarańczowe tony i choć z daleka tego nie widać, z bliska i na zdjęciach wygląda na oku co najmniej dziwnie... Sięgam po nią sporadycznie, wyłącznie w te dni, kiedy mam na nosie okulary i nie można się przyjrzeć makijażowi z bliska ;) Owszem, otwiera oko i ładnie wygląda na linii wodnej, niwelując zmęczenie, niestety odcień nie do końca mi pasuje... Na jednym ze zdjęć zobaczycie porównanie z moją ukochaną kredką Max Factor i zobaczycie różnicę w kolorze.



Obydwie kredki przez swoją naprawdę miękką, maślaną konsystencję, bardzo ciężko się strugają - przy każdym temperowaniu tracę minimum centymetr produktu, bo rysik [ no wiecie, środek ;) ] wciąż się łamie. Przez to nie jestem też w stanie zatemperować kredek "na ostro", a tym samym namalować cienkich kresek, jednak to akurat mi nie przeszkadza. Myślę, że zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłyby automatyczne, wysuwane opakowania - nie traciłoby się tyle produktu...

Teraz czas na prezentację naoczną :)





Do makijażu oka oprócz kredek Rimmel użyłam: cień 467  Inglota na całą powiekę, cień 363 w załamaniu i Maybelline Color Tattoo Permanent Taupe do podkreślenia brwi.


Pomimo pewnych wad, które wskazałam wyżej, kredki są bardzo przyjemne w użytkowaniu i często po nie sięgam [ zwłaszcza po fiolet ;) ], bo przy malowaniu są naprawdę bezproblemowe i dają gwarancję, że w ciągu dnia nic się nie rozmaże / zetrze. Nie wiem, czy moje odcienie są dostępne stacjonarnie w Polsce, wydaje mi się, że 005 Nude raczej nie, ale jeśli zastanawiacie się nad jakimś wariantem kolorystycznym, to mogę je Wam spokojnie polecić :) Ja sama mam ochotę sprawdzić jeszcze jeden odcień - Taupe, który na swatchach [ tutaj możecie zobaczyć swatche odcieni dostępnych w Anglii ] wygląda cudnie :) Cena takiej kredki to około 19 złotych. 

Tutaj jeszcze zdjęcie z porównaniem kolorystycznym, o którym wspominałam wyżej:



Hexxana kilka miesięcy temu zrobiła filmik z testem trwałości tych kredek, nawet tych samych odcieni, które dostałam ja, zobaczcie! Prawie niezniszczalne są, skurczybyki ;)


Bardzo dziękuję Hexx za możliwość przetestowania kredek w ramach HexxBOXa i przekonanie się, że fiolet wcale nie taki straszny, jak go malują ;)




P.S. Jeśli jesteście z Krakowa i nie wiecie, co zrobić ze sobą w najbliższy weekend, pędźcie na oddawajkę biletową do PodróżoweLove! :)

Mini recenzja mini saszetki - Bania Agafii, ziołowy peeling do ciała :)

Cześć! :)

Dziś chciałabym przedstawić Wam moje przemyślenia na temat pierwszej saszetki z mojego zbioru :) Jeśli nie wiecie o co chodzi - odsyłam Was do ostatniego postu z nowościami lutego  - KLIK :) 

Miałam sporą trudność, od czego zacząć moje saszetkowe testowanie, padło na ziołowy peeling do ciała Bania Agafii, głównie dlatego, że byłam zainteresowana, czy rzeczywiście zioła są drobinkami peelingującymi ;)

Zaznaczam też, że jest to mini recenzja, czyli moje zdanie na podstawie kilkukrotnego użycia, bo pojemność saszetki nie pozwoliła na więcej.


Saszetka zawiera 100 ml produktu i jest zamknięta odkręcanym dzióbkiem - bardzo praktyczne rozwiązanie. Spokojnie można zabrać saszetkę w podróż, bo zamknięcie jest szczelne, a całość lekka i niewielka, w sam raz na przykład na weekendowy wypad ;)

Z tyłu są informacje producenta i polskiego dystrybutora, skład i termin przydatności po otwarciu - 9 miesięcy. 

Za saszetkę zapłaciłam 5,90 zł.


Peeling wystarczył mi na 4 użycia na całe ciało. Nie ma problemu z wydobyciem go z saszetki. Ma żelową konsystencję, w której zatopione są kawałki różnych suszonych ziół - nawłoci, różeńca górskiego, omanu wielkiego, melisy lekarskiej, miłka syberyjskiego. 

Siła ścieranie nie jest wielka, powiedziałabym, że to bardzo lekki peeling, bardziej do delikatnego masażu niż mocnego zdzierania. Chociaż jestem fanką hardcore'owego zdzierania, od czasu do czasu miło pomiziać się czymś delikatniejszym ;) W peelingu rzeczywiście dokładnie widać różne drobinki suszonych ziół - podoba mi się to :) Peeling nie wysusza skóry i bardzo dobrze ją oczyszcza, nie musiałam potem sięgać po żel pod prysznic.


Peeling ma dość mocny zapach, bardzo ziołowy [ zresztą po nazwie można się tego spodziewać ;) ] - wyczuwam w nim miętę i odrobinę ogórka? Podejrzewam, że to sprawka tych nieznanych mi syberyjskich ziół, bo mięty w składzie nie ma ;) Niemniej zapach jest ładny i orzeźwiający, peeling fajnie by się spisywał w gorące letnie wieczory, tym bardziej, że dzięki delikatnemu ścieraniu nie podrażni skóry wystawionej na działanie słońca.


Skład: Aqua, Lauryl Glucoside, Carbomer, Potassium Hydroxide, Solidago Odora Powder (proszek nawłoci), Rodiola Guadrefida Root Powder (proszek różeńca górskiego), Inula Helenium Powder (proszek omanu wielkiego), Polyethylene, Melissa Officinalis Powder (proszek melisy lekarskiej), Adonis Sibirica Leaf Powder (proszek miłka syberyjskiego), Organic Borago Officinalis Oil (organiczny olejek ogórecznika lekarskiego), Tocopherol, Chlorophyllin-Copper Complex, Parfum.


Ja jestem zadowolona z peelingu i pewnie jeszcze kiedyś się spotkamy, na razie w kolejce czeka saszetkowa wersja cukrowa. Bardzo spodobał mi się pomysł na taką pojemność i opakowanie produktów, które dzięki temu kosztują grosze, a można spokojnie wypróbować dany kosmetyk :) 

Miałyście już do czynienia z ziołowym peelingiem od Banii Agafii? 
Może jakaś inna rosyjska saszetka przypadła Wam do gustu? 

Zakupy i nowości z lutego :)

Hej, hej! :)

Wiem, że trochę mam tyły, ale wciąż dopasowuję się do nowego rytmu dnia, mam nadzieję, że uda mi się to ogarnąć na tyle, żeby następnym razem nowości nie pojawiały się prawie w połowie następnego miesiąca ;)

W lutym wiele [ ja wiem, że dla każdego słowo niewiele, znaczy co innego, umówmy się jednak, że jak na mnie, nie kupiłam dużo, ok? ;) ] nie nakupiłam, ale trochę nagięłam mój plan na tamten miesiąc, jednak nie żałuję tego, bo w moje ręce wpadły same kosmetyczne smakołyki :)


Pędzel Zoeva 227 Soft Definer to mięciutka kuleczka do rozcierania, która sprawuje się fenomenalnie i w zasadzie nie wiem, jak ja się malowałam bez niej do tej pory ;) Kupiłam go w sklepie Ladymakeup.pl za 27,99 zł. Pasta do zębów Himalaya Herbals Sparkly White, moja ulubiona, kupiona za ok 12 zł w Naturze. Widziałam je te ostatnio w Hebe, gdyby ktoś był zainteresowany :) 3 miniaturowe OPI to cuda z wyprzedaży u Aalimki, każdy po 5 zł / sztuka :) Przywędrowały do mnie od lewej: You're Such A Budapest, Can't Find My Czechbook, Suzi's Hungary Again. Piękna i wymarzona Zoya Rue była mocnym punktem lutowego planu zakupowego, dorwałam ją za 43 zł w Maani.pl.


Do apteki poszłam tylko po wodę winogronową Caudalie... Ale, że wtedy miałam niemiłe doświadczenia z badziewiastymi kremami pod oczy [ Bleh... Sylveco, Dermedic, Eveline - o kremach pod oczy, które się u mnie nie sprawdzają. ], sięgnęłam po sprawdzonego ulubieńca z Caudalie - Vinosource S.O.S Eye Rescue. Do zakupów dostałam super gratis - serum do twarzy Vinosource, które kosztuje więcej niż woda + krem pod oczy razem ;) Woda kosztowała 40 zł, krem pod oczy 66 zł, a koszt serum, które dostałam, to 130 zł Także dobry deal, no nie? Taniutka [ ok. 3,50 zł ] maść z wit. A jako rzecz wielofunkcyjna musi być :)


W ramach wspólnego zamówienia z Lipstick And Kids w sklepie Kalina, postawiłam na rozmiary saszetkowe różnych kosmetyków, po 100 ml każda. Z racji, że jedna saszetka kosztowała od 3 do 5 zł, nie hamowałam się specjalnie ;) Bardzo podoba mi się taka forma produktu, bo można sobie spokojnie wypróbować interesujące rzeczy, bez wydawania fortuny :) Swoją część zamówienie odebrałam dopiero wczoraj, więc wielkie testowanie wciąż przede mną ;) U góry od lewej: Ziołowy peeling do ciała, cukrowy scrub do ciała, biała glinka myjąca Agafii do włosów i ciała. 


Tutaj od lewej: serwatkowy szampon pielęgnujący; ochrona koloru, specjalny szampon - aktywator wzrostu włosów, odżywczy szampon do włosów i maseczka - lifting do twarzy, tonizująca.


Od lewej: specjalny balsam - aktywator wzrosty włosów x 2 i ekspresowa regenerująca maska do włosów.


Na ostatek smakołyki, które podarowała mi Lipstick And Kids: Szampon Rokitnikowy z efektem laminowania Natura Siberica [ obłędny zapach ♥ ], 3/4 słoika [ 100 ml! ] nawilżającego kremu Pure Moisture It's Skin, resztka GF Effector z It's Skin na wypróbowanie, resztka maski z efektem laminowania Love Mix Organic i resztka odżywczego olejku do włosów Babuszki Agafii. Na zdjęciu zabrakło [ na stare lata pamięć już nie ta ;) ] hojnej odlewki kremu pod oczy Shiseido Benefiance. Za te wszystkie świetne rzeczy dziękuję Ci, kochana raz jeszcze, tym razem publicznie! :*

To już wszystkie moje nowości lutego, mnie bardzo cieszą, zwłaszcza, że jak na razie nie żałuję żadnego z zakupów :)
Znacie którąś z tych pozycji?

Ulubione w lutym :)

Dzień dobry! :)

Dziś chciałabym przedstawić Wam kosmetyczną gromadkę, która zdecydowanie umilała mi najkrótszy miesiąc roku - luty :) Produktów tych w większości używam dłużej niż miesiąc, ale to w ostatnich tygodniach wybiły się na pierwszy plan i trafiły do grona ulubieńców.


Babydream, oliwka pielęgnacyjna dla niemowląt, 250 ml / 6,49 zł - oliwkę kupiłam jeszcze w zeszłym roku, bo miałam ochotę na taki produkt do pielęgnacji ciała, a tej jeszcze nie próbowałam. Spisuje się świetnie i znakomicie nawilża ciało, moim zdaniem można ją spokojnie porównać do oliwki Hipp, która jest dwa razy droższa ;) Zapach jest również bardzo przyjemny, ostatnio nawet Narzeczony powiedział, że mu się podoba - wyobraźcie sobie moje zdziwienie! On zazwyczaj nie reaguje na zapachy, chyba, że coś go uczula, albo wybitnie śmierdzi [ kozieradka ;) ]. Oliwka jest wydajna i zapewnia nawilżnie na długi czas, czego chcieć więcej? :) A, no i nie ma parafiny!

MAC, Blot Powder, 12 g / 100 zł - puder, który kupiłam sobie z okazji obrony magisterki pod koniec października. Od tamtej pory używam go do każdego makijażu, prawie codziennie, a prześwitujące denko jest obecnie wielkości dwudziestogroszówki, nieźle, prawda? :) Puder mnie zachwyca, to zdecydowanie najlepszy tego typu produkt, jaki dotąd miałam - matuje na długo, nie tworzy pudrowej warstwy na skórze, jest praktycznie niewidoczny, ale swoje robi. Naprawdę rzadko wymaga poprawek w ciągu dnia, ostatnio nawet nie zabieram go z domu ;) Wydajny, nie bieli, matuje wystarczająco, ale nie płasko, świetnie utrwala też korektor pod oczami i bazę pod cienie do powiek. Dla mnie ideał :)

The Body Shop, Vineyard Peach Shower Gel, 250 ml / 19,90 zł - ten wspaniały żel dostałam od Agatki na Mikołajki :) Z tego, co udało mi się wyśledzić, pochodzi w limitowanej edycji, a szkoda... Zapach jest nieziemski! Podczas pierwszego prysznica czułam się, jakbym przejeżdżała po ciele kawałkiem soczystej, dojrzałej brzoskwini! Za każdym razem, kiedy używam tego żelu, podświadomie czekam, aż będę miała lepkie od owocowego soku ręce, serio! Jest boski i rozstanie będzie trudne... Poza niezaprzeczalnymi walorami zapachowymi jest zwykłym żelem - nie wysusza skóry, świetnie się pieni, na plus też wysoka wydajność.

Bobbi Brown, Blotting Papers, 100 sztuk / 29 zł - nigdy nie byłam fanką bibułek matujących, ale kiedyś w rozmowie z Megdil zainteresowałam się tymi. Potem je kupiłam, bo cena nie odstraszała ;) Na początku podchodziłam do nich trochę sceptycznie, ale potem rzeczywiście je polubiłam. Świetnie sprawdzają się w ciągu dnia, kiedy nie chcemy nakładać kolejnej warstwy pudru, ale ja mam na nie inny sposób. Otóż używam jednej bibułki na strefę T przed nałożeniem podkładu, a już po wchłonięciu się kremu. W ten sposób makijaż utrzymuje się zdecydowanie dłużej i zazwyczaj nie wymaga poprawek w ciągu dnia :) Bardzo przydatny gadżet.

Inglot, cień do powiek MATTE 358, 13 zł - ten cień długo miałam na chciejliście. Kiedy kompletowałam sobie paletkę 3 cieni z Inglota, ponad rok temu, znalazł się w niej właśnie on. Przy przeprowadzce paletkę zgubiłam, byłam przekonana, że została w starym mieszkaniu :( Szczęśliwie na początku roku odnalazłam ją i zakochałam się w tym kolorze - idealny do podkreślenia załamania, jak i całej powieki w dni, kiedy nie mamy ochoty na wymyślny makijaż. Ostatnio sięgam po niego codziennie.

Zoya, Rue, 43 zł / 15 ml - mój pierwszy lakier Zoya i na pewno nie ostatni. Idealny nudziakowy odcień, który w zależności od światła zmienia swoje oblicze. Jestem w nim totalnie zadurzona i odkąd kupiłam go na początku lutego, nosiłam go już 3 razy, a to naprawdę rzadka rzecz u mnie ;) Gdyby nie ceny z kosmosu, na pewno przygarnęłabym więcej kolorów ;)

Nuxe, Reve de Miel, balsam do ust, 37 zł / 15 g - kupiony jeszcze w grudniu, od tamtej pory codziennie ratuje moje usta nocą :) Szaleńczo wydajny, pięknie pachnący, ratujący usta nawet podczas choroby, kiedy wysychały na wiór w 30 minut. Wart każdej złotówki. Jeśli zastanawiacie się nad zakupem, to przestańcie, tylko biegnijcie do apteki ;) Fakt, jest drogi, ale ja używam go już od prawie 4 miesięcy, a jeszcze nie zużyłam nawet połowy. Ideał :)


Znacie moich ulubieńców?
Co podbiło Wasze serca w lutym?
Jeśli pisałyście u siebie o tym, wklejcie linka!


Ikarov, wzmacniający olejek do włosów ♥

Cześć! :)

Wiem, że wiele z Was czekało na ten wpis, więc oto on! Dziś opiszę Wam wzmacniający olejek do włosów Ikarov. Wybaczcie mi proszę zdjęcia, ale olejek jest mocno niefotogeniczny ;) Coś tam się jednak udało zrobić.

Z wypadaniem włosów męczę się od kilku dobrych miesięcy. Jest to spowodowane zmianami hormonalnymi po odstawieniu antykoncepcji doustnej, stresem, trochę dietą i porą roku. Jak widać łatwo moje włosy nie mają ;) Nie chcę zapeszać, ale wyprowadzam je już na prostą, pomógł mi w tym zadaniu również opisywany dziś olejek :) Obecnie nie zatykam już odpływu pod prysznicem po jednym myciu włosów, wypada mi ich zdecydowanie mniej, wyhodowałam sobie też całkiem pokaźną gromadkę baby hair.


Wzmacniający olejek do włosów Ikarov ma 125 ml, jest w ciemnoniebieskiej, plastikowej butelce z zamocowanym jakby kroplomierzem. Całość jest zapakowana w pudełko, a środku jest jeszcze ulotka o produkcie. Jest to produkt w 100% naturalny, więc ma krótką datę ważności - należy go zużyć w ciągu 3 miesięcy od otwarcia. Swój egzemplarz kupiłam za 30 zł w sklepie internetowym Organeo.

Opis producenta [ źródło ]: Kompozycja ekstraktów ziołowych: krwawnika, pokrzywy i nasturcji oraz olejku migdałowego, w którym rozpuszczone są cztery olejki eteryczne rozmaryn, lawenda, bergamotka, ylang-ylang. Olejek migdałowy jest silnym, naturalnym stymulatorem procesu wzrostu włosów, a także komponentem o działaniu odżywczym i wzmacniającym. Ekstrakty ziołowe mają tradycyjne zastosowanie w medycynie naturalnej, konwencjonalnej oraz kosmetyce. Ekstrakt z rozmarynu stymuluje porost włosów i zapobiega ich wypadaniu. Lawenda ma właściwości wzmacniające i przeciwłupieżowe i poprawia kondycję cebulek włosowych, a olejki ylang-ylang oraz nasturcji regulują natłuszczenie i wzmacniają włosy.

Skład: Prunus amygdalus dulcis oil, Rosmarinus officinalis oil, Urtica dioica extract, Lavandula angustifolia oil, Citrus aurantium bergamia oil, Achillea millefolium extract, Tropaeolum majus extract, Cananga odorata oil, Rosmarinus officinalis extract


Olejku używałam od 3 grudnia do 31 stycznia, czyli prawie dwa miesiące. Aplikowałam go co drugi dzień na skórę głowy i wmasowywałam w nią. Dozownik zamontowany w butelce działa bardzo dobrze, nic się nie marnuje, na rękę da się wylać odpowiednią ilość olejku. Za każdym razem olejek zostawiałam na całą noc. Zalecenia producenta są inne, ale uważam, że im dłużej trzymam olej na włosach, tym lepiej, zwłaszcza w przypadku takiego wzmacniającego specyfiku :) Na długości używałam innych olejów. 

Po ponad tygodniu zauważyłam, że wypada mi mniej włosów, a po dwóch wypatrzyłam na głowie pierwsze baby hair. Potem było już tylko lepiej :) Olejek dzięki swojej idealnej kompozycji ziół naprawdę działa! Pachnie bardzo mocno rozmarynem i innymi ziołami, zapach jest nawet mocniejszy niż w oleju stymulującym wzrost włosów Khadi, ale mi bardzo odpowiadał ten zapach, dla mnie był przyjemny :) Zresztą to dzięki rozmarynowym produktom do włosów przekonałam się do tego zioła i obecnie rozmaryn króluje w mojej kuchni - dodaję go do praktycznie każdego dania obiadowego, serio! :) W zapasie mam aż 3 saszetki z suszonym rozmarynem!

Okej, o olejku miało być ;) Ta olejowa mieszanka od Ikarova spisała się u mnie świetnie i bardzo się cieszę, że dzięki Hexx ją odkryłam. Powiem Wam, że żaden Jantar i inne wcierki tak dobrze nie działały na moje włosy! Dobrze wspominam łopianowy olejek z Green Pharmacy, bo również działał, ale to zupełnie inny kaliber ;) Po Ikarovie wyraźnie czuć, że włosy są mocniejsze, nie wypadają mi przy wiązaniu gumką do włosów, nie zostaje ich tyle na szczotce, a przede wszystkim nie zatykam już odpływu po jednym myciu włosów - bardzo mnie to cieszy! Włosy rosną zdecydowanie szybciej - odkąd zaczęłam stosować olejek, muszę chodzić co około 2 tygodnie podcinać grzywkę, a wcześniej robiłam to raz na 4/5 tygodni! Przy aplikacji na skórę głowy nie miałam uczucia pieczenia ani mrowienia, a po zostawieniu oleju na głowie na całą noc nie przesuszał on skóry ani włosów.

Olejek nie obciążał mi włosów, po umyciu szamponem [ stosowałam wtedy Equilibrę wzmacniającą do włosów, Balea Mango + Aloes i Baikal Herbals Objętość i Siła ] włosy nie były oklapnięte, nie było też problemów z domyciem oleju. Zapach nie zostawał potem na włosach.


Przy regularnym używaniu nie ma co się obawiać krótkiej daty ważności olejku, zwłaszcza, że pojemność też nie jest duża - to jedynie 125 ml [ dla porównania olejek Khadi ma 210 ml ]. 

No i najważniejsze - efekty uwiecznione. Niewierni Tomasze - chodźcie patrzyć! ;) Polecam powiększenie sobie zdjęcia. Wyraźnie widać dość długie, odhodowane na Ikarovie, baby hair. Dzięki temu, że starałam się wcierać olej i wmasowywać go równomiernie na całej powierzchni skóry głowy, mini antenki rosną mi z każdej strony [ dotykają futryny, widzicie? ^^ ], tworząc naokoło twarzy taką aureolkę z puchu małych włosków ;) Nie przeszkadza mi to zupełnie, wręcz przeciwnie - bardzo cieszy :)

A, jeszcze jedno - mój prawdziwy kolor włosów to taki, jak z miniaturek po prawej, na dużym zdjęciu stałam pod lampą w łazience i stąd taka dziwna żółtawa poświata ;)


Ja olejek bardzo polubiłam i z pewnością do niego wrócę za niedługo, bo brakuje mi aplikowania olejku na skórę głowy i tego charakterystycznego zapachu :) Na razie utrzymuję efekt, zażywając biotynę w tabletkach, która dodatkowo mocno przyspiesza mi porost włosów, ale chcę sprawdzić, co zdziałają w duecie ;)

Miałyście do czynienia ze wzmacniającym olejkiem do włosów od Ikarova?
Jak radzicie sobie z wypadaniem włosów?

Arbuz w lawie, czyli róż na całej linii! | Essie, Watermelon + China Glaze, Hot Lava Love

Cześć! :)


Dziś będzie post z dwoma lakierami do paznokci, które o dziwo, nie doczekały się jeszcze premiery na blogu, a nosiłam je już kilka razy. Dziś więc nadrabiam to niedopatrzenie, prezentując je w duecie. Nie byle jakim, bo różowym! :) Jako, że róż jest dobry na wszystko - enjoy! 


Watermelon przywędrował do mnie z rozdania u Anne - Mademoiselle, a Hot Lava Love od Extension Beauty. Dziewczynom raz jeszcze bardzo dziękuję, bo bez podarunków od nich nie wpadłabym na takie fajne połączenie :)


Watermelon to piękny okaz Essie - kolor jest totalnie kremowy, nasycenie koloru jest maksymalne i energetyczne, ale jeszcze nie jaskrawe, choć kolor daje po oczach :) Ten mocny, soczysty róż idealnie ożywia nasze dłonie bez względu na porę roku czy ubiór. Świetnie wygląda również w wersji matowej - sprawdziłam! Kryje równomiernie po 2 warstwach, nie smuży, nie bąbelkuje - ideał.


Hot Lava Love to kolor, z którym mamy trudną relację. Ten lakier z firmy China Glaze to czerwień z pogranicza różu z pierdyliardem opalizujących na różowo drobinkek. Raczej nie moja bajka,ale jakimś dziwnym trafem spodobał mi się i chciałam go oswoić. Najpierw nałożyłam go solo. Kryje prawie w 100% po 3 warstwach. Solo jakoś do mnie nie przemawiał, było mi na dłoniach za pstrokato i bogato ;) Zmyłam, potem zrobiłam do niego kolejne podejście, ale znów nie czułam się komfortowo. Wpadłam na pomysł zmatowienia gagatka. Efekt, jaki uzyskałam, był dość ciekawy, jednak wciąż miałam jakieś obiekcje. Dopiero jako dodatek lakier w pełni mi się spodobał i właśnie w taki sposób będę go wykorzystywać :)


W tym połączeniu bardzo podoba mi się to, że lakiery są prawie identyczne, jednak różnicę da się zauważyć, zwłaszcza w mocniejszym świetle. Pod słońce palec serdeczny pięknie migocze, a efekt nie jest tandetny czy przesadzony. Połysk, który na wszystkich palcach był dla mnie zbyt nachalny, tutaj staje się delikatny i zróznoważony przez kremowość reszty :) 


Na koniec wstawię Wam jeszcze zdjęcie z mojej komórki, która dziwnym trafem lepiej od aparatu oddaje rzeczywiste kolory... Udało mi się ładnie uchwycić kontrast i podobieństwo tych dwóch lakierów :) Wybaczcie poranione palce.


Napiszcie mi koniecznie, jak się Wam podoba takie połączenie! :)
Miłego dnia! :)))